FANDOM


Minęła połowa poranka, kiedy Winston opuścił swoją przegrodę, żeby pójść do toalety. Jakaś samotna postać szła ku niemu z przeciwnego końca długiego, jaskrawo oświetlonego korytarza. Była to ta sama ciemnowłosa dziewczyna. Upłynęły cztery dni, odkąd owego wieczoru natknął się na nią przed sklepem ze starociami. Z bliska zobaczył, że prawą rękę ma na temblaku, wcześniej niewidocznym, gdyż był tej samej barwy co kombinezon. Przypuszczalnie wybiła ją sobie przestawiając któryś z ogromnych kalejdoskopów używanych do "wypełniania" fabularnych zarysów powieści. Takie wypadki zdarzały się często w Departamencie Literatury. Dzieliły ich mniej więcej cztery metry, gdy naraz dziewczyna potknęła się i upadła jak długa na ziemię. Wydała głośny okrzyk bólu - pewnie przygniotła sobie zwichniętą rękę. Winston przystanął. Dziewczyna tymczasem uniosła się na klęczki. Jej twarz przybrała żółto-mleczną barwę, a przez to usta wydawały się jeszcze czerwieńsze. W oczach, patrzących błagalnie na niego, malował się jednak nie tyle ból, ile strach. W sercu Winstona zrodziło się współczucie. Oto widział przed sobą śmiertelnego wroga, lecz był to zarazem człowiek, który cierpiał, może nawet miał złamany nadgarstek. Niewiele myśląc Winston podszedł, żeby pomóc dziewczynie. Kiedy upadła na zabandażowaną rękę, ból przeszył także jego ciało. - Bardzoście się potłukli? - spytał. - Nie, nie. Tylko ręka. Zaraz mi przejdzie. Mówiła urywanym głosem, jakby serce wciąż waliło jej młotem. I wyraźnie zbladła. - Nic sobie nie złamaliście? - Nie, wszystko w porządku. Już przestało boleć. Wyciągnęła do niego zdrową rękę i pomógł jej wstać. Odzyskała rumieńce; wyglądała znacznie lepiej. - Nic mi nie jest! - oświadczyła zdecydowanie. - Tylko się uderzyłam. Dziękuję wam, towarzyszu! I z tymi słowy dziarskim krokiem ruszyła przed siebie, jakby rzeczywiście nic jej nie dolegało. Całe zajście trwało najwyżej pół minuty. Kontrolowanie mimiki było nawykiem, który już dawno przerodził się w odruch, a w dodatku znajdowali się bezpośrednio pod teleekranem. Mimo to Winston ledwo pohamował wyraz zdumienia, albowiem gdy pomagał dziewczynie wstać, wsunęła mu coś w dłoń. Nie ulegało wątpliwości, że świadomie. To coś było niewielkie i płaskie. Wchodząc do toalety włożył przedmiot do kieszeni i pomacał czubkami palców. Wyczuł złożony w kwadrat kawałek papieru. Stojąc nad pisuarem z trudem rozprostował kartkę, posługując się tylko jedną ręką. Coś musiało być tam napisane. Miał ochotę wejść do kabiny i przeczytać od razu. Byłoby to jednak istne szaleństwo. Gdzie jak gdzie, ale w toaletach teleekrany nastawiano na ciągły podgląd. Wrócił do swojej przegrody, usiadł, rzucił niedbale kartkę pomiędzy inne papiery na biurku, włożył okulary i przysunął mowopis. "Pięć minut - pomyślał. - Muszę wytrzymać przynajmniej pięć minut!" Serce waliło mu przeraźliwie głośno. Na szczęście zadanie, które wykonywał - wprowadzanie zmian w długiej kolumnie liczb - należało do rutynowych i nie wymagało specjalnej koncentracji. Był przekonany, że wiadomość zapisana na kartce musi mieć znaczenie polityczne. W grę wchodziły jedynie dwie możliwości. Pierwsza, bardziej prawdopodobna, to że dziewczyna rzeczywiście jest agentką Policji Myśli, tak jak się tego obawiał. Nie rozumiał tylko, dlaczego Policja Myśli wybrała akurat ten sposób, żeby się z nim komunikować, ale pewnie miała swoje powody. Kartka mogła zawierać groźbę, wezwanie, rozkaz popełnienia samobójstwa; mógł też kryć się za nią podstęp, próba zdemaskowania. Ale była i inna możliwość, szalona i nierealna, która uporczywie domagała się rozpatrzenia, choć starał się ją od siebie odsunąć. Może autorem wiadomości wcale nie jest Policja Myśli, lecz jakaś podziemna organizacja! Może Braterstwo jednak istnieje! Może dziewczyna do niego należy! Pomysł niewątpliwie absurdalny, ale przyszedł mu do głowy, ledwie poczuł pod palcami szeleszczący papier. Dopiero po kilku minutach wpadł na bardziej racjonalne wytłumaczenie. Choć rozum mówił, że kartka najprawdopodobniej zawiera wyrok śmierci, wciąż nie chciał wierzyć, wciąż żywił niedorzeczną nadzieję, iż nie taki jest jej sens. Serce mu waliło i z trudem panował nad drżeniem głosu, dyktując liczby do mowopisu. Zwinął otrzymany wydruk i wsunął do rury pneumatycznej. Minęło osiem minut. Poprawił okulary, westchnął i przysunął do siebie kolejny plik papierów - ten z leżącą na wierzchu kartką. Rozprostował ją. Wiadomość, skreślona dużym, dziecinnym pismem, brzmiała:

Kocham cię

Przez kilka sekund był tak oszołomiony, że zapomniał wrzucić kartkę do luki pamięci. Zanim to uczynił - chociaż wiedział, że zbyt wyraźne zainteresowanie jest bardzo podejrzane - przeczytał ją jeszcze raz, chcąc się upewnić, czy nic mu się nie przywidziało. Przez resztę poranka nie miał serca do pracy. Jeszcze trudniej od skupienia się na serii nudnych drobiazgów przychodziło mu ukrywać podniecenie przed teleekranem. Czuł się tak, jakby ogień trawił jego trzewia. Obiad w gorącej, zatłoczonej i hałaśliwej stołówce był prawdziwą męczarnią. Liczył na chwilę spokoju, lecz jak na nieszczęście ten imbecyl Parsons klapnął przy jego stoliku, niemal zabijając wonią potu metaliczny, kwaśny zapach gulaszu, i zaczął rozwodzić się nad przygotowaniami do Tygodnia Nienawiści. Z ogromnym entuzjazmem mówił o dwumetrowej głowie Wielkiego Brata robionej na tę okazję z papier-mâché przez drużynę Kapusiów, do której należała jego córka. Najbardziej irytujące było to, że w zgiełku panującym w stołówce Winston ledwo słyszał, co Parsons mówi, i co chwila musiał go prosić o powtórzenie jakiegoś kolejnego idiotyzmu. Tylko raz spojrzał na dziewczynę; siedziała z dwiema koleżankami w drugim końcu sali. Chyba go wcale nie zauważyła. Więcej nie patrzył w jej stronę. Popołudnie było znośniejsze. Tuż po obiedzie zlecono mu subtelne i trudne zadanie, które wymagało kilku godzin pracy i odłożenia innych zleceń na później. Chodziło o sfałszowanie pliku sprawozdań produkcyjnych sprzed dwóch lat w taki sposób, aby zdyskredytować ważnego członka Wewnętrznej Partii, który popadł w niełaskę. Winston miał dar do podobnych zadań i wciągnął się do tego stopnia, że przez dwie godziny ani razu nie pomyślał o dziewczynie. Ale potem jej twarz znów stanęła mu przed oczyma i ponownie ogarnęło go wściekłe, przemożne pragnienie, żeby znaleźć się w samotności. Dopiero wtedy mógłby przemyśleć sobie całą sytuację. Jednakże tego dnia musiał pokazać się w osiedlowej świetlicy. Po skończonej pracy przegryzł coś pospiesznie w stołówce i pognał do świetlicy, gdzie wziął udział w namaszczonej błazenadzie zwanej "kółkiem dyskusyjnym", rozegrał dwa mecze ping-ponga, wypił kilka szklanek dżinu oraz wysłuchał półgodzinnego referatu zatytułowanego "Angsoc a szachy". W środku aż skręcał się z nudy, lecz tym razem nawet nie przyszło mu do głowy, żeby się nie stawić w świetlicy. Na widok słów Kocham cię wezbrała w nim ochota do życia i podejmowanie zbędnego ryzyka wydawało mu się nagle idiotyczne. Dopiero o dwudziestej trzeciej, gdy już wrócił do domu i leżał w łóżku przy zgaszonym świetle - a więc wreszcie, dopóki się nie odzywał, bezpieczny - mógł się bez przeszkód oddać rozmyślaniom. Miał do rozwiązania niełatwy problem: jak skontaktować się z dziewczyną i umówić na spotkanie. Nie obawiał się żadnego podstępu. Był pewien, że dziewczyna nic nie knuje, bo jej zdenerwowanie, kiedy przekazywała mu kartkę, wyglądało na jak najbardziej autentyczne. Dosłownie drżała ze strachu, i nie bez przyczyny. Nawet przez myśl mu nie przeszło, aby zignorować jej awanse. Chociaż zaledwie pięć dni wcześniej chciał dziewczynie rozwalić głowę kamieniem, w tej chwili nie liczyło się to zupełnie. Wyobrażał sobie nagie młodzieńcze ciało, które dotąd widział tylko we śnie. Jeszcze niedawno uważał ją za taką samą idiotkę jak inne kobiety, o umyśle zatrutym bzdurami i nienawiścią, a łonie zimnym jak lód. Teraz myślał gorączkowo o tym, że może ją utracić, że to białe ciało może mu się wymknąć! Najbardziej lękał się tego, że dziewczyna po prostu zmieni zdanie, jeśli się szybko z nią nie skontaktuje. Ale umówienie się było właściwie rzeczą niewykonalną. Równie trudną jak zrobienie ruchu, kiedy już się dostało mata. Gdziekolwiek się człowiek obrócił, miał przed sobą teleekrany. Prawdę mówiąc, nim upłynęło pięć minut od przeczytania kartki, przyszło mu do głowy kilka pomysłów; teraz, w zaciszu domowym, rozważał je wszystkie po kolei, jakby zastanawiał się nad wyborem narzędzi przed przystąpieniem do skomplikowanej operacji. Powtórne zainscenizowanie ich porannego spotkania było oczywiście wykluczone. Gdyby pracowała w Departamencie Archiwów, nawiązanie kontaktu nie przedstawiałoby większych trudności; nie orientował się natomiast, gdzie dokładnie mieści się Departament Literatury, i nie miał żadnego powodu, aby tam pójść. Gdyby wiedział, gdzie dziewczyna mieszka lub o której kończy pracę, postarałby się ją spotkać, kiedy będzie wracała do domu; ale czekanie pod ministerstwem to zbyt wielkie ryzyko. Wysłanie listu też nie wchodziło w rachubę, gdyż dla nikogo nie było tajemnicą, że cała poczta jest kontrolowana. W ogóle mało kto korespondował. Jeśli czasem zachodziła konieczność przekazania jakiejś wiadomości listownie, istniały druczki z gotowym spisem sformułowań; należało jedynie skreślić niepotrzebne. Nie znał zresztą adresu dziewczyny ani nawet jej imienia i nazwiska. W końcu uznał, że najbezpieczniej będzie nawiązać kontakt w stołówce. Jeśli tylko uda mu się zastać ją samą przy stoliku gdzieś pośrodku sali, nie za blisko teleekranów, i jeśli wokół choć przez trzydzieści sekund będzie rozbrzmiewał zwykły gwar - zdołają zamienić kilka słów. Przez cały tydzień jego życie przypominało niespokojny sen. Nazajutrz po przekazaniu kartki dziewczyna pojawiła się w stołówce dopiero gdy wychodził, już po dzwonku oznajmiającym koniec przerwy. Zapewne pracowała na późniejszej zmianie. Minęli się nawet na siebie nie patrząc. Następnego dnia była w stołówce o normalnej porze, lecz siedziała tuż pod teleekranem w towarzystwie trzech koleżanek. Przez trzy kolejne straszne dni w ogóle się nie zjawiła. Umysł i ciało Winstona stały się boleśnie nadwrażliwe; dziwne wyostrzenie zmysłów sprawiało, że każdy ruch, każdy dźwięk, każdy kontakt z drugim człowiekiem, każde słowo, które słyszał lub wypowiadał, stanowiły torturę. Obraz dziewczyny towarzyszył mu nawet we śnie. Przez cały ten czas ani razu nie otworzył pamiętnika. Jedyną ulgę dawała mu praca; czasami tak się wciągał, że na dziesięć minut udawało mu się zapomnieć o wszystkim. Nie miał bladego pojęcia, co się stało z dziewczyną, a pytać nie mógł. Może ją ewaporowano, może popełniła samobójstwo, może przeniesiono ją na drugi koniec Oceanii; najgorsze, a zarazem najbardziej prawdopodobne było to, że go unika, bo się rozmyśliła. Lecz dzień później znów ją zobaczył. Nie miała już ręki na temblaku, tylko kawałek plastra na nadgarstku. Poczuł tak wielką ulgę, że przez kilka sekund gapił się wprost na nią. Następnego dnia prawie udało mu się do niej odezwać. Kiedy wszedł do stołówki, siedziała przy stoliku z dala od ściany, i w dodatku zupełnie sama. Zjawił się wcześnie, wciąż było sporo wolnych miejsc. Kolejka przesuwała się do przodu, aż w końcu, gdy Winston doszedł prawie do samego okienka, stanęła na dwie minuty, bo ktoś zaczął się awanturować, że nie dostał pastylki sacharyny. Ale dziewczyna wciąż siedziała sama, gdy Winstonowi wydano obiad, ruszył więc z tacą w jej stronę. Szedł niedbale, niby to szukając wzrokiem wolnego miejsca. Dzieliły go od niej już tylko trzy metry. Jeszcze dwie sekundy i mu się powiedzie. Wtem jakiś głos za nim zawołał: - Smith! Udał, że nie słyszy. - Smith! - Wołanie powtórzyło się, tym razem głośniejsze. Nie miał innego wyjścia. Odwrócił się. Młody blondyn o nieco głupkowatym wyrazie twarzy, nazwiskiem Wilsher, którego znał bardzo słabo, zapraszał go z uśmiechem do swojego stolika. Niebezpiecznie było odmówić. Skoro znalazło się wolne miejsce, nie mógł pójść dalej i przy siąść się do samotnej dziewczyny. Za bardzo by to kłuło w oczy. Usiadł uśmiechając się przyjaźnie. Głupkowata twarz blondyna promieniała. Miał ochotę zmiażdżyć ją kilofem. Przy stoliku dziewczyny zajęto wszystkie miejsca. Na pewno jednak widziała, że szedł w jej stronę, i powinna wyciągnąć z tego wniosek. I rzeczywiście; gdy nazajutrz zjawił się w stołówce, siedziała przy stoliku sama i podobnie jak wczoraj, z dala od teleekranu. W kolejce tuż przed Winstonem stał mały, zwinny, pluskwowaty człowieczek o płaskiej twarzy i maleńkich, podejrzliwych oczkach. Kiedy Winston odwrócił się z tacą od kraty, zobaczył, że tamten kieruje się prosto do stołu dziewczyny. Znów stracił nadzieję. Przy następnym stoliku było wprawdzie jedno wolne miejsce, lecz coś w wyglądzie człowieczka sugerowało, że za bardzo ceni sobie wygodę, aby się tłoczyć z trzema osobami. Winston szedł za nim ze ściśniętym sercem. Musi znaleźć się z dziewczyną sam na sam, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie. W tym momencie rozległ się potężny łoskot. Człowieczek padł na ziemię jak długi, wypuszczając z rąk tacę i rozbryzgując zupę i kawę po posadzce. Podniósł się i spojrzał gniewnie na Winstona, którego najwyraźniej podejrzewał o podstawienie nogi. Ale wszystko zakończyło się szczęśliwie. Pięć sekund później Winston, z walącym sercem, siedział przy stoliku dziewczyny. Nie spojrzał na nią. Zestawił naczynia z tacy i zabrał się do jedzenia. Wiedział, że powinien przemówić jak najrychlej, zanim ktoś się dosiądzie, lecz nagle zdjął go blady strach. Minął tydzień, odkąd dała mu kartkę. Mogła się rozmyślić, na pewno się rozmyśliła! Nie wierzył w pomyślny rozwój tej historii; w życiu takie rzeczy po prostu się nie zdarzały. Może w ogóle nie wykrztusiłby słowa, gdyby naraz nie ujrzał Amplefortha, poety o owłosionych uszach, sunącego niemrawo po sali w poszukiwaniu wolnego miejsca. Na swój ślamazarny sposób Ampleforth lubił Winstona, było więc pewne, że się do niego dosiądzie, jeśli tylko go zauważy. Winston miał najwyżej minutę na działanie. Oboje z dziewczyną siedzieli wpatrzeni w miski, jedząc rzadki gulasz, a właściwie zupę - zupę fasolową. Winston zaczął mówić cichym, przytłumionym głosem. Żadne z nich nie podniosło głowy; jedli wodnistą breję, między jedną łyżką a drugą monotonnym szeptem wymieniając niezbędne informacje. - O której kończysz pracę? - O osiemnastej trzydzieści. - Gdzie się możemy spotkać? - Na placu Zwycięstwa, obok pomnika. - Tam jest pełno teleekranów. - Jeśli jest tłum, to nic nie szkodzi. - Dasz mi jakiś znak? - Nie. Po prostu podejdź do mnie wówczas, kiedy będę w tłumie. I nie patrz na mnie. Ale podejdź blisko. - O której? - O dziewiętnastej. - Dobrze. Ampleforth nie dostrzegł Winstona; usiadł przy innym stoliku. Ale i tak nie odzywali się już więcej i - na tyle, na ile było to możliwe w wypadku dwóch osób siedzących naprzeciwko siebie - unikali się wzrokiem. Dziewczyna szybko skończyła obiad i odeszła, a Winston został i zapalił papierosa. Na placu Zwycięstwa zjawił się przed wyznaczonym czasem. Obszedł cokół ogromnej, żłobionej kolumny, z której szczytu posąg Wielkiego Brata patrzył na południe nieba; tam właśnie wódz rozgromił eurazjatyckie eskadry (kilka lat temu mówiło się, że wschódazjatyckie) w Bitwie o Pas Startowy Jeden. Nie opodal kolumny wznosił się pomnik jeźdźca; podobno przedstawiał Olivera Cromwella. O dziewiętnastej zero pięć dziewczyny wciąż nie było; Winstona znów oblał zimny pot. Nie przyjdzie, rozmyśliła się! Poszedł wolno na północną stronę placu i z pewną satysfakcją zidentyfikował kościół Świętego Marcina, którego dzwony - kiedy miał jeszcze takowe - biły "Skradł cytryn pół tuzina". Chwilę później ujrzał dziewczynę; stała przy kolumnie i czytała - lub udawała, że czyta - transparent obiegający spiralnie kamienny słup. Wiedział, że dopóki nie zgromadzi się więcej osób, dla własnego bezpieczeństwa powinni trzymać się od siebie z daleka - kolumnę otaczały teleekrany. Nagle jednak rozległy się okrzyki i warkot ciężkich pojazdów nadjeżdżających z lewa. Wszyscy zaczęli biec w tamtą stronę. Dziewczyna zwinnie okrążyła lwy u cokołu kolumny i przyłączyła się do biegnących. Winston popędził za nią. Z okrzyków wywnioskował, że zbliża się konwój eurazjatyckich jeńców. Zbity tłum wypełniał już południową stronę placu. Winston, który w podobnych sytuacjach zwykle wolał trzymać się na uboczu, tym razem pchał się do przodu, torując sobie drogę łokciami. Wkrótce od dziewczyny dzieliło go zaledwie pół metra, lecz dalszą drogę blokowała mu para ogromnych proli, prawdopodobnie małżeństwo, których potężne cielska stanowiły przeszkodę nie do przebycia. Ustawił się bokiem i naparł z całej siły; zdołał wcisnąć ramię. Szamotał się przez chwilę, z uczuciem, że się dostał między dwa kamienie młyńskie, ale w końcu, zlany potem, przebił się na drugą stronę. Był tuż obok dziewczyny. Stali ramię w ramię, ze skupieniem patrząc prosto przed siebie. Długa kolumna ciężarówek jechała wolno ulicą. W rogach każdej platformy stali uzbrojeni w pistolety maszynowe strażnicy o surowych obliczach; pilnowali drobnych, żółtych mężczyzn odzianych w liche zielone mundury. Jeńcy siedzieli w kucki, stłoczeni ciasno, a ich posępne mongolskie oczy patrzyły w dół z krańcową obojętnością. Co pewien czas, gdy ciężarówki podskakiwały na wybojach, rozlegał się brzęk żelastwa; jeńcy mieli skute nogi. Ciężarówka za ciężarówką przesuwały się przed Winstonem ponure twarze. Patrzył na nie, ale właściwie ich nie dostrzegał. Ramię dziewczyny przyciskało się do jego ramienia. Jej policzek był tak blisko, że czuł niemal jego ciepło. Podobnie jak w stołówce, od razu przejęła inicjatywę. Ledwo poruszając wargami, zaczęła mówić tym samym szeptem co poprzednio - cichym, monotonnym, łatwo ginącym pośród powszechnego zgiełku i warkotu silników. - Słyszysz mnie? - Tak. - Czy jesteś wolny w niedzielę po południu? - Tak. - Więc słuchaj uważnie. Musisz wszystko zapamiętać. Pójdziesz na dworzec Paddington... Z niemal wojskową precyzją, która wprawiła Winstona w zdumienie, poinstruowała go krok po kroku, co ma zrobić. Pół godziny koleją; ze stacji skręcić w lewo; przejść szosą dwa kilometry; przy bramie bez górnego pręta skręcić w polną drogę; dojść do leśnego duktu; potem skręcić na ścieżkę między krzakami; dojść do zwalonego pnia porośniętego mchem. Zupełnie jakby w głowie miała mapę. - Zapamiętasz? - szepnęła na koniec. - Tak. - Skręcasz w lewo, w prawo, potem znów w lewo. Brama bez górnego pręta. - Dobrze. O której? - Około piętnastej. Może będziesz musiał na mnie zaczekać. Przyjdę inną trasą. Na pewno wszystko zapamiętałeś? - Tak. - Więc teraz szybko odejdź. Tego nie musiała mu mówić. Ale nie od razu mogli się rozdzielić. Wciąż przejeżdżały ciężarówki, wszyscy więc stali gapiąc się łapczywie. Na początku rozległo się trochę gwizdów i wrogich okrzyków, ale wydawali je nieliczni w tłumie partyjni i wkrótce też ucichli. Dominującym uczuciem była zwyczajna ciekawość. Cudzoziemcy, czy to Eurazjaci, czy Wschódazjaci, stanowili taką samą osobliwość jak rzadkie okazy zwierząt. Nigdy nie widywano ich inaczej niż w charakterze jeńców, i nawet wówczas zaledwie przez krótką chwilę. Nikt też nie wiedział, co się z nimi dzieje później; prawdopodobnie większość trafiała do obozów pracy, bo tylko drobną część wieszano jako zbrodniarzy wojennych. Okrągłe, mongolskie twarze ustąpiły miejsca bardziej europejskim, brudnym, zarośniętym i wymizerowanym. Znad nie ogolonych policzków patrzyły na Winstona wciąż nowe pary oczu; czasem wpijały się w niego z dziwną intensywnością, po czym odwracały. Konwój zbliżał się do końca. W ostatniej ciężarówce Winston zobaczył niemłodego mężczyznę z siwą gęstą brodą, który stał ze skrzyżowanymi rękami, jakby przywykł do tego, że skuwają mu je kajdany. Był już najwyższy czas odejść od dziewczyny. Lecz w ostatniej chwili, kiedy wciąż otaczał ich zwarty tłum, jej dłoń znalazła jego rękę i ścisnęła ją lekko. Trwało to najwyżej dziesięć sekund, a jednak zdawało mu się, że trzymają się za ręce bardzo długo. Miał dość czasu, by poznać każdy szczegół jej dłoni. Badał dotykiem długie palce, kształtne paznokcie, stwardniałe od pracy i pokryte odciskami wnętrze dłoni, miękki nadgarstek. Umiałby teraz odróżnić tę dłoń wzrokiem. Nagle pomyślał, że nawet nie wie, jakiego koloru są oczy dziewczyny. Prawdopodobnie piwne, choć szatyni miewają czasem niebieskie tęczówki. Pragnął odwrócić głowę i sprawdzić, ale byłaby to niewyobrażalna głupota. Trzymając się za ręce, niewidoczne w zbitym tłumie, patrzyli prosto przed siebie i zamiast oczu dziewczyny, Winston napotkał smętny wzrok starego jeńca, spoglądającego spomiędzy siwych kłaków.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki