FANDOM


Winston szedł ocienionym duktem; gdzieniegdzie promienie słońca przedzierały się przez gałęzie, tworząc na ziemi jasne cętki; chwilami drzewa rzedły i wówczas dukt lśnił złociście. Pobocze po lewej stronie drogi mieniło się od dzwonków. Powietrze jakby pokrywało pieszczotami skórę. Był drugi dzień maja. Gdzieś z głębi lasu dolatywało gruchanie grzywaczy. Przyjechał trochę wcześniej. Podróż odbyła się bez żadnych przygód; zorientowawszy się, że dziewczyna ma najwyraźniej doświadczenie w tego rodzaju sprawach, lękał się znacznie mniej, niżby oczekiwał. Z pewnością znalazła bezpieczne miejsce. Na ogół nie należało się spodziewać, że poza miastem zagrożenie maleje. W lasach nie instalowano oczywiście teleekranów, lecz każde słowo mogły zarejestrować poukrywane mikrofony, a rozpoznanie głosu nie nastręczało Policji Myśli najmniejszych kłopotów. Zresztą trudno było podróżować nie zwracając na siebie uwagi. Aczkolwiek wyjazd na odległość poniżej stu kilometrów od miejsca stałego pobytu nie wymagał specjalnej przepustki, to jednak na dworcach często kręciły się patrole policji, które legitymowały i szczegółowo wypytywały wszystkich napotkanych członków Partii. Ale tego dnia nie pojawił się żaden patrol ani też nikt nie śledził Winstona w drodze ze stacji, o czym się przekonał, co pewien czas oglądając się dyskretnie za siebie. Pociąg pełen był proli, w znakomitych humorach, bo akurat dopisała pogoda. Wagon z drewnianymi ławkami, w którym podróżował Winston, zajmowała niemal w całości jedna ogromna rodzina - od bezzębnej prababki po miesięczne niemowlę - jadąca odwiedzić teściów na wsi, aby tam - jak wyznali bez skrępowania - na lewo zaopatrzyć się w masło. Dukt poszerzył się; po chwili Winston ujrzał ścieżkę, o której mówiła dziewczyna: wąską leśną drożynę wiodącą przez kępy krzaków. Nie miał zegarka, ale wiedział, że zjawił się przed czasem. Dzwonki rosły tu gęsto - nie sposób było po nich nie deptać. Ukląkł i zaczął je zbierać, trochę dla zabicia czasu, a częściowo dlatego, że nagle przyszło mu do głowy, iż z przyjemnością dałby dziewczynie bukiecik na powitanie. Miał już całkiem spory bukiet i właśnie go wąchał, wciągając w nozdrza nikły, nieco mdławy zapach, gdy wtem zamarł - usłyszał za sobą wyraźny trzask gałązki pękającej pod stopą. Wrócił do zrywania dzwonków. To było jedyne rozsądne wyjście. Mogła nadchodzić ona, ale równie dobrze ktoś mógł go mimo wszystko śledzić od stacji. Gdyby się obejrzał, wyglądałoby na to, że ma nieczyste sumienie. Zerwał jeden kwiat, zerwał drugi. Nagle poczuł na ramieniu dłoń. Spojrzał do góry. To była ona. Potrząsnęła głową, widocznie aby go ostrzec, żeby się nie odzywał, po czym rozgarnęła krzaki i szybkim krokiem poprowadziła go ścieżką w głąb lasu. Najwyraźniej bywała tu nieraz, bo bez wahania omijała każde grząskie miejsce. Winston szedł za nią wciąż ściskając w dłoni bukiet. Najpierw odetchnął z ulgą, lecz teraz, kiedy widział przed sobą szczupłe, silne ciało przepasane w talii szkarłatną szarfą podkreślającą krągłość bioder, owładnęło nim poczucie skrajnej niższości. Lękał się, że gdy dziewczyna odwróci się i mu przyjrzy, nie będzie go chciała. Wonne powietrze i widok zielonych liści odebrały Winstonowi resztki wiary w siebie. Już w drodze ze stacji majowe słońce uzmysłowiło mu własną marność - marność bladej istoty żyjącej wiecznie pośród murów, z londyńskim kurzem i sadzą, wżartymi w pory skóry. Zdał sobie sprawę, że dziewczyna nigdy dotąd nie widziała go w jasnym, dziennym świetle. Dotarli do zwalonego pnia, o którym mu wspominała. Przeskoczyła przez pień i weszła w krzaki, choć nie widać było między nimi żadnego przejścia. Winston ruszył jej śladem; chwilę później znaleźli się na niewielkiej porośniętej trawą polanie na szczycie małego pagórka, ze wszystkich stron otoczonego przez strzeliste drzewka, całkowicie kryjące go przed ludzkim wzrokiem. Dziewczyna zatrzymała się i odwróciła do Winstona. - Jesteśmy na miejscu - oświadczyła. Stał kilka kroków od niej. I nie miał odwagi podejść bliżej. - Specjalnie nie odezwałam się przy dukcie, bo tam mogą być mikrofony. Pewnie ich nie ma, ale lepiej nie ryzykować, że któryś z tych wieprzy rozpozna nasze głosy. Tu jesteśmy bezpieczni. Wciąż brakowało mu śmiałości, żeby się do niej zbliżyć. - Tu jesteśmy bezpieczni? - powtórzył tępo. - Pewnie. Spójrz na te drzewa. Wokół szumiały młode jesiony - niegdyś rósł tutaj wielki las, ale potem stare drzewa ścięto; ich pnie wypuściły nowe, proste pędy, z których żaden nie był grubszy od ludzkiej ręki. - Nawet nie ma gdzie schować mikrofonu! - dodała. - Zresztą jestem tu nie pierwszy raz. Lecz nie po to tu przyjechali, żeby rozmawiać. Winston zdobył się na odwagę i postąpił krok naprzód. Stała przed nim sztywno wyprostowana, z lekko ironicznym uśmiechem na ustach, jakby pytając, na co jeszcze czeka. Bukiet leżał na ziemi, choć nie pamiętał, żeby wypuścił go z rąk. Ujął dłoń dziewczyny. - Czy uwierzysz, że do tej pory nie wiem, jakiego koloru masz oczy? - spytał. Przekonał się, że są piwne; jasnopiwne, okolone czarnymi rzęsami. - Powiedz, czy teraz, kiedy zobaczyłaś mnie z bliska, nie wydaję ci się wstrętny? - Nie, skądże - odparła. - Mam trzydzieści dziewięć lat. Żonę, której nie mogę się pozbyć. Wrzody na nogach. I pięć sztucznych zębów. - To mnie nic nie obchodzi! W następnej chwili, nie wiadomo, czy za jej, czy za jego sprawą, znalazła się w ramionach Winstona. Z początku myślał jedynie o tym, jakie to wszystko jest nieprawdopodobne. Dziewczęce ciało tuliło się do niego, ciemne włosy muskały mu twarz, a teraz... tak, uniosła twarz i oto całował pełne, czerwone usta! Zarzuciła mu ręce na szyję, szeptała, że jest najdroższy, cudowny, ukochany. Osunęli się na murawę; nie stawiała najmniejszego oporu, mógł z nią robić co chciał. Jednakże dotyk jej ciała nie rozpalił w nim namiętności. Czuł się dumny, szczęśliwy. Radował się z tego, co się dzieje, ale nie czuł pożądania. Sam dobrze nie wiedział dlaczego: może było na to zbyt wcześnie, może peszyły go jej młodość i uroda, może za długo żył bez kobiety. Dziewczyna podniosła się i wyjęła z włosów zgnieciony dzwonek. Usiadła i objęła Winstona ramieniem. - Nie przejmuj się, kochanie. Nie ma pośpiechu. Całe popołudnie przed nami. Czy to nie wspaniała kryjówka? Znalazłam to miejsce, kiedy pewnego razu zgubiłam się na zbiorowej wycieczce. Jeśli ktoś idzie, słychać go na sto metrów. - Jak masz na imię? - spytał. - Julia. A ty Winston; nazywasz się Winston Smith. - Skąd wiesz? - Chyba jestem lepszym detektywem niż ty, mój kochany. Powiedz, co myślałeś o mnie, zanim dałam ci kartkę? Nie miał ochoty kłamać. A zresztą, wyjawienie najgorszego było też pewnego rodzaju miłosnym podarkiem. - Nienawidziłem cię strasznie. Chciałem cię zgwałcić, a potem zamordować. Przed dwoma tygodniami poważnie zastanawiałem się nad tym, czy nie roztrzaskać ci czaszki kamieniem. Skoro chcesz wiedzieć, powiem ci: byłem przekonany, że pracujesz dla Policji Myśli! Dziewczyna roześmiała się radośnie, traktując to jako komplement dla swojej umiejętności kamuflażu. - Coś ty, dla Policji Myśli?! Poważnie? - No, może nie do końca. Ale kierując się twoim wyglądem, byłem przekonany... No, sama rozumiesz: jesteś młoda, świeża, zdrowa... - Byłeś przekonany, że jestem wzorowym członkiem Partii. Czysta w myśli i uczynku. Transparenty, pochody, postępowe hasła, wspólne gry, piesze wycieczki i reszta tego gówna. I pewnie myślałeś, że gdybym miała choć cień podejrzenia, natychmiast bym cię zadenuncjowała jako myślozbrodniarza i cieszyła się z twojej śmierci? - Tak, właśnie coś w tym stylu. Pamiętaj, że wiele młodych kobiet jest dokładnie takich. - To wszystko przez tę przeklętą szmatę! - zawołała, zrywając z siebie szkarłatną szarfę Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej i ciskając ją na najbliższą gałąź. Następnie, jakby dotknąwszy talii coś sobie przypomniała, wsunęła dłoń do kieszeni kombinezonu i wyjęła niedużą tabliczkę czekolady. Przełamała na dwie części i jedną dała Winstonowi. Jeszcze zanim jej skosztował, poznał po zapachu, że to niezwykła czekolada. Była ciemna, lśniąca i owinięta w srebrną folię, podczas gdy normalnie sprzedawano matową, łamliwą masę brązowej barwy, o smaku kojarzącym się z wonią palonych śmieci. Ale kiedyś, dawno temu, jadł już taką czekoladę jak ta, którą poczęstowała go Julia. Sam zapach zbudził w nim silne, niepokojące, lecz całkiem zatarte wspomnienia. - Skąd to masz? - spytał. - Kupiłam na czarnym rynku - odparła obojętnie. - Fakt, że pozornie jestem taka, za jaką mnie wziąłeś. Nigdy nie unikam sportu. W Kapusiach pełniłam funkcję drużynowej. Przez trzy wieczory w tygodniu pracuję ochotniczo w Młodzieżowej Lidze Antyseksualnej. Ileż to godzin zmarnowałam obklejając cały Londyn tymi ich bzdetami! W pochodach z reguły noszę transparenty. Wyglądam pogodnie, nie wymiguję się od pracy społecznej. Zawsze krzycz to co inni, taka jest moja zasada. Tylko ona gwarantuje bezpieczeństwo. Pierwszy kawałek czekolady roztopił się na języku Winstona. Była przepyszna. Tuż na skraju jego świadomości kołatał się jakiś zapomniany obraz, jakieś wspomnienie, silne, lecz niewyraźne niczym kształt dostrzegany kątem oka. Odsunął go od siebie, czując gdzieś w głębi, że wiąże się z jakimś uczynkiem, który najchętniej by odwołał, gdyby to tylko było możliwe. - Jesteś bardzo młoda, Julio - rzekł. - Dziesięć, piętnaście lat młodsza ode mnie. Co takiego ci się we mnie spodobało? - Masz coś w twarzy. Pomyślałam, że zaryzykuję. Umiem oceniać ludzi po wyglądzie. Wiedziałam, że oni cię mierżą. Mówiąc oni miała na myśli Partię, a zwłaszcza Wewnętrzną Partię, z której tak bardzo się naigrawała, nie kryjąc swojej nienawiści, że Winston poczuł się nieswojo, chociaż wiedział, iż są tu wyjątkowo bezpieczni. Zdumiewało go też jej ordynarne słownictwo. Członkowie Partii nie powinni przeklinać i sam Winston klął bardzo rzadko, przynajmniej na głos. Julia natomiast jakby w ogóle nie potrafiła wspomnieć o Partii, a zwłaszcza o Wewnętrznej Partii, nie używając równie plugawych słów jak te powypisywane w cuchnących zaułkach. Nie żeby mu to przeszkadzało. Stanowiło po prostu kolejny przejaw buntu dziewczyny przeciwko Partii i wszystkiemu, co reprezentowała, i w pewien sposób wydawało mu się równie naturalne i zdrowe jak prychanie konia, który czuje zapach zgniłego siana. Opuścili polanę i wędrowali przed siebie ścieżką nakrapianą słońcem, idąc objęci, ilekroć jej szerokość na to pozwalała. Zdziwiło Winstona, o ileż miększa wydaje się talia dziewczyny, gdy nie opasuje jej szarfa. Rozmawiali szeptem. Poza polaną, zdaniem Julii, należało zachować ostrożność. Wkrótce doszli do skraju lasu. Julia zatrzymała się. - Dalej nie idźmy. Na otwartym terenie ktoś może nas zauważyć. Tu zasłaniają nas gałęzie. Stali w cieniu kępy leszczyny. Promienie słońca, mimo że przedzierały się przez dziesiątki liści, wciąż grzały im twarze. Winston spojrzał na pole rozciągające się przed nimi i nagle, z najwyższym zdumieniem, rozpoznał to miejsce. Widział je nieraz. Opuszczone pastwisko z wyskubaną trawą, po którym - między kopczykami kretowisk - wiodła kręta ścieżka. Naprzeciw, w nierównym szeregu drzew, gałęzie wiązów drgały leciutko na wietrze, kołysząc gęstwiną liści niczym kobiecymi splotami. Gdzieś w pobliżu, choć poza zasięgiem wzroku, musi przepływać strumień, w którego zielonych rozlewiskach śmigają klenie! - Czy gdzieś tędy przepływa strumyk? - spytał cicho. - Tak, na skraju sąsiedniego pola. Są w nim ryby, i to naprawdę ogromne. Widać, jak czatują w rozlewiskach pod wierzbami, utrzymując się w miejscu lekkimi ruchami ogona. - Złota Kraina - szepnął. - Prawie! - Złota Kraina? - Tak sobie nazwałem krajobraz, który czasami jawi mi się we śnie. - Patrz! - powiedziała cicho Julia. Niespełna pięć metrów od nich i na wysokości ich twarzy, na gałęzi, przysiadł drozd. Może ich nie zauważył. Był w słońcu, a oni stali w cieniu. Rozpostarł skrzydła i znów je złożył, pokręcił łebkiem, jakby się kłaniał słońcu, po czym nagle zaśpiewał. W popołudniowej ciszy jego trel zabrzmiał z niespodziewaną mocą. Winston i Julia przylgnęli do siebie, słuchając w oczarowaniu. Minuty mijały, a ptak śpiewał i śpiewał, coraz to inaczej, nie powtarzając się ani razu, jakby specjalnie popisywał się swoim kunsztem. Czasami milkł na kilka sekund, rozpościerał i składał skrzydła, a po chwili wypinał pierś i znów zanosił się śpiewem. Winston przypatrywał mu się z podziwem. Dla kogo i po co tak trelował? W pobliżu nie było żadnej samiczki, żadnego rywala. Co nim powodowało, że siedząc na skraju pustego lasu wyśpiewywał w przestrzeń swoje tony? Ciekawe, czy był tu gdzieś ukryty mikrofon. On i Julia odzywali się do siebie tylko szeptem, zbyt cichym, aby mikrofon mógł go wyłowić, ale na pewno musiał rejestrować świergot. Może przy odbiorniku, daleko stąd, jakiś mały, pluskwowaty człowieczek nasłuchuje uważnie - i słyszy ptaka? Ale rozbrzmiewająca melodia stopniowo wyparła wszystkie myśli Winstona. Miał wrażenie, że zalewa go niczym balsamiczny płyn i miesza się z promieniami słońca przedzierającymi się przez gałęzie. Przestał myśleć; po prostu czuł. Kibić dziewczyny była miękka i ciepła. Obrócił Julię przodem do siebie; jej ciało jakby wtopiło się w jego własne. Kiedy dotykał dziewczyny, ulegle przyjmowała pieszczoty. Ich usta złączyły się, ale inaczej niż podczas pierwszych gwałtownych pocałunków. Kiedy się odsunęli, oboje westchnęli głęboko. Spłoszony drozd odfrunął łopocząc skrzydłami. Winston zbliżył wargi do ucha Julii. - Teraz - szepnął. - Nie tutaj - odszepnęła. - Chodźmy na polankę. Tam bezpieczniej. Pospiesznie, nie zważając na trzask gałązek, które pękały pod ich stopami, wrócili na dawne miejsce. Gdy znaleźli się na pagórku otoczonym młodymi jesionami, Julia odwróciła się do Winstona. Oboje oddychali ciężko, ale na jej wargach błąkał się uśmiech. Przez chwilę przypatrywała się mężczyźnie, po czym zbliżyła dłoń do błyskawicznego zamka kombinezonu. I stało się niemal to, co w jego śnie! Niemal tak szybko, jak sobie wyobraził, zdarła z siebie ubranie i cisnęła na bok dokładnie tym samym wspaniałym gestem, obracającym wniwecz wszystkie nauki Partii. Jej białe ciało lśniło w słońcu. Na razie nie patrzył na nie; utkwił oczy w piegowatej, łobuzersko uśmiechniętej twarzy. Ukląkł przed Julią i ujął jej ręce w swoje. - Czy robiłaś to już przedtem? - Pewnie. Setki... no, dziesiątki razy. - Z partyjnymi? - Zawsze z partyjnymi. - Z członkami Wewnętrznej Partii również? - Nie, z tymi bydlakami nigdy. Ale wystarczyłoby, żebym kiwnęła palcem, a prawie każdy z nich poleciałby na mnie. Tylko, cholery, strugają takich świętoszków! Serce zabiło mu radośniej. Robiła to dziesiątki razy - pragnął, aby były to setki, tysiące. Wszystko, co miało posmak zepsucia, napawało go nadzieją. Kto wie, może Partię już dawno przeżarła zgnilizna, może kult pracy i ascezy to blaga, zaledwie cienka otoczka skrywająca pełne rozpasanie. Gdyby mógł ich wszystkich zarazić trądem lub syfilisem, uczyniłby to z radością! Cokolwiek, byleby tylko osłabić, podkopać i zniszczyć tych drani! Pociągnął Julię w dół, tak aby klęczeli naprzeciw siebie. - Słuchaj. Im więcej mężczyzn miałaś, tym bardziej cię kocham. Wiesz dlaczego? - Tak. Doskonale. - Nienawidzę czystości, nienawidzę dobroci! Nie chcę, żeby istniały jakiekolwiek cnoty. Pragnę, aby wszyscy byli zepsuci do szpiku kości. - W takim razie powinnam ci odpowiadać, kochanie. Jestem zepsuta jak nikt. - Lubisz to robić? Nie pytam o pieszczoty ze mną, lecz o seks jako taki. - Uwielbiam! To właśnie najbardziej pragnął usłyszeć. Nie chodziło mu o uczucie do konkretnej osoby, tylko o zwierzęcy instynkt, niepohamowany fizyczny popęd; on właśnie był siłą, która mogła rozsadzić Partię. Przewrócił Julię na murawę, na rozsypane dzwonki; tym razem nie miał żadnych trudności. Po pewnym czasie ich przyspieszone oddechy powróciły do zwykłego rytmu i owładnięci błogą niemocą odsunęli się trochę od siebie. Słońce świeciło teraz jakby mocniej. Oboje czuli się senni. Winston przyciągnął kombinezon i narzucił na dziewczynę. Zasnęli niemal natychmiast i spali blisko pół godziny. Winston obudził się pierwszy. Usiadł i popatrzył na piegowatą twarz Julii; dziewczyna nadal spała spokojnie, z policzkiem wspartym na dłoni. Żadna piękność, ale usta miała naprawdę wspaniałe. Kiedy się lepiej przyjrzał, pod jej oczami dostrzegł kilka pojedynczych zmarszczek. Za to krótkie ciemne włosy były wyjątkowo gęste i puszyste. Zdał sobie sprawę, że wciąż nie zna nazwiska Julii i nie wie, gdzie ona mieszka. Młode, silne ciało, tak niewinnie pogrążone we śnie, wydało mi się kruche i bezradne, wzbudzało w nim opiekuńcze uczucia. Lecz naiwna tkliwość, która wezbrała w nim pod leszczyną, kiedy słuchali śpiewu drozda, minęła bezpowrotnie. Ściągnął z Julii kombinezon i długo wpatrywał się w jej gładkie białe ciało. W dawnych czasach, pomyślał, gdy mężczyzna patrzył na ciało dziewczyny, które go podniecało, sprawa była prosta. Obecnie jednak nie istniała sama miłość lub samo pożądanie. Żadne uczucie nie mogło być czyste, bo wszystko przesycały strach i nienawiść. Uściski jego i Julii były walką; ich orgazm zwycięstwem. Ciosem zadanym Partii. Udaną akcją polityczną.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki