FANDOM


Z jakiejś klatki schodowej wydobywał się na ulicę zapach palonej kawy - prawdziwej kawy, nie Kawy Zwycięstwa. Winston zatrzymał się mimo woli. Przez kilka sekund znów przebywał w na pół zapomnianym świecie dzieciństwa. Potem drzwi zatrzasnęły się z hukiem i zapach znikł tak raptownie jak urywa się dźwięk. Winston przemaszerował ulicami kilka kilometrów i owrzodzona noga dokuczała mu coraz silniej. Po raz drugi w ciągu trzech tygodni nie poszedł wieczorem do świetlicy osiedlowej - nierozważny krok, gdyż na pewno dokładnie sprawdzano, kto jest obecny. Uważano, że członek Partii nie powinien mieć wolnego czasu i dopóki nie położy się spać, ani chwili przebywać sam. Kiedy nie pracował, nie jadł lub nie spał, miał obowiązek uczestniczyć w życiu zbiorowym swojej społeczności; robienie czegokolwiek, co zdradzało zamiłowanie do samotnictwa - choćby pójście na spacer w pojedynkę - uchodziło za niebezpieczne. Nawet istniał na to w nowomowie odpowiedni termin: sobizm, oznaczający skłonność do indywidualizmu i ekscentryczności. Ale tego popołudnia, gdy Winston wyszedł z ministerstwa, skusiło go wonne kwietniowe powietrze. Niebo miało cieplejszy odcień błękitu niż kiedykolwiek w tym roku i nagle myśl o długim wieczorze w hałaśliwej świetlicy, o uczestniczeniu w nudnych, męczących grach i słuchaniu odczytów w sztucznej atmosferze koleżeństwa podsycanej dżinem, wydała mu się nie do zniesienia. Niewiele myśląc, minął przystanek i zagłębił się w labirynt londyńskich ulic: najpierw skierował się na południe, potem na wschód, potem znów na północ; gubił się w nie znanych dzielnicach i nawet nie zastanawiał nad tym, dokąd idzie. "Jeśli jest jakakolwiek nadzieja - zanotował niedawno w pamiętniku - spoczywa w prolach". Słowa te wciąż powracały w jego myślach: stwierdzenie jakby mistycznej prawdy, a zarazem oczywisty absurd. Znajdował się pośród brunatnych slumsów ciągnących się na północny wschód od dawnego dworca Saint Pancras. Szedł po brukowanej kocimi łbami uliczce jednopiętrowych domków o odrapanych i dziwnie podobnych do mysich nor bramach wychodzących bezpośrednio na chodnik. Miejscami na bruku stały kałuże brudnej wody. Przez ciemne bramy i wąskie zaułki po obu stronach ulicy przelewały się zbite tłumy - dziewczyny w kwiecie wieku z wulgarnie umalowanymi ustami, uganiający się za nimi młodzieńcy, rozdęte, ociężałe baby, w jakie dziewczyny przeistoczą się za lat dziesięć, zgarbieni starcy powłóczący niemrawo nogami oraz obdarte, bose dzieciaki, które taplały się w kałużach i pierzchały na gniewny krzyk matek. Jedna czwarta okien była bez szyb i zabita deskami. Większość ludzi nie zwracała na Winstona uwagi; zaledwie parę osób przypatrywało mu się z ostrożnym zaciekawieniem. Dwie monstrualnych rozmiarów baby w fartuchach, z rękami barwy cegły złożonymi na piersiach, rozmawiały przed jedną z bram. Winstona doleciały strzępy ich rozmowy. - Więc mówię tej idiotce, gadaj se zdrowa. Ale na moim miejscu zrobiłabyś to samo. Lepiej się nie wtrącaj. Ty masz własne kłopoty, a ja własne. Tak jej powiedziałam! - Święta prawda! - zawołała druga. - Każdy ma własne kłopoty! Podniesione głosy umilkły nagle. Kiedy przechodził obok, kobiety obserwowały go we wrogim milczeniu. Choć może ich milczenie było nie tyle wrogie, ile czujne; zesztywniałyby tak samo, gdyby mijało je obce zwierzę. Granatowy kombinezon członka Partii musiał przedstawiać rzadki widok w tej części miasta. Prawdę mówiąc, odwiedzanie takich miejsc nie było zbyt rozsądne, chyba że miało się jakiś konkretny interes. Winston wiedział, że gdyby natknął się na patrol, policjanci mogliby go zatrzymać. "Pokażcie dokumenty, towarzyszu. Co tu robicie? O której wyszliście z pracy? Którędy zwykle wracacie do domu?" - i tak dalej. Powrót do domu odmienną trasą nie był zabroniony, lecz ktoś przyłapany na tym niechybnie zwróciłby na siebie uwagę Policji Myśli. Nagle na całej ulicy wybuchł tumult. Ze wszystkich stron posypały się ostrzegawcze wrzaski. Ludzie pierzchali do bram niczym spłoszone króliki. Z bramy tuż przed Winstonem wyskoczyła jakaś młoda kobieta, porwała dziecko bawiące się w kałuży, zakryła je fartuchem i znów zniknęła w bramie, wszystko w ułamku sekundy. W tej samej chwili z bocznej alejki wyłonił się mężczyzna w czarnym ubraniu pofałdowanym jak harmonia i przebiegając obok Winstona krzyknął: - Parówa! Człowieku, uważaj! Już leci! Padnij na ziemię! "Parówami" prole nazywali pociski rakietowe. Winston natychmiast rzucił się na bruk. Prole niemal nigdy się nie mylili w swoich ostrzeżeniach. Jakiś szósty zmysł podpowiadał im kilka sekund wcześniej, że nadlatuje pocisk, aczkolwiek rakiety poruszały się z ponaddźwiękową prędkością. Winston przykrył rękami głowę. Rozległ się huk, od którego aż zatrzęsła się ziemia; mężczyzna poczuł, jak coś drobnego spada mu na plecy. Kiedy wstał, przekonał się, że cały jest posypany odłamkami szkła z najbliższego okna. Ruszył przed siebie. Dwieście metrów dalej pocisk zniszczył kilka domów. Pióropusz czarnego dymu piął się wysoko w niebo, a niżej rozpościerała chmura białego pyłu; Winston dojrzał w niej sylwetki ludzi gromadzących się wokół ruin. Na chodniku przed nim leżała kupka gruzu, pośrodku której coś się czerwieniło. Kiedy podszedł bliżej, ujrzał oderwaną ludzką dłoń. Z kikuta lała się krew, lecz sama dłoń była cała, i tak dokładnie pokryta białym pyłem, że wyglądała jak gipsowy odlew. Kopnął paskudztwo do rynsztoku, po czym - dla ominięcia tłumu - skręcił w prawo w boczną uliczkę. Po kilku minutach znalazł się poza obszarem dotkniętym eksplozją; tu nędzne, rojne życie uliczne toczyło się tak, jakby nic się nie stało. Dochodziła dwudziesta i w uczęszczanych przez proli piwosklepach (zwanych przez nich "piwiarniami") panował tłok. Zza brudnych, rozkołysanych wahadłowych drzwi zalatywało moczem, trocinami i skwaśniałym piwem. W płytkim zaułku między domami stało trzech proli zbitych w ciasną gromadkę - ten w środku trzymał złożoną gazetę, którą wszyscy bacznie studiowali. Zanim Winston zbliżył się na tyle, aby ujrzeć twarze, domyślił się napięcia mężczyzn po układzie ich ciał. Musieli czytać jakieś niezwykle ważne wiadomości. Kiedy dzieliło go od nich zaledwie kilka kroków, prole nagle odskoczyli od siebie; dwaj byli wyraźnie wściekli. Przez chwilę wyglądało nawet na to, że dojdzie między nimi do bitki. - Cholera jasna, głuchy jesteś czy co?! Ile razy mam ci powtarzać, że od czternastu miesięcy nie wygrał żaden numer zakończony siódemką! - A właśnie że wygrał! - Gówno! Od dwóch lat zapisuję każdy numer, regularnie jak w zegarku. I mówię ci, że nie padła żadna liczba... - Właśnie że siódemka wygrała! Kurwa, pamiętam nawet końcówkę: cztery zero siedem. Było to w lutym, drugiej niedzieli lutego... - W lutym?! Takiego wała! Mam zapisane wszystkie numery i mówię ci, że żaden... - No już, dajcie spokój! - wtrącił trzeci. Chodziło o Loterię. Uszedłszy jakieś trzydzieści metrów, Winston spojrzał za siebie. Mężczyźni z twarzami nabiegłymi krwią wciąż sprzeczali się zawzięcie. Loteria, w której co tydzień padały olbrzymie wygrane, była jedyną publiczną imprezą poważnie traktowaną przez proli. Prawdopodobnie dla iluś milionów stanowiła główny, jeśli nie jedyny sens życia. Była ich radością, szaleństwem, odtrutką na codzienność, intelektualną podnietą. Kiedy rzecz dotyczyła Loterii, nawet półanalfabeci dokonywali skomplikowanych obliczeń i niesamowitych wyczynów pamięci. Istniało całe zbiorowisko ludzi, którzy utrzymywali się wyłącznie ze sprzedaży systemów, prognoz i amuletów przynoszących szczęście. Winston nie miał nic wspólnego z prowadzeniem Loterii, jako że podlegała Ministerstwu Obfitości, ale orientował się, podobnie jak wszyscy członkowie Partii, iż wygrane są w większości ułudą. Tylko drobne sumki rzeczywiście wypłacano; główne nagrody przypadały fikcyjnym osobom. Pomiędzy prowincjami Oceanii nie istniała praktycznie żadna łączność, więc prawdę łatwo dawało się ukryć. Lecz jeśli była jakakolwiek nadzieja, spoczywała w prolach. Tej myśli musiał się trzymać kurczowo. Ujęta w słowa, brzmiała rozsądnie; dopiero gdy patrzyło się na postacie spacerujące chodnikami, stawała się wyłącznie aktem wiary. Ulica, w którą skręcił, opadała w dół. Wydało mu się, że już kiedyś był w tej okolicy i że gdzieś w pobliżu biegnie jedna z głównych arterii. Skądś doleciał go zgiełk podniesionych głosów. Ulica znów skręciła ostro, po czym nagle zakończyła się schodami wychodzącymi na alejkę, w której stało kilka straganów ze zwiędłymi warzywami. Teraz dopiero zorientował się, gdzie jest. Alejka prowadziła do głównej arterii; za najbliższym rogiem, zaledwie pięć minut drogi stąd, mieścił się sklepik z rupieciami, w którym kupił zeszyt służący mu za pamiętnik. A kilka kroków dalej sklepik z przyborami piśmiennymi, gdzie nabył pióro i atrament. Zatrzymał się na moment u szczytu schodów. Po drugiej stronie alejki ujrzał obskurną piwiarenkę z tak potwornie zakurzonymi szybami, że wyglądały niczym z matowego szkła. Zgarbiony, ale ruchliwy staruszek, o białych wąsach nastroszonych jak u raka, pchnął wahadłowe drzwi i wszedł do środka. Winstonowi przyszło do głowy, że staruszek, na oko co najmniej osiemdziesięcioletni, był już dorosłym człowiekiem, kiedy wybuchła Rewolucja. On i grono równie sędziwych dziadków byli ostatnimi łącznikami między światem obecnym a nie istniejącym światem kapitalizmu. Do Partii należało niewiele osób o poglądach ukształtowanych jeszcze przed Rewolucją. Starsze pokolenie zostało nieomal totalnie zlikwidowane podczas wielkich czystek w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a tych nielicznych, którzy ocaleli, tak skutecznie sterroryzowano, że bali się pisnąć choć słowo sprzeczne z ideologią partyjną. Jeśli ktokolwiek mógł mu szczerze opowiedzieć, jakie warunki panowały na początku stulecia, to jedynie prol. Nagle Winston przypomniał sobie akapit, który przepisał z podręcznika historii, i powziął śmiały pomysł. Wejdzie do piwiarni, nawiąże znajomość ze starcem i wypyta go o wszystko. Poprosi: "Opowiedzcie mi o czasach, kiedy byliście chłopcem. Jak się wtedy żyło? Lepiej niż teraz czy gorzej?" Szybko, żeby go nie ogarnął strach, zbiegł po schodach i przeszedł na drugą stronę alejki. Ten pomysł to czyste szaleństwo. Nie istniało, oczywiście, żadne prawo zabraniające rozmów z prolami i odwiedzania ich lokali, ale była to rzecz tak niesłychana, że nie mogła ujść uwagi. Wprawdzie gdyby zjawił się patrol, Winston mógłby się tłumaczyć, że nagle zrobiło mu się słabo, ale pewnie by mu nie uwierzono. Pchnął drzwi; ohydny, mdlący smród skwaśniałego piwa uderzył go w twarz. Kiedy postąpił naprzód, gwar głosów natychmiast przycichł. Czuł, że wszyscy wpatrują się w jego granatowy kombinezon. Mężczyźni rzucający strzałkami do tarczy na końcu pomieszczenia przerwali grę na dobre pół minuty. Starzec, za którym wszedł do środka, stał przy barze i spierał się o coś z barmanem, rosłym, tęgim młodzieńcem o haczykowatym nosie i potężnych, muskularnych rękach. Wokół zgromadziła się grupka klientów; ze szklankami w dłoniach obserwowali niezwykłą scenę. - Pytam chyba grzecznie, no nie? - denerwował się starzec, prostując wojowniczo ramiona. - Chcesz mi wmówić, że w całej tej zafajdanej dziurze nie ma ani jednego półkwartowego kufelka? - A co to takiego, u licha, półkwartowy kufelek? - spytał barman, pochylając się do przodu i opierając czubkami palców o kontuar. - Patrzcie, patrzcie! Pracuje jako barman, a nie wie, co to półkwartowy kufel! Taki, co mieści pół kwarty! Jedną ósmą galona! Cholera jasna, wszystkiego trzeba ich uczyć! Abecadła też pewnie nie znasz, co? - Pierwszy raz słyszę o jakichś kwartach i galonach - stwierdził sucho barman. - Podajemy piwo w półlitrowych i w litrowych szklankach. Takich jak te na półce. - Wolałbym wypić pół kwarty - upierał się starzec. - Co za problem nalać komuś pół kwarty? Kiedy byłem młody, nikt nie stosował tych zasranych litrów. - Kiedy byliście młodzi, my wszyscy jeszcze łaziliśmy po drzewach! - zażartował barman zerkając na innych klientów. Gruchnęli śmiechem; prysł niepokój wywołany pojawieniem się Winstona. Rumieniec oblał pokrytą siwym zarostem twarz starca. Obrócił się, mrucząc coś pod nosem, i wpadł na Winstona. Ten ujął go łagodnie pod ramię. - Pozwólcie, że postawię wam kolejkę, dziadku -rzekł. - Czemu nie? - odparł starzec, znów się prostując. Chyba nie zauważył granatowego kombinezonu Winstona. - Pół kwarty piwa! - krzyknął zaczepnie do barmana. - Pół kwarty duplowego! Barman napełnił brunatnym piwem dwie półlitrowe szklanice z grubego szkła, które wcześniej opłukał w wiadrze stojącym pod kontuarem. Piwo było jedynym trunkiem sprzedawanym w lokalach przeznaczonych dla proli. Obowiązywał ich zakaz picia dżinu, choć w praktyce mogli go zdobyć bez trudu. Gra w strzałki znów szła pełną parą, a gromadka przy barze zaczęła rozmawiać o kuponach loteryjnych. Chwilowo zapomniano o obecności Winstona. Pod oknem Winston zauważył stół zbity z surowych desek, przy którym mógł rozmawiać ze starcem bez obawy, że ktoś ich podsłucha. Groziło to surowymi konsekwencjami, ale przynajmniej w pomieszczeniu nie było teleekranu, o czym się upewnił zaraz po wejściu. - Mógł mi łobuz nalać pół kwarty - narzekał starzec stawiając szklankę i siadając przy stole. - Pół litra to za mało. Nie starcza. A cały litr to za dużo. Pęcherz mi wtedy puszcza. I trzeba dwa razy tyle bulić! - Musieliście być w życiu świadkiem wielkich zmian - zaczął go sondować Winston. Starzec powiódł bladoniebieskimi oczami po sali; od tarczy, do której rzucano strzałkami, do baru, a następnie od baru do drzwi z napisem "WC", zupełnie jakby myślał, że Winston pyta o zmiany, jakże zaszły w piwiarni. - Piwo było lepsze - oświadczył w końcu. - I tańsze! Kiedy byłem młody, za kufel lagrowego, zwaliśmy je leżakiem, płaciło się cztery pensy. To było jeszcze przed wojną, oczywiście. - Przed którą wojną? - Wszystkie wojny są jednakie. - Starzec podniósł szklankę i znów wyprostował ramiona. - Zdrowie szanownego pana! Grdyka na chudej szyi poruszyła się raptownie w górę i w dół; szklanka opróżniła się. Winston poszedł do baru i przyniósł następną kolejkę. Starzec jakby zapomniał o swoim uprzedzeniu do picia całego litra. - Jesteście o wiele starsi ode mnie - rzekł Winston. - Zanim ja się urodziłem, wyście już byli dorośli. Pamiętacie, jak żyło się w dawnych czasach, jeszcze przed Rewolucją. Ludzie w moim wieku właściwie nic nie wiedzą o tamtych latach. Znamy przeszłość tylko z książek, ale to, co w nich piszą, niekoniecznie musi pokrywać się z prawdą. Ciekaw jestem waszego zdania. Książki mówią, że warunki życia przed Rewolucją w niczym nie przypominały obecnych. Ponoć panował tak straszliwy ucisk, taka niesprawiedliwość i bieda, że trudno to sobie wyobrazić. Tu, w Londynie, większość mieszkańców rodziła się w głodzie i w głodzie umierała. Połowa z nich chodziła bez butów. Pracowali dwanaście godzin na dobę, w wieku dziewięciu lat kończyli naukę, spali po dziesięć osób w jednej izbie. A równocześnie żyła garstka ludzi, kilka tysięcy tak zwanych kapitalistów, którzy byli bogaci i wszechwładni. Należało do nich wszystko. Mieszkali w ogromnych, wspaniałych rezydencjach, mieli po trzydziestu służących każdy, jeździli samochodami i cztero-konnymi powozami, pili szampana, nosili cylindry... Starzec nagle się ożywił. - Cylindry! - ryknął. - Zabawne, że pan o nich wspomina. Bo właśnie wczoraj pomyślałem sobie, sam nie wiem dlaczego, że już od lat nie widziałem cylindra. Całkiem wyszły z mody. Ostatni raz miałem na głowie cylinder na pogrzebie bratowej. Było to, dokładnie nie pamiętam, z pięćdziesiąt lat temu. Oczywiście nie miałem własnego, musiałem wypożyczyć, sam pan rozumie. - Nie tyle interesują mnie cylindry, ile ogólny obraz - wyjaśnił Winston, nie tracąc cierpliwości. - Z tego, co wiem, kapitaliści oraz grupa żerujących na nich prawników, księży i tym podobnych łotrów byli panami świata. Wszystko istniało dla ich użytku i wygody. Wy, zwykli ludzie, robotnicy, byliście ich niewolnikami. Mogli robić z wami, co im się żywnie podobało. Mogli wysłać was do Kanady niczym transport bydła. Jeśli naszła ich ochota, mogli sypiać z waszymi córkami. Mogli skazać was na chłostę tak zwanym batogiem. Musieliście zdejmować czapki, kiedy któryś z nich przechodził. Za każdym kapitalistą kroczyła banda lokajów, którzy... Starzec znów się ożywił. - Lokaje! Ho, ho, tego słowa też już kopę lat nie słyszałem. Lokaje! Ile wspomnień nasuwa się od razu! Pamiętam, jak wiele, wiele lat temu zaglądałem czasem do Hyde Parku w niedzielne popołudnia, żeby posłuchać mówców. Przemawiali faceci z Armii Zbawienia, katolicy, Żydzi, Hindusi, najróżniejsze typy. Był tam jeden gość, nazwiska to już sobie teraz nie przypomnę, i ten dopiero miał gadane! Ani myślał przebierać w słowach. "Lokaje! - krzyczał. - Lokaje burżuazji! Pachołki klasy panującej! Pasożyty!" - tak też ich określał, l "hieny"; to jeszcze jedno z jego ulubionych określeń. Chodziło mu oczywiście o labourzystów, pan rozumie. Winston pomyślał, że rozmawiają jak gęś z prosięciem. - Chciałbym się tylko dowiedzieć jednego - rzekł. -Czy uważacie, że macie teraz więcej swobód niż przed laty? Czy czujecie się lepiej traktowani? W dawnych czasach bogacze, ci na górze... - Izba Lordów - wtrącił starzec, któremu znów się coś przypomniało. - Niech będzie Izba Lordów. Chciałbym wiedzieć, czy ci ludzie rzeczywiście mogli wami pomiatać tylko dlatego, że wy byliście biedni, a oni bogaci? Czy naprawdę musieliście tytułować ich "jaśnie wielmożnymi panami" i ściągać czapki, ilekroć się zbliżali? Starzec jakby zamyślił się głęboko i wypił jedną czwartą szklanki, zanim odpowiedział. - Tak. Lubili, żeby przynajmniej dotknąć palcami daszka. Okazać im szacunek. Nie bardzo mi to leżało, ale trudno, robiłem jak inni. Właściwie nie miałem wyboru. - Czy rzeczywiście tak było - pytam o to, co wyczytałem w książkach historycznych - czy rzeczywiście tak było, że ci ludzie i ich służba spychali was z chodnika do rynsztoka? - Raz jeden gość mnie pchnął - odparł starzec. - Pamiętam, jakby to wydarzyło się wczoraj. Było to w dniu regat na Tamizie; tego dnia zwykle tęgo sobie popijali. Na Shaftesbury Avenue trąciłem pewnego młodzika, eleganta, co się zowie: czarny płaszcz, cylinder, śnieżnobiała koszula. Szedł zataczając się od krawężnika do krawężnika, więc niechcący stuknąłem go ramieniem. A on z mordą: "Uważałbyś pan lepiej!" Więc ja na to: "A co, baranie, cały chodnik do ciebie należy?" "Nie bądź taki bezczelny, bo zaraz cię nauczę moresu!" - odszczeknął mi się. Wrzasnąłem: "Nie strugaj chojraka, pijaczyno, bo zaraz zawołam gliny!". Wtedy oparł mi dłoń na piersi i tak mnie pchnął, że o mało nie wpadłem pod autobus. Młody byłem, to i krew gorąca. Chciałem mu zaraz przysolić, ale... Winstona ogarnęła bezsilność. Pamięć starego przypominała skład bezwartościowych rupieci. Można by go wypytywać cały dzień i nie dowiedzieć się nic konkretnego. A to, co mówił pokrywało się w pewnym stopniu z tym, co pisano w partyjnych podręcznikach; może więc wszystko w nich zawarte było prawdą? Winston postanowił spróbować jeszcze raz. - Może nie wyraziłem się dość jasno. Chodzi mi o rzecz następującą. Żyjecie bardzo długo; połowa waszego życia przypada na lata przed Rewolucją. W tysiąc dziewięćset dwudziestym piątym byliście już dorosłym człowiekiem. Jak wam się wydaje, z własnego doświadczenia, czy w dwudziestym piątym żyło się lepiej niż teraz, czy gorzej? Gdybyście mogli wybrać, czy wolelibyście żyć wtedy, czy obecnie? Starzec spojrzał w zamyśleniu na tarczę ze strzałkami. Opróżnił szklankę, pijąc znacznie wolniej niż przedtem. Kiedy się odezwał, w jego głosie brzmiała nuta wyrozumiałości, niemal filozoficznej zadumy, jakby złagodniał pod wpływem piwa. - Wiem, czego pan oczekuje - rzekł. - Oczekuje pan, że powiem: "Znów chciałbym być młody". Większość starych ludzi tak właśnie by odpowiedziała. Chcieliby odzyskać zdrowie, siły. W tym wieku ciągle coś człowiekowi dolega. Nogi wciąż mnie bolą, pęcherz bez przerwy mi dokucza. W nocy siedem razy muszę zrywać się z łóżka. Ale, z drugiej strony, starość też ma swoje zalety. Odchodzi wiele zmartwień. Żadnych bzdur z babami, a to znaczna ulga. Wierzyć się nie chce, że minęło już trzydzieści lat, odkąd jakąś miałem. I nawet nie czułem przez ten czas potrzeby. Winston oparł się plecami o parapet okna. Dalsze wypytywanie starca nie miało sensu. Właśnie zamierzał ponownie iść po piwo, gdy nagle starzec zerwał się i podreptał szybko w stronę drzwi cuchnącego ustępu. Dodatkowe pół litra zrobiło swoje. Winston siedział przez dłuższą chwilę wpatrzony w pustą szklankę. Nawet się nie zorientował, kiedy wstał i znów znalazł się w alejce. Rozmyślał o tym, że za dwadzieścia lat już nikt nie zdoła odpowiedzieć na tak strasznie ważne, a zarazem tak szalenie proste pytanie: "Czy przed Rewolucją żyło się lepiej niż obecnie?" Lecz w rzeczy samej już teraz nie sposób było uzyskać na nie odpowiedzi, gdyż nieliczne, rozproszone niedobitki dawnego świata nie umiały porównać jednej epoki z drugą. Staruszkowie pamiętali miliony bezużytecznych szczegółów: kłótnię z kumplem, szukanie zgubionej pompki rowerowej, wyraz twarzy dawno zmarłej siostry, kurz wirujący w wietrzny poranek przed siedemdziesięciu laty; natomiast wszelkie istotne fakty znajdowały się jakby poza ich polem widzenia. Byli jak mrówki, które widzą małe przedmioty, lecz nie dostrzegają wielkich. Kiedy zaś zawodzi pamięć, a wszelkie zapisy podlegają sfałszowaniu - wówczas chcąc nie chcąc musi się zaakceptować oświadczenie Partii, że polepszyła wszystkim warunki bytowe, gdyż nie ma i już nigdy nie będzie sposobu, by sprawdzić jej prawdomówność. W tym momencie tok jego myśli nagle się urwał. Winston zatrzymał się i uniósł wzrok. W wąskiej uliczce oprócz domów mieszkalnych spostrzegł kilka mrocznych małych sklepików. Tuż nad jego głową wisiały trzy zmatowiałe metalowe kule, niegdyś pewnie pozłacane. Miejsce to wydało mu się dziwnie znajome. Ależ oczywiście! Stał przed sklepem z rupieciami, w którym kupił swój pamiętnik. Przeraził się. Już samo nabycie zeszytu było wyjątkowo nieroztropnym krokiem; obiecał sobie wtedy, że jego stopa nigdy więcej nie postanie w tym miejscu. Wystarczyła jednak chwila zamyślenia, a nogi same go tu przyniosły. Przed takimi właśnie samobójczymi odruchami miało go chronić prowadzenie pamiętnika. Mimo wzburzenia zauważył, że choć dochodzi dwudziesta pierwsza, sklep jest nadal otwarty. Przyszło mu do głowy, iż mniej się będzie rzucał w oczy, jeśli wejdzie do środka, zamiast tak sterczeć na środku ulicy, i z tym przekonaniem skierował się do drzwi. Jeśli nadejdzie patrol, może przecież udawać, że chciał kupić żyletki. Właściciel akurat zapalał wiszącą lampę naftową, która wydzielała ostrą, lecz przyjazną woń. Był to mężczyzna około sześćdziesiątki, wątły i przygarbiony, o długim, dobrotliwie wyglądającym nosie i łagodnych oczach zniekształconych grubymi szkłami. Włosy miał niemal całkiem siwe, lecz brwi nadal czarne i krzaczaste. Jego okulary, miękkie, powolne ruchy oraz wytarta aksamitna marynarka, w którą był odziany, przywodziły na myśl intelektualistę, może literata albo muzyka. Głos miał cichy, jakby wyblakły, akcent zaś znacznie mniej prostacki niż większość proli. - Rozpoznałem pana przez szybę! - zawołał na powitanie. - To pan kupił u mnie sztambuch pensjonarki. Piękny papier! Kiedyś zwał się czerpany. Takiego papieru nie produkuje się już... och, chyba z pięćdziesiąt lat! Popatrzył na Winstona znad okularów. - Czym mogę panu służyć? A może woli pan się sam rozejrzeć? - Przechodziłem tędy, więc postanowiłem wstąpić - odparł Winston. - Nie szukam nic konkretnego. - Może to i lepiej, bo zapewne trudno by mi było pana zadowolić. - Przepraszającym gestem delikatnej dłoni wskazał wnętrze sklepu. - Sam pan widzi: pustki. Prawdę mówiąc, handel antykami po prostu dogorywa. Nie ma klientów, brakuje towarów. Meble, porcelana, szkło - z czasem wszystko połamało się lub wytłukło. Z kolei metalowe przedmioty przetopiono. Od lat już nie widziałem mosiężnego lichtarza. W rzeczywistości maleńki sklepik pękał w szwach, lecz nie było w nim nic, co miałoby jakąkolwiek wartość. Panowała straszliwa ciasnota, gdyż prawie całą podłogę zalegały dziesiątki opartych o ścianę zakurzonych ram. Na parapecie stały tace pełne śrubek i nakrętek, zdartych dłut, scyzoryków z połamanymi ostrzami, zaśniedziałych zegarków, które nawet nie próbowały utrzymywać pozorów, że chodzą, oraz innych rupieci. Jedynie na niewielkim stoliku w samym rogu leżał stosik emaliowanych tabakierek, broszek z agatami i podobnych drobiazgów, wśród których dałoby się wyszperać coś ciekawego. Kiedy Winston podszedł do stolika, jego uwagę zwrócił okrągły, gładki przedmiot, połyskujący łagodnie w blasku lampy naftowej. Wziął go do ręki. Była to ciężka bryła szkła, zaokrąglona z jednej strony, zupełnie płaska z drugiej - prawie idealna półkula. Zarówno jej barwa, jak i faktura miały w sobie dziwną miękkość kojarzącą się z wodą deszczową. W samym środku bryły, powiększony przez jej półokrągłą powierzchnię, tkwił jakiś tajemniczy, poskręcany czerwony kształt podobny do róży lub morskiego polipa. - Co to takiego? - spytał Winston urzeczony. - Koral - odparł właściciel. - Pochodzi z Oceanu Indyjskiego. Niegdyś umiano wtapiać je w szkło. Ten przedmiot ma przynajmniej sto lat. A może nawet więcej. - Piękna rzecz - zachwycił się Winston. - Rzeczywiście piękna - potwierdził ze znawstwem właściciel. - Ale mało kto umie to teraz docenić. – Zakasłał cicho. - Gdyby przypadkiem miał pan ochotę ją kupić, kosztuje cztery dolary. Pamiętam, jak za takie cuda płaciło się osiem funtów, a osiem funtów to... nie przeliczę, ale całkiem sporo pieniędzy. Lecz kogo teraz obchodzą antyki? A tak niewiele ich się ostało! Winston szybko zapłacił cztery dolary i wsunął upragniony przedmiot do kieszeni. Pociągało go nawet nie tyle jego piękno, ile fakt, że pochodził z epoki zupełnie innej niż obecna. Jeszcze nigdy nie widział szkła, które wyglądałoby tak miękko, zupełnie jak woda deszczowa. Bezużyteczność szklanej półkuli - przypuszczalnie służyła niegdyś za przycisk - tylko potęgowała jej atrakcyjność w oczach Winstona. Chociaż dość ciężka, na szczęście nie wypychała mu zbyt widocznie kieszeni. Posiadanie takiego przedmiotu przez członka Partii byłoby nie tylko dziwne, lecz również kompromitujące. Każda stara lub po prostu piękna rzecz wzbudzała podejrzenia. Właściciel wyraźnie poweselał, kiedy otrzymał zapłatę. Winston zdał sobie sprawę, że pewnie zgodziłby się sprzedać przycisk za trzy, a nawet dwa dolary. - Na górze mam jeszcze jeden pokój; może chciałby się pan po nim rozejrzeć? - spytał sklepikarz. - Niewiele tam jest. Ot, trochę sprzętów. Wezmę tylko lampę. Zapalił drugą lampę i, lekko przygarbiony, ruszył wolno po stromych, zniszczonych schodach i wzdłuż wąziutkiego korytarza, prowadząc Winstona do pokoju, którego okna wychodziły nie na ulicę, lecz na wybrukowane podwórze i las blaszanych kominów. Pokój był tak urządzony, jakby ktoś w nim mieszkał. Na podłodze leżał dywan, na ścianie wisiał obrazek, a przy kominku - na którym tykał staromodny zegar z dwunastocyfrową tarczą - stał brudny głęboki fotel; pod oknem znajdowało się ogromne łóżko z materacem, zajmujące blisko jedną czwartą powierzchni pomieszczenia. - Mieszkaliśmy tu z żoną do jej śmierci - powiedział właściciel, na wpół przepraszającym tonem. - Teraz wyprzedaję po kolei meble. Niech pan spojrzy, co za wspaniałe mahoniowe łoże! Trzeba je tylko odpluskwić. Ale podejrzewam, że dla pana byłoby trochę nieporęczne. Trzymał lampę wysoko w górze, aby lepiej oświetlić cale wnętrze, i w jej ciepłym, nikłym blasku pokój wyglądał niezwykle zachęcająco. Winstonowi przemknęło przez myśl, że gdyby się tylko odważył, pewnie bez trudu mógłby go wynająć za kilka dolarów tygodniowo. Ten szalony, nierealny pomysł należało oddalić od siebie jak najprędzej; lecz pokój obudził w Winstonie jakąś tęsknotę, jakieś wspomnienie genetycznie zakodowane w pamięci. Wydało mu się, że dokładnie wie, jak to jest, kiedy przebywa się w takim pomieszczeniu, odpoczywa w fotelu przed kominkiem, dotykając nogami rozgrzanej kraty ochronnej i czekając, aż w czajniku zagotuje się woda na herbatę; słowem, kiedy siedzi się samotnie, z poczuciem pełnego bezpieczeństwa, bez obawy, że jest się obserwowanym, a zamiast natarczywego głosu, od którego aż puchną uszy, słychać jedynie syk wody w imbryku i przyjazne cykanie zegara. - Nie ma teleekranu! - wyrwało mu się. - A tak, nigdy sobie nie kupiłem. Za drogi. Poza tym jakoś nie czułem potrzeby. Ale proszę spojrzeć na ten rozkładany stół tam w rogu; czyż to nie piękny mebel? Trzeba tylko wstawić nowe zawiasy. Winstona jednak bardziej zaciekawił niewielki regał z książkami stojący w przeciwnym rogu. Niestety, na półkach znalazł same śmiecie. Polowanie na książki i ich niszczenie przeprowadzono z taką samą sumiennością w dzielnicach proli, jak w pozostałych. Przypuszczalnie w całej Oceanii nie zachowała się ani jedna książka wydana przed 1960 rokiem. Sklepikarz oświetlił lampą obrazek w palisandrowej ramie wiszący po drugiej stronie kominka, dokładnie na wprost łóżka. - A gdyby z kolei interesowały pana stare ryciny... - zaczął delikatnie. Winston zbliżył się, by obejrzeć obrazek. Był to staloryt przedstawiający owalną budowlę z prostokątnymi oknami i niewielką wieżyczką. Wokół budynku biegł parkan, a z tyłu znajdował się jakiś pomnik. Winston przez chwilę przypatrywał się uważnie. Budowla wydawała mu się znajoma, choć pomnika na pewno nigdy nie widział. - Rama jest przyśrubowana do ściany - oznajmił właściciel - ale gdyby pan chciał, mógłbym ją odkręcić. - Poznaję ten budynek - przemówił wreszcie Winston. - Teraz to ruina, stoi na samym środku ulicy, na wprost Pałacu Sprawiedliwości. - Tak jest. Na wprost gmachu sądu. Został zbombardowany w... och, wiele lat temu. Kiedyś był to kościół. Kościół Świętego Klemensa. - Uśmiechnął się z zażenowaniem, jakby świadom, że trochę się ośmiesza, i dodał: - "Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa!" - Słucham? - zdziwił się Winston. - Och, "Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa" to taki wierszyk, który się recytowało, kiedy byłem mały. Całości nie pamiętam, ale wiem, że kończył się następująco: "Oto ciastko, możesz zjeść połowę, a oto topór, który zetnie ci głowę". To była taka zabawa. Część dzieci stała parami naprzeciw siebie trzymając w górze złączone ręce, a pozostałe przechodziły pod nimi. Kiedy padły słowa "A oto topór, który zetnie ci głowę", ręce się opuszczały, zatrzymując kogoś z przechodzących. Wierszyk wymieniał wszystkie londyńskie kościoły; przynajmniej wszystkie ważniejsze. Winston zaczął się zastanawiać, ile lat może liczyć kościół przedstawiony na obrazku. Trudno było odgadnąć wiek jakiegokolwiek londyńskiego budynku. Wzniesienie wszystkich większych, imponujących gmachów, które nie wyglądały zbyt staro, Partia automatycznie przypisywała sobie; jeśli zaś jakaś budowla wyraźnie sprawiała wrażenie wcześniejszej, twierdzono, że powstała w odległym okresie zwanym średniowieczem. Według Partii, po erze kapitalizmu nie pozostało nic wartościowego. Tak więc z architektury, podobnie jak i z podręczników, nie można było nauczyć się historii. Pomniki, napisy, tablice pamiątkowe, nazwy ulic - wszystko, co mogło rzucić światło na przeszłość, skrupulatnie zmieniono. - Nawet nie wiedziałem, że to był kościół - powiedział Winston. - Jest ich wciąż bardzo wiele, choć służą teraz innym celom. Ale jak dalej szedł ten wierszyk? Ha! jednak sobie przypomniałem: Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa, Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina... Reszty, niestety, nie pamiętam. A pens to taka dawniejsza moneta, odpowiednik centa. - Gdzie był kościół Marcina? - Kościół Świętego Marcina? Nadal stoi. Na placu Zwycięstwa, obok galerii sztuki. Gmach z trójkątnym frontonem, kolumnadą i szerokimi schodami. Winston dobrze znał ten budynek. Było to obecnie muzeum, w którym organizowano różne propagandowe wystawy: eksponowano makiety pocisków rakietowych, modele pływających fortec oraz poustawiane w sugestywnych pozach figury woskowe, ukazujące zbrodnie nieprzyjacielskich żołnierzy. Nie kupił ryciny. Byłby to nabytek jeszcze bardziej kompromitujący niż szklany przycisk; zresztą nie mógłby jej zabrać bez wyjmowania z ram. Ale ociągał się jeszcze przez kilka minut z opuszczeniem sklepu, rozmawiając z właścicielem, który - jak odkrył - wcale nie nazywał się Weeks, choć tak brzmiał napis na szyldzie sklepu, lecz Charrington. Pan Charrington był wdowcem, miał sześćdziesiąt trzy lata i mieszkał nad sklepem od trzydziestu lat. Przez cały ten czas zamierzał zmienić szyld, lecz jakoś nigdy się do tego nie zabrał. Podczas rozmowy Winstonowi wciąż rozbrzmiewał w myślach strzęp zapomnianego wierszyka. "Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa, Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina!" Dziwne, ale kiedy powtarzał te słowa, miał wrażenie, iż naprawdę słyszy dzwony, dzwony dawnego Londynu, który - acz zmieniony i zapomniany - istniał nadal. Zdawało mu się, że słyszy, jak biją po kolei z widm kościelnych wież. A przecież, o ile pamiętał, nigdy nie słyszał kościelnego dzwonu. Pożegnał się z panem Charingtonem i zaczął zbiegać po schodach, nie chcąc, aby starszy jegomość widział, jak rozgląda się na boki przed wyjściem na ulicę. Podjął już decyzję, że po pewnym czasie - na przykład po upływie miesiąca - zaryzykuje i ponownie odwiedzi sklep. Może wcale nie jest to bardziej niebezpieczne od nieobecności w świetlicy. Karygodną lekkomyślnością wykazał się przychodząc po raz drugi do sklepiku, mimo że nie miał pojęcia, czy może ufać właścicielowi; ale skoro to się już stało... Tak, obiecał sobie, wrócę. I znów kupi jakiś piękny rupieć. Nabędzie też rycinę kościoła Świętego Klemensa; wyjmie ją z ram, schowa pod kurtkę kombinezonu i tak zaniesie do domu. Wyciągnie resztę strof wiersza z pamięci pana Charingtona. Jeszcze raz przemknął mu przez myśl szalony pomysł wynajęcia pokoju na piętrze. Radosne podniecenie sprawiło, że na moment zapomniał o ostrożności i wyszedł na ulicę nie zerknąwszy przez okno. Zaczął nawet nucić pod nosem na zaimprowizowaną melodię:

Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa, Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwo...

Nagle serce mu zamarło, a kiszki skręciły się ze strachu. Zaledwie dziesięć metrów przed sobą ujrzał zbliżającą się postać w granatowym kombinezonie. Była to ciemnowłosa dziewczyna z Departamentu Literatury. Mimo zmierzchu rozpoznał ją bez trudu. Spojrzała mu prosto w twarz, po czym przeszła obok, jakby go w ogóle nie widziała. Przez kilka sekund stał w miejscu, dosłownie sparaliżowany strachem. W końcu ruszył ciężkim krokiem w prawo, nawet nie orientując się, że idzie w złym kierunku. Przynajmniej jedno się wyjaśniło. Teraz już nie miał żadnych wątpliwości, że dziewczyna go szpieguje. Musiała go śledzić, bo szansa spotkania jej na obskurnej uliczce odległej o kilka kilometrów od dzielnic przeznaczonych dla partyjnych była tak mikroskopijna, że przypadek po prostu nie wchodził w rachubę. To, czy faktycznie była agentką Policji Myśli, czy też szpiegowała go z nadmiaru gorliwości, nie robiło różnicy. Dość, że miała go na oku. Prawdopodobnie widziała również, jak wchodził do piwiarni. Z trudem poruszał nogami. Ukryta w kieszeni szklana bryła przy każdym kroku waliła go w udo; miał ochotę ją wyjąć i wyrzucić. Najbardziej dokuczał mu skurcz żołądka. Bał się, że umrze, jeśli natychmiast nie znajdzie toalety. Ale wiedział, że w tak podłej dzielnicy nie ma publicznych szaletów. Po kilku minutach skurcz minął, pozostawiając tylko tępy ból. Uliczka była ślepa. Winston przystanął i przez kilka sekund zastanawiał się, co robić, po czym zawrócił w stronę sklepu. Idąc pomyślał, że minął się z dziewczyną zaledwie trzy minuty temu, gdyby więc zaczął biec, pewnie zdołałby ją dogonić. Szedłby za nią do jakiegoś odludnego miejsca, a tam roztrzaskał jej czaszkę kamieniem. Zresztą wystarczyłby szklany przycisk. Szybko jednak zrezygnował z tego pomysłu, albowiem już sama myśl o najmniejszym wysiłku fizycznym była dla niego nie do zniesienia. Podbiegnięcie czy zadanie ciosu przekraczało w tym momencie jego możliwości. Poza tym dziewczyna, młoda i silna, na pewno stawiałaby opór. Przyszło mu też do głowy, że czym prędzej powinien udać się do osiedlowej świetlicy, aby zapewnić sobie choć częściowe alibi na dzisiejszy wieczór. Lecz to również przekraczało jego siły. Ogarnęła go straszliwa niemoc. Pragnął tylko jak najszybciej znaleźć się u siebie, usiąść, nic nie robić. Kiedy wreszcie dotarł do swojego mieszkania, minęła już dwudziesta druga. Światło wyłączano w całym domu o dwudziestej trzeciej trzydzieści. Wszedł do kuchni i wypił duszkiem prawie pełną filiżankę Dżinu Zwycięstwa. Następnie usiadł przy stoliku we wnęce i wydobył z szuflady pamiętnik. Nie otworzył go jednak. Z teleekranu grzmiał kobiecy głos wywrzaskujący jakąś patriotyczną pieśń. Winston, utkwiwszy wzrok w marmurkowej okładce, bezskutecznie usiłował nie dopuścić śpiewu do swojej świadomości. Przychodzą w nocy, zawsze w nocy. Najlepiej się zabić, zanim wpadnie się w ich ręce. Na pewno sporo osób tak właśnie postępuje. Wielu spośród tych, którzy znikali, po prostu popełniało samobójstwo. Lecz odebranie sobie życia w świecie, gdzie broń palna lub działająca szybko i niezawodnie trucizna były absolutnie nie do zdobycia, wymagało desperackiej odwagi. Pomyślał jakby ze zdziwieniem o biologicznym bezsensie istnienia bólu i strachu, o zdradliwości ludzkiego ciała, które ogarnia totalna inercja dokładnie wtedy, kiedy konieczny jest maksymalny wysiłek. Gdyby zmobilizował się do działania, mógłby raz na zawsze zamknąć usta ciemnowłosej dziewczynie; lecz właśnie z powodu grozy sytuacji zupełnie stracił zdolność sprawnego funkcjonowania. Uderzyła go myśl, że w chwilach kryzysu nigdy nie walczy się z wrogiem zewnętrznym, ale zawsze z własnym ciałem. Nawet teraz, pomimo wypitego dżinu, tępe kłucie w żołądku uniemożliwiało mu koncentrację. Podejrzewał, że tak samo dzieje się we wszystkich groźnych lub tragicznych sytuacjach. Na polu bitwy, w sali tortur, na tonącym okręcie zapomina się o najwznioślejszych ideałach, gdyż ciało pęcznieje, aż wypełnia sobą cały wszechświat; lecz przecież nawet wówczas, kiedy człowiek nie jest sparaliżowany strachem albo nie wyje z bólu, życie stanowi nieprzerwane pasmo zmagań z głodem, chłodem, bezsennością, ze zgagą lub rwącym zębem. Otworzył pamiętnik. Ważne było, aby coś napisać. Kobieta na teleekranie rozpoczęła kolejną pieśń. Jej głos wbijał mu się w mózg jak odłamki szkła. Próbował myśleć o O'Brienie, dla którego pisał lub do którego adresował pamiętnik, ale na próżno; wyobraźnia zaczęła mu podsuwać obrazy tego, co go czeka, kiedy wpadnie w łapy Policji Myśli. Gdyby zabijali od razu, nie byłoby to takie straszne. Każdy więzień oczekiwał, że prędzej czy później zostanie stracony. Ale przed śmiercią (choć nikt o tym nie mówił, wiedzieli to wszyscy) przechodziło się przez rytuał przesłuchań, do którego należało czołganie się po ziemi i skamlenie o litość, trzask łamanych kości, wybijane zęby, skrzepy krwi we włosach. Dlaczego człowiek musiał tak strasznie cierpieć, skoro czekał go i tak identyczny koniec? Dlaczego nie można było umrzeć o te kilka dni lub tygodni wcześniej? Nikomu nie udawało się uniknąć wykrycia, wszyscy też w pełni przyznawali się do winy. Jeżeli ktoś dopuścił się myślozbrodni, mógł mieć pewność, że jego śmierć to tylko kwestia czasu. Dlaczego więc ten koszmar, który i tak niczego nie zmieniał, musiał się stawać jego udziałem? Ponownie, tym razem z nieco większym powodzeniem, spróbował myśleć o O'Brienie. "Spotkamy się tam, gdzie nie ma mroku" - tak mu oznajmił. Winston wiedział, co to znaczy, a przynajmniej tak mu się zdawało. Miejsce, gdzie nie ma mroku, to następna epoka, której nigdy nie ujrzy, ale wierząc, że nadejdzie, może w niej duchowo uczestniczyć. Lecz natrętny głos dobiegający z teleekranu nie pozwolił pełniej rozwinąć tej myśli. Winston włożył do ust papierosa. Połowa tytoniu natychmiast wysypała mu się na język; gorzki pył nie dawał się wypluć. Nagle twarz Wielkiego Brata przysłoniła O'Briena. Tak jak przed kilkoma dniami, Winston wyjął z kieszeni monetę i podniósł do oczu. Patrzyło z niej to samo masywne, spokojne, opiekuńcze oblicze; ale jaki był uśmiech, który krył się pod czarnym wąsem? Niczym żałobne tony dzwonu rozdźwięczały się w mózgu Winstona wybite na monecie hasła:

WOJNA TO POKÓJ WOLNOŚĆ TO NIEWOLA IGNORANCJA TO SIŁA

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki