FANDOM


Winston czuł się galaretowaty z wyczerpania. "Galaretowaty" to najwłaściwsze określenie. Samo przyszło mu do głowy. Jego ciało bowiem nie tylko trzęsło się przy każdym ruchu jak galareta, lecz było równie przezroczyste. Miał wrażenie, że gdyby podniósł do góry rękę, ujrzałby przez nią światło. Szaleńcza, nieustająca praca wyżęła z niego limfę i krew, pozostawiając jedynie osłabły ludzki wiór - samą skórę, nerwy i kości. Każde doznanie odbierał ze zwielokrotnioną siłą. Kombinezon drapał go w ramiona, chodnik uwierał w stopy, nawet zgięcie palców odczuwał jako potworny wysiłek, od którego trzeszczą stawy. W ciągu pięciu dni Winston przepracował ponad dziewięćdziesiąt godzin. Inni zatrudnieni w ministerstwie również. Teraz mordęga się skończyła i nie miał absolutnie nic do roboty, żadnych partyjnych obowiązków, aż do jutra rana. Mógł spędzić sześć godzin w kryjówce nad sklepem pana Charringtona, a następne dziewięć we własnym łóżku. Szedł powoli, w łagodnym popołudniowym słońcu, nędzną uliczką w stronę sklepu, rozglądając się, czy nie widać patroli, ale jednocześnie żywiąc jakieś niczym nie uzasadnione przekonanie, że akurat dziś nie spotka go nic złego. Ciężka teczka przy każdym kroku obijała mu się o kolano, sprawiając, że mrowie przechodziło go po nodze. W środku znajdowała się Księga, którą już od sześciu dni miał w swoim posiadaniu, lecz dotąd nie znalazł czasu, by ją poczytać lub choćby na nią spojrzeć. Szóstego dnia Tygodnia Nienawiści, po pochodach, przemówieniach, krzykach, śpiewach, transparentach, filmach, pokazach figur woskowych, dudnieniu bębnów i ryku trąb, tupocie maszerujących nóg, turkocie czołgów, wyciu przelatujących samolotów; grzmocie armat - po sześciu dniach tych atrakcji, kiedy zbiorowy orgazm sięgał szczytu, a powszechna nienawiść do Eurazji przerodziła się w tak zaciekłą furię, że gdyby tłum dostał w swoje ręce owe dwa tysiące eurazjatyckich zbrodniarzy wojennych, których miano powiesić publicznie ostatniego dnia obchodów, to niechybnie rozszarpałby ich na strzępy - dokładnie wówczas ogłoszono naraz, że Oceania wcale nie prowadzi wojny z Eurazją. Nieprzyjacielem Oceanii jest Wschódazja. Eurazja to sprzymierzeniec. Nie przyznano się, oczywiście, że nastąpiła jakakolwiek zmiana sojuszy. Po prostu nagle, wszędzie równocześnie, ogłoszono, że to Wschódazja, a nie Eurazja jest wrogiem. Winston akurat uczestniczył w wiecu na jednym z głównych placów Londynu. Był późny wieczór - czerwone flagi i twarze zebranych oświetlał jaskrawy blask reflektorów. Na placu tłoczyło się kilka tysięcy ludzi, w tym tysiąc uczniów w mundurkach Kapusiów. Z trybuny obitej czerwonym suknem przemawiał do tłumu mówca z Wewnętrznej Partii, mały, chudy mężczyzna o nieproporcjonalnie długich rękach i ogromnej głowie, zupełnie łysej, jeśli nie liczyć paru rzadkich, przylizanych kosmyków. Karzeł ten, o twarzy wykrzywionej nienawiścią, w jednej kościstej dłoni dzierżył mikrofon, a drugą - zaciśniętą w ogromną pięść - wymachiwał groźnie w powietrzu. Jego głos, któremu megafony nadawały metaliczne brzmienie, grzmiał wyliczając po kolei wszystkie zbrodnie nieprzyjaciela: masakry, wysiedlenia, grabieże, gwałty, torturowanie jeńców, bombardowanie ludności cywilnej, napaści, kłamliwą propagandę, łamanie układów. Przekonywał każdego, każdemu udzielała się jego furia. Co kilka chwil tak narastała wściekłość tłumu, że barbarzyński, niepohamowany ryk tysięcy gardzieli zagłuszał słowa mówcy. Najdziksze wrzaski wydawali uczniowie. Przemówienie trwało już ze dwadzieścia minut, gdy nagle na trybunę wbiegł posłaniec i wręczył mówcy kartkę. Ten rozwinął ją i przeczytał, nie przerywając potoku słów. Nie zmieniło się ani jego zachowanie, ani ton głosu, ani też treść tego, co mówił, lecz nagle zaczął wymieniać nazwę innego mocarstwa. Nie padło ani jedno słowo wyjaśnienia, ale tłum i tak w mig pojął wszystko. Oceania prowadzi wojnę ze Wschódazja! W następnej chwili podniósł się rwetes. Wszystkie transparenty i plakaty, którymi udekorowano plac, były nieodpowiednie! Połowa z nich przedstawiała niewłaściwe osoby. Sabotaż! Robota agentów Goldsteina! Powstał zamęt; ze ścian zrywano plakaty, a transparenty darto na strzępy i deptano. Kapusie dokonywali cudów zręczności wdrapując się na dachy i ściągając łopoczące na kominach flagi. Nie minęły dwie, trzy minuty, a było już po wszystkim. Mówca, wciąż dzierżąc w jednej dłoni mikrofon, a drugą wymachując w powietrzu, wychylał się z trybuny i grzmiał jak uprzednio. Jeszcze minuta i tłum znów zaczął wznosić dzikie okrzyki. Nienawiść trwała nadal; zmienił się jedynie jej obiekt. Na Winstonie - gdy się później nad tym zastanawiał - największe wrażenie zrobiło to, że mówca przestawił się dosłownie w połowie zdania, nie tylko nie przerywając wywodu, lecz nawet nie zmieniając składni. W trakcie wiecu Winston prawie tego nie zauważył, albowiem miał na głowie ważniejsze sprawy. Kiedy wynikło całe zamieszanie i tłum zdzierał plakaty, jakiś człowiek, którego twarzy nawet dobrze nie widział, dotknął jego ramienia i rzekł: - Przepraszam, towarzyszu, chyba upuściliście teczkę. Winston wziął ją odruchowo, nie odzywając się słowem. Wiedział, że minie wiele dni, zanim będzie mógł do niej zajrzeć. Zaraz po skończeniu wiecu wrócił do Ministerstwa Prawdy, choć dochodziła już dwudziesta trzecia. Podobnie zrobił cały personel. Komunikaty nakazujące im stawienie się w pracy, nadawane przez teleekrany, były właściwie zbyteczne. Oceania prowadziła wojnę ze Wschódazją; Oceania zawsze prowadziła wojnę ze Wschódazją. Znaczna część literatury politycznej z ostatnich pięciu lat nagle całkiem się zdezaktualizowała. Najróżniejsze sprawozdania, akta, gazety, książki, broszury, filmy, nagrania, fotografie - wszystko to należało zmienić w błyskawicznym tempie. Chociaż nie wydano żadnych rozporządzeń, wszyscy doskonale wiedzieli, iż dyrektorzy poszczególnych departamentów życzą sobie, aby do końca tygodnia nie ostała się nigdzie ani jedna wzmianka o wojnie z Eurazją lub sojuszu ze Wschódazją. Ogrom pracy przytłaczał, a dodatkowo utrudniało ją to, że nie można było mówić wprost o przyczynie wprowadzenia zmian. Każdy urzędnik Departamentu Archiwów harował osiemnaście godzin na dobę, robiąc dwie trzygodzinne przerwy na sen. Z piwnic wyciągnięto materace i rozłożono na korytarzach. Nie wydawano regularnych posiłków; pracownicy stołówki jeździli z wózkami po piętrach, rozwożąc kanapki i Kawę Zwycięstwa. Za każdym razem Winston starał się wypełnić wszystkie polecenia, zanim wychodził z przegrody, by uciąć sobie drzemkę, ale gdy wracał, zaspany i obolały, okazywało się, że nowa lawina rulonów spadła tymczasem na biurko, zasypując je dokładnie, a nawet zsuwając się na posadzkę; tylko mikrofon mowopisu sterczał spod bieli na biurku niczym spod warstwy śniegu. Winston musiał zaczynać od ułożenia rulonów w równy stos, żeby zrobić sobie miejsce do pracy. Najgorsze, że zadania, które otrzymywał, nie polegały bynajmniej na czysto mechanicznym wprowadzaniu poprawek. Często oczywiście wystarczyło zmienić nazwę jednego mocarstwa na nazwę drugiego, lecz przy opracowywaniu bardziej szczegółowych artykułów niezbędne były skupienie i inwencja. Samo przeniesienie wojny z jednej części świata do innej wymagało doskonałej znajomości geografii. Już trzeciego dnia okropnie rozbolały go oczy; co chwila musiał przecierać szkła. Czuł się tak, jakby zlecono mu ciężką pracę fizyczną, której wykonania miał prawo odmówić, a zarazem, obsesyjnie pragnął sprostać zadaniu. Kiedy w rzadkich wolnych chwilach zastanawiał się nad tym, co robi, zupełnie nie przeszkadzała mu świadomość, że każde dyktowane przez niego słowo i każdy ruch kopiowego ołówka to rozmyślne kłamstwo. Podobnie jak wszystkim w departamencie, zależało mu, aby jego fałszerstwa były doskonałe. Rankiem szóstego dnia potok rulonów zmalał. Przez całe pół godziny nic nie wypadło z rury; potem wyleciał jeden zwitek, a po nim już nic. Mniej więcej o tej porze wszędzie ustawała praca. Cały departament wydał jedno głębokie westchnienie ulgi. Choć musiało to na zawsze pozostać tajemnicą, dokonano wielkiego dzieła. Nie istniał już ani jeden dokument świadczący o tym, iż wojna z Eurazją kiedykolwiek się toczyła. O dwunastej zero zero niespodziewanie ogłoszono, że wszyscy pracownicy ministerstwa są wolni do jutra rana. Z Księgą w teczce, którą trzymał między kolanami podczas pracy i pod sobą w czasie snu, Winston wrócił do domu, gdzie ogolił się i wykąpał, o mało nie zasypiając w wannie, choć woda była zaledwie letnia. Stawy trzeszczały mu przy każdym kroku, gdy z niemal lubieżną rozkoszą wspinał się po schodach do pokoju nad sklepem pana Charringtona. Był zmęczony, ale opuściła go senność. Otworzył okno, rozpalił brudny prymus i postawił na nim garnek wody, żeby zaparzyć kawę. Wiedział, że Julia wkrótce się zjawi; ale na razie miał Księgę. Usiadł w zniszczonym fotelu i rozpiął teczkę. Wydobył z niej ciężki tom w czarnej, amatorsko wykonanej oprawie, bez tytułu i nazwiska autora na okładce. Druk także nie był najlepszej jakości. Książka otwierała się łatwo, a brzegi miała wytarte; dowód, że przeszła przez wiele rąk. Na stronie tytułowej widniał napis:

Emmanuel Goldstein TEORIA I PRAKTYKA OLIGARCHICZNEGO KOLEKTYWIZMU

Winston zaczął czytać:


Rozdział I Ignorancja to Siła

Od początku czasów historycznych, a prawdopodobnie już od końca neolitu, na świecie istnieją trzy warstwy ludzi: górna, średnia i dolna. Wprowadzano najrozmaitsze podziały i wymyślano dla każdej z grup niezliczone określenia, a zarówno ich względna liczebność, jak i wzajemne stosunki zmieniały się w różnych epokach; jednakże podstawowa struktura społeczeństwa pozostała ta sama. Po najburzliwszych nawet wstrząsach i pozornie nieodwołalnych przemianach ludzkość powraca niebawem do dawnego modelu, podobnie jak żyroskop wraca do stałego położenia bez względu na to, jak daleko i pod jakim kątem zostanie wychylony przez działające nań siły. Cele poszczególnych warstw są absolutnie nie do pogodzenia... Winston przerwał czytanie, głównie po to, aby rozkoszować się faktem, że czyta, na dodatek w wygodnych i bezpiecznych warunkach. Był sam; wolny od teleekranu, wolny od obaw, że ktoś podsłuchuje przez dziurkę od klucza, wolny nawet od nerwowego odruchu oglądania się za siebie i przysłaniania strony ręką. Wonny, letni wietrzyk łaskotał go w policzek. Z oddali dochodziły stłumione okrzyki dzieci; w samym pokoju panowała cisza przerywana jedynie owadzim cykaniem zegara. Winston zapadł się głębiej w fotelu i oparł nogi o kratę przed kominkiem. Tak wygląda rozkosz, wieczne szczęście. Nagle, jak ktoś, kto wie, że potem wróci do pierwszych stron i przeczyta całą książkę od deski do deski, otworzył ją w innym miejscu, akurat na początku trzeciego rozdziału. Zaczął czytać:

Rozdział III Wojna to Pokój

Rozpad świata na trzy wielkie supermocarstwa był wydarzeniem nietrudnym do przewidzenia już pod koniec pierwszej polowy dwudziestego wieku. Dwa z trzech istniejących mocarstw, Eurazja i Oceania, powstały właściwie z chwilą wchłonięcia Europy przez Rosję oraz Imperium Brytyjskiego przez Stany Zjednoczone. Trzecie, Wschódazja, wyłoniło się jako odrębna jednostka dopiero po następnym dziesięcioleciu chaotycznych walk. Granice pomiędzy trzema supermocarstwami w wielu miejscach są umowne, w innych zmieniają się zależnie od wyników działań wojennych, na ogół jednak są to granice naturalne. Eurazja zajmuje całą północną część kontynentu eurazjatyckiego, od Portugalii po Cieśninę Beringa. Oceania składa się z obu Ameryk, wysp Oceanu Atlantyckiego łącznie z Wyspami Brytyjskimi, z Australii, wysp południowego Pacyfiku oraz z południowej części Afryki. Wschódazja, najmniejsze z mocarstw, o mało wyraźnej granicy zachodniej, obejmuje Chiny i kraje leżące na południe od nich, Wyspy Japońskie oraz znaczny, lecz niestałej wielkości obszar na terytorium Mandżurii, Mongolii i Tybetu. Zmieniając sojusze, trzy supermocarstwa ustawicznie prowadzą ze sobą wojnę, która trwa już od dwudziestu pięciu lat. Jednakże wojna współczesna nie przypomina rozpaczliwych i niszczycielskich zmagań, jakie miały miejsce w pierwszych dziesięcioleciach dwudziestego wieku. Jej cele są ograniczone, a prowadzący ją przeciwnicy nie potrafią się pokonać, nie walczą o nic konkretnego i nawet nie dzielą ich żadne zasadnicze różnice natury ideologicznej. Nie oznacza to bynajmniej, że sama wojna stała się bardziej humanitarna, a powszechne do niej nastawienie mniej krwawe. Wprost przeciwnie: histeria wojenna sięgnęła zenitu, a takie czyny, jak gwałty, grabieże, mordowanie dzieci, obracanie całych narodów w siłę niewolniczą oraz znęcanie się nad jeńcami (przybierające nawet tak drastyczne formy jak zakopywanie lub gotowanie żywcem) uchodzą za rzecz normalną, a kiedy dopuszcza się ich nie wróg, lecz własne wojska, za wręcz chwalebną. Jednakże samo prowadzenie działań wojennych angażuje tylko ograniczoną liczbę znakomicie wyszkolonych zawodowców; bilans strat także można uznać za stosunkowo niewielki. Bitwy, jeśli w ogóle do nich dochodzi, toczą się wyłącznie na rubieżach, o których położeniu przeciętny obywatel ma bardzo nikłe pojęcie, lub w pobliżu pływających fortec strzegących strategicznych punktów na szlakach morskich. W aglomeracjach miejskich wojna odczuwalna jest jedynie pod postacią chronicznego niedoboru towarów konsumpcyjnych lub sporadycznych wybuchów pocisków rakietowych, od których ginie najwyżej kilkadziesiąt osób. Charakter wojny zmienił się całkowicie. A ściślej mówiąc, zmieniła się priorytetowość racji jej prowadzenia. Sprawy, które w wielkich wojnach z początku dwudziestego wieku odgrywały tylko niewielką rolę, wysunęły się na czoło, stając się świadomą przyczyną podejmowania działań zaczepnych. Chcąc zrozumieć charakter obecnej wojny - a cały czas jest to ta sama wojna, choć co kilka lat następuje zmiana sojuszy – po pierwsze należy sobie w pełni uzmysłowić, iż nigdy nie zakończy się zdecydowanym zwycięstwem. Żadne dwa supermocarstwa, nawet działając wspólnie, nie zdołają pokonać trzeciego. Rozkład sił jest zbyt wyważony, a ponadto warunki naturalne każdego z mocarstw zapewniają mu znakomitą pozycję obronną. Eurazję chronią jej ogromne przestrzenie lądowe. Oceanię szerokość Atlantyku i Pacyfiku. Wschódazję liczebność i pracowitość jej mieszkańców. Ponadto, rozpatrując rzecz w kategoriach materialnych, nie ma już o co walczyć. Gospodarka każdego z mocarstw jest samowystarczalna, o podaży regulowanej lokalnym popytem, co sprawia, że traci sens główna niegdyś przyczyna prowadzenia wojen - pogoń za rynkami zbytu. Kwestia zaopatrzenia w surowce również przestała być żywotna, gdyż wszystkie trzy mocarstwa zajmują tak rozległe obszary, iż mają pod dostatkiem surowców wewnątrz własnych granic. Jeżeli w ogóle można mówić o ekonomicznych racjach prowadzenia wojny, jest to walka o siłę roboczą. Poza terytorium trzech mocarstw leży bowiem nie należący do żadnego z nich nieforemny czworobok zamieszkany przez jedną piątą ludzkości, który rozciąga się od Tangeru po Brazzaville i od Darwin po Hongkong. To właśnie o panowanie nad tym gęsto zaludnionym rejonem, a także nad obszarami polarnymi wokół bieguna północnego, mocarstwa wojują ze sobą. Żadne, z nich nie sprawuje władzy nad całym spornym terenem. Poszczególne jego części wciąż przechodzą z rąk do rąk, a możliwość zdobycia kolejnego kąska, dzięki błyskawicznej, zdradzieckiej akcji, jest właściwie jedyną przyczyną ciągłych zmian sojuszy między przeciwnikami. Na wszystkich spornych terenach występują złoża cennych minerałów, a tam gdzie panuje tropikalny klimat, w grę wchodzi dodatkowo możliwość uprawy roślin dających ważne surowce naturalne, takie jak kauczuk, którego syntetyczna produkcja jest stosunkowo kosztowna. Głównie jednak tereny te stanowią niewyczerpane źródło taniej siły roboczej. Mocarstwo okupujące albo równikową Afrykę, albo kraje Bliskiego Wschodu, albo też południowe Indie lub Archipelag Malajski dysponuje dziesiątkami lub setkami milionów źle opłacanych, pracowitych kulisów. Mieszkańcy tych obszarów, gdzie bardziej lub mniej jawnie przywrócono niewolnictwo, przechodzą nieustannie z rąk do rąk kolejnych zwycięskich najeźdźców, dla których ich życie nie przedstawia żadnej wartości; umieralność tubylców wkalkulowana jest tak samo jak koszt węgla czy ropy w cenę wzrostu produkcji broni niezbędnej do dalszych podbojów i powiększania siły roboczej, koniecznej do dalszego wzrostu produkcji broni, w celu dalszych podbojów dla zdobycia jeszcze większej siły roboczej - i tak w nieskończoność. Należy dodać, że działania wojenne właściwie nigdy nie przenoszą się poza sporne tereny. Południowa granica Eurazji wciąż przemieszcza się od dorzecza Konga po północne brzegi Morza Śródziemnego; nad wyspami leżącymi na Oceanie Indyjskim i na Pacyfiku panują na zmianę Oceania i Wschódazja; w Mongolii granica między Eurazją i Wschódazja nieustannie przesuwa się to w jedną to w drugą stronę; w Arktyce wszystkie trzy mocarstwa roszczą sobie prawo do ogromnych obszarów, lecz w większości są one nie zbadane i nie zamieszkane; w sumie równowaga sił między mocarstwami pozostaje niezachwiana, a tereny leżące w głębi nie tknięte wojną. Co więcej, praca wyzyskiwanych ludów zamieszkujących okolice równika jest zbędna dla gospodarki światowej. Ich trud nie wzbogaca reszty świata, gdyż całą produkcję pochłaniają działania wojenne, których jedynym celem jest uzyskanie lepszej pozycji do prowadzenia takich działań w przyszłości. Praca zniewolonych ludów umożliwia wyłącznie eskalację tempa wojny. Gdyby nie one, dominujący na świecie ustrój społeczny oraz procesy, dzięki którym się utrzymuje, właściwie pozostałyby bez zmian. Podstawowym celem działań wojennych (zgodnie z zasadą dwójmyślenia, kierownicze umysły Wewnętrznej Partii są, a zarazem nie są go świadome) jest zużywanie wytworzonych towarów bez podnoszenia stopy życiowej obywateli. Od końca dziewiętnastego wieku państwa uprzemysłowione borykały się z problemem - zrazu tylko potencjalnym - nadwyżki dóbr konsumpcyjnych. Obecnie, gdy większość obywateli głoduje, problem ten oczywiście przestał się rysować tak ostro, lecz może wcale nie stałby się istotny, nawet gdyby zaniechano sztucznych procesów niszczenia nadwyżek. Świat teraźniejszy jest nędzną, walącą się ruiną w porównaniu ze światem sprzed 1914 roku, a jeszcze bardziej w zestawieniu z wyobrażeniami, jakie ludzie wtedy żyjący mieli o przyszłości. W pierwszych latach dwudziestego wieku wizja przyszłych czasów, w których ludzkość żyć będzie w niewiarygodnym dobrobycie, wygodnie, spokojnie, pracując wydajnie - świetlany, aseptyczny świat ze szkła, stali i śnieżnobiałego betonu - tkwiła w świadomości prawie wszystkich osób wykształconych. Nauka i technika rozwijały się w niesłychanym tempie i wydawało się logiczne, że proces ten będzie postępował naprzód. Tak się jednak nie stało, częściowo w wyniku zubożenia spowodowanego przez długotrwałe wojny i rewolucje, a po części dlatego, że postęp naukowy i techniczny wymaga swobody empirycznego myślenia, dla której nie było miejsca w totalitarnych systemach politycznych. W sumie świat dzisiejszy jest znacznie bardziej prymitywny, niż był pięćdziesiąt lat temu. Rozwinęły się pewne zacofane gospodarczo obszary, wyprodukowano także nieco nowego sprzętu o przeznaczeniu militarnym lub policyjno-szpiegowskim, lecz niemal całkowicie zaniechano działalności badawczej i wynalazczej, a zniszczeń po wybuchach bomb atomowych z lat pięćdziesiątych nigdy nie naprawiono. Jednakże niebezpieczeństwa, jakie pociąga za sobą industrializacja, nadal są aktualne. Kiedy pojawiły się pierwsze maszyny, dla ludzi myślących stało się jasne, że oto następuje koniec ludzkiego mozołu, a co za tym idzie, w znacznej mierze także koniec nierówności społecznych. Gdyby świadomie użyto maszyn w celu zwalczania głodu, pracy ponad siły, brudu, analfabetyzmu i chorób, przez okres kilku pokoleń można by wyplenić wszystkie te plagi i bolączki. Ale chociaż kierowano się zupełnie innymi przesłankami, przeciętna stopa życiowa rzeczywiście wzrosła niesłychanie w ciągu pięćdziesięcioletniego okresu na przełomie ubiegłego i obecnego wieku, po prostu jako uboczny wynik procesu industrializacji, wytwarzającego dobra, które siłą rzeczy trafiały do rąk wszystkich. Zarazem jednak uświadomiono sobie, że powszechny dostatek zagraża trwałości społeczeństw hierarchicznych; właściwie jest ich zgubą. W świecie, gdzie każdy pracuje krótko, ma pod dostatkiem żywności, mieszka w domku z bieżącą wodą, posiada lodówkę, samochód, a może nawet i awionetkę, po prostu znikają najbardziej rzucające się w oczy i najbardziej istotne przejawy nierówności. Powszechny dostatek oznacza zatarcie różnic. Można sobie oczywiście wyobrazić społeczeństwo, w którym dobrobyt, w sensie własności dóbr materialnych i wygody życia., dostępny jest wszystkim na równi, podczas gdy władza spoczywa w rękach nielicznej kasty uprzywilejowanych. Ale w praktyce podobna społeczność nie miałaby zagwarantowanej trwałości. Gdyby wszyscy byli jednakowo zamożni i dysponowali taką samą ilością wolnego czasu, ogromna masa ludzi dotychczas ogłupionych nędzą zdobyłaby wykształcenie i nauczyła się myśleć, a wówczas prędzej czy później zdałaby sobie sprawę, że uprzywilejowana mniejszość nie ma żadnej racji bytu i należy ją obalić. Społeczeństwo hierarchiczne musi opierać się na nędzy i ciemnocie, aby sprawnie funkcjonować. Powrót do rolniczej gospodarki przeszłości, o czym marzyli niektórzy myśliciele z początku dwudziestego wieku, w ogóle nie wchodził w grę. Takie rozwiązanie kłóciło się z pędem ku mechanizacji, który na całym świecie przerodził się niemal w instynkt, a co ważniejsze, każdy kraj technicznie zacofany byłby zupełnie bezradny w razie wybuchu konfliktu zbrojnego; musiałby się podporządkować, bezpośrednio lub pośrednio, bardziej rozwiniętym przemysłowo rywalom. Utrzymanie mas w ubóstwie przez ograniczenie produkcji też nie było wyjściem zadowalającym. Tak właśnie przedstawiała się sytuacja w ostatniej fazie kapitalizmu, mniej więcej w latach 1920-1940. Gospodarkę wielu państw doprowadzono do stagnacji, ziemia leżała odłogiem, nie inwestowano w dalsze środki produkcji, ogromną część ludności pozbawiono pracy, a rządowe instytucje charytatywne wypłacały bezrobotnym zaledwie głodowe zasiłki. Ponieważ jednak taka polityka prowadziła również do osłabienia militarnego, a wynikającego z niej ubóstwa absolutnie nic nie usprawiedliwiało, z czasem napotkała opór. Należało się uporać z problemem, jak utrzymywać w ciągłym ruchu machinę przemysłu, nie zwiększając zamożności świata. Rozumiano, że dobra należy wytwarzać, lecz nie wolno ich rozpowszechniać. Jedynym realnym rozwiązaniem była więc ciągła wojna. Istotą wojny jest niszczenie - niekoniecznie zabijanie ludzi, lecz niszczenie wytworów ich rąk. Wojna to sposób na obracanie w pył, wysadzanie w stratosferę lub zatapianie na dno oceanów materiałów, które można by zużytkować inaczej, niepotrzebnie przyczyniając się do podwyższenia poziomu życia szerokich mas społeczeństwa, a co za tym idzie, do ich edukacji. Nawet wówczas, gdy sprzęt bojowy nie ulega zniszczeniu, jego produkcja to wygodny sposób zajęcia siły roboczej bez wytwarzania zbędnych towarów konsumpcyjnych. Na przykład każda pływająca forteca wymaga nakładów pracy wystarczających dla zbudowania kilkuset statków handlowych. Z czasem niszczy się ją jako przestarzałą i jeszcze większym nakładem sił i środków woduje następną, która również nie przynosi nikomu absolutnie żadnego pożytku. W teorii przemysł zbrojeniowy ma pochłaniać wszystkie nadwyżki pozostałe po zaspokojeniu bieżących potrzeb społeczeństwa. W praktyce zawsze zaniża się te potrzeby, czego rezultatem jest ciągły niedobór większości niezbędnych artykułów; ten stan rzeczy uchodzi jednak za korzystny. Rozmyślnie dąży się do tego, aby nawet egzystencja grup uprzywilejowanych utrzymywała się na granicy niedostatku, gdyż powszechna nędza zwiększa wartość drobnych przywilejów, a tym samym poszerza przepaść między poszczególnymi odłamami społeczeństwa. Jeśli przyjąć za kryterium warunki panujące na początku dwudziestego wieku, nawet członek Wewnętrznej Partii prowadzi życie skromne i pracowite. Lecz te nieliczne luksusy, które mu przysługują - duże, odpowiednio urządzone mieszkanie, lepsza gatunkowo odzież, lepszej jakości żywność, napoje i tytoń, dwóch lub trzech służących, prywatny samochód lub helikopter - sprawiają, że żyje w innym świecie niż członek Zewnętrznej Partii, podczas gdy ten z kolei korzysta z przywilejów wynoszących go ponad ciemiężone masy nazywane ,,prolami". Sytuacja społeczna przypomina tę, jaka istnieje w oblężonym mieście, kiedy to marny ochłap koniny stanowi różnicę między bogactwem a nędzą. Jednocześnie świadomość toczącej się wojny i ciągłego zagrożenia, powoduje, iż przekazanie całej władzy w ręce nielicznej kasty wydaje się naturalnym i koniecznym warunkiem przetrwania. Wojna, jak to się okaże w dalszym ciągu wywodu, nie tylko szerzy niezbędną destrukcję, lecz robi to w sposób psychologicznie łatwy do akceptacji. Teoretycznie można by bez większych trudności zmarnować nadmiar sił wytwórczych wznosząc świątynie, piramidy, kopiąc i zasypując doły lub produkując ogromne ilości towarów, a następnie je paląc. To jednak stwarzałoby wyłącznie ekonomiczne, a nie emocjonalne podstawy sprawnego funkcjonowania ustroju hierarchicznego. Nie chodzi o morale mas, których odczucia są nieistotne, jak długo ludzie wykonują swoją pracę, lecz o morale samej Partii. Nawet od szeregowych członków Partii oczekuje się fachowości, pracowitości i choćby minimalnej inteligencji, ale najważniejsze jest, aby byli łatwowiernymi fanatykami i ignorantami, których najczęstsze uczucia to strach, nienawiść, uwielbienie oraz orgiastyczny tryumf. Innymi słowy, ich mentalność powinna odpowiadać potrzebom wojny. Nieważne, czy trwa ona rzeczywiście ani też - ponieważ zdecydowane zwycięstwo jednej ze stron jest niemożliwe - jak toczą się jej losy. Liczy się sam fakt ciągłego stanu zagrożenia. Rozszczepienie mózgu, którego Partia wymaga od swych członków, a które łatwiej osiąga się w atmosferze wojny, stało się obecnie już niemal powszechne, a im kto wyżej stoi, tym bardziej wyraziste. Właśnie bowiem wśród członków Wewnętrznej Partii histeria wojenna i nienawiść do wroga są najsilniejsze. Ze względu na kierownicze funkcje członkowie Wewnętrznej Partii często muszą wiedzieć, że ten lub inny komunikat z linii frontu jest kłamliwy; może nawet orientują się, że cała wojna to blaga i albo nie toczy się wcale, albo z zupełnie innych przyczyn niż te, które się oficjalnie głosi; ale swoją wiedzę łatwo neutralizują dzięki technice zwanej dwójmyśleniem. Ich 'niemal mistyczna wiara, iż wojna trwa naprawdę, pozostaje niezachwiana; święcie wierzą również w to, że kiedyś wojna zakończy się zwycięstwem i Oceania zapanuje niepodzielnie nad światem. Dla wszystkich członków Wewnętrznej Partii rychłe zwycięstwo Oceanii jest po prostu aktem wiary. Zostanie osiągnięte albo przez stopniowy podbój coraz większych obszarów i związaną z tym przewagę militarną, albo przez wynalezienie nowej broni, przed którą wróg nie zdoła się zabezpieczyć. Badania nad tego typu bronią trwają bezustannie; przemysł zbrojeniowy jest zresztą jedną z niewielu gałęzi, w których pomysłowość lub w ogóle myślenie jako takie znajduje pewne ujście. We współczesnej Oceanii termin "nauka" w dawnym rozumieniu tego słowa przestał mieć jakiekolwiek zastosowanie. W nowo-mowie słowo to po prostu nie istnieje. Myślenie empiryczne, podstawa wszystkich naukowych osiągnięć przeszłości, sprzeczne jest z elementarnymi założeniami angsocu. Zresztą postęp techniczny też ma prawo bytu wyłącznie wówczas, gdy może przyczynić się do dalszego uszczuplenia swobód obywatelskich. We wszystkich dziedzinach świat albo się cofa, albo stoi w miejscu. Ziemię orze się pługami ciągniętymi przez konie, a książki pisze maszyna. Jednakże w kwestiach najwyższej wagi - czyli związanych z wojną i aparatem policyjno-szpiegowskim ~ podejście empiryczne wciąż spotyka się z aprobatą, a przynajmniej z przyzwoleniem. Partia ma dwa zasadnicze cele: zawładnąć całą kulą ziemską i zlikwidować raz na zawsze swobodę myślenia. Tak więc jej dwa największe problemy, które ustawicznie stara się rozwiązać, są następujące: jak wbrew woli danego człowieka odczytać jego myśli oraz jak w ciągu kilku sekund i bez żadnego ostrzeżenia zgładzić kilkaset milionów ludzi. Wszystkie badania koncentrują się na tych dwóch zagadnieniach. Współczesny naukowiec łączy w sobie cechy psychologa i inkwizytora, szczegółowo badając znaczenie ludzkiej mimiki, gestów, tonu głosu, sprawdzając wpływ na prawdomówność różnych preparatów, terapii wstrząsowej, hipnozy i tortur - lub też jest chemikiem, fizykiem czy biologiem, zajmującym się tylko tymi gałęziami swojej dziedziny, które mogą służyć ludobójstwu. W ogromnych laboratoriach Ministerstwa Pokoju, w stacjach badawczych ukrytych w brazylijskich dżunglach, na pustyniach Australii lub samotnych wysepkach Antarktydy zespoły ekspertów niestrudzenie prowadzą doświadczenia. Jedni koncentrują się na logistyce przyszłych wojen; drudzy wymyślają coraz większe pociski rakietowe, coraz silniejsze środki wybuchowe, coraz trwalsze materiały do opancerzania samolotów, statków i pojazdów; inni szukają nowych, bardziej zabójczych gazów, rozpuszczalnych trucizn, które można by produkować w dostatecznych ilościach, aby zniszczyć roślinność całego kontynentu, lub odmian bakterii chorobotwórczych odpornych na wszystkie znane antybiotyki; jeszcze inni usiłują wynaleźć pojazd, który umiałby się poruszać pod ziemią niczym kret, lub samolot zdolny do unoszenia się tygodniami w powietrzu; bada się również jeszcze bardziej odległe możliwości, takie jak skupianie promieni słonecznych dzięki soczewkom rozmieszczonym tysiące kilometrów od ziemi lub sztuczne wywoływanie trzęsień ziemi i potężnych pływów dzięki wykorzystaniu wysokich temperatur panujących wewnątrz skorupy ziemskiej. Jednakże do realizacji tych projektów wiedzie daleka droga; zresztą żadne z mocarstw nigdy nie osiąga w tym wyścigu znacznej przewagi. Ale najciekawsze jest to, że wszystkie trzy posiadają już broń bez porównania straszliwszą od środków rażenia, które ich naukowcy będą kiedykolwiek potrafili skonstruować, a mianowicie bombę atomową. Chociaż Partia, jak to zwykła czynić, sobie przypisuje jej wynalezienie, w rzeczywistości broń ta pojawiła się po raz pierwszy na początku lat czterdziestych, a mniej więcej dziesięć lat później posłużono się nią na masową skalę. Kilkaset bomb atomowych zrzucono wówczas na ośrodki przemysłowe rozsiane po europejskich obszarach Rosji, po Europie Zachodniej i Ameryce Północnej. Sfery rządzące doszły jednak do wniosku, że dalsze bombardowania doprowadzą do całkowitego zniszczenia cywilizacji, a tym samym ich władzy. Od tego czasu, aczkolwiek nie podpisano w tej sprawie żadnego porozumienia ani nie wystąpiono nawet z takim projektem, bomby przestały spadać. Ale wszystkie trzy mocarstwa nadal je produkują i gromadzą w nadziei, że kiedy nadejdzie decydujący moment, będą mogły posłużyć się nimi i odnieść druzgocące zwycięstwo. Tymczasem w ciągu ostatnich trzydziestu, czterdziestu lat sztuka wojenna nie posunęła się właściwie naprzód. Więcej jest helikopterów, zamiast bombowców wytwarza się raczej pociski samosterujące, a szybkie, lecz łatwe do zatopienia okręty zastąpiono niemal niezniszczalnymi pływającymi fortecami; poza tym jednak postęp jest nieznaczny. Czołgi, łodzie podwodne, torpedy, karabiny maszynowe, jak również karabiny i granaty ręczne pozostają w użyciu. I wbrew artykułom o ciągłych rzeziach regularnie ukazującym się w prasie, oraz tej samej treści komunikatom teleekranowym, krwawe bitwy znane z wcześniejszych wojen, kiedy w ciągu tygodni ginęły setki tysięcy lub nawet miliony ludzi, nie powtórzyły się ani razu. Żadne z trzech supermocarstw nigdy nie ryzykuje rozpoczynania działań, które mogłyby zakończyć się dla niego totalną klęską. Jedyne większe operacje wojenne to nagłe podstępne ataki na siły sojusznika. Wszystkie mocarstwa stosują lub raczej udają, że stosują identyczną strategię. Chodzi o to, aby w wyniku działań zbrojnych, traktatów i nagłej zdrady otoczyć własnymi bazami terytorium nieprzyjaciela, podpisać z nim układ przyjaźni i trwać w niej dostatecznie długo, by uśpić jego czujność. Następnie, zgromadziwszy w bazach rakiety uzbrojone w głowice atomowe, odpalić je równocześnie, powodując zniszczenia tak znaczne, iż akcja odwetowa nie będzie możliwa. Wtedy należy podpisać pakt o nieagresji z trzecim mocarstwem i rozpocząć przygotowania do kolejnego ataku. Nie trzeba nawet wyjaśniać, że te plany to mrzonki bez żadnej szansy powodzenia. Co więcej, jedyne podejmowane działania wojenne toczą się w okolicach równika lub bieguna północnego; nigdy nie dochodzi do inwazji rdzennych ziem nieprzyjaciela. To właśnie wyjaśnia, dlaczego niektóre granice między mocarstwami są umowne. Na przykład Eurazja mogłaby bez trudu opanować Wyspy Brytyjskie, które geograficznie stanowią część Europy, Oceania zaś mogłaby przesunąć swoje granice aż po Ren lub nawet Wisłę. Lecz to podważyłoby respektowaną przez wszystkie strony, choć nigdy oficjalnie nie sformułowaną zasadę kulturowej integralności. Gdyby Oceania podbiła tereny znane niegdyś jako Francja i Niemcy, musiałaby albo poddać eksterminacji całą ludność miejscową, co wcale nie byłoby proste, albo wchłonąć sto milionów mieszkańców reprezentujących bardzo zbliżony poziom rozwoju. Wszystkie trzy mocarstwa odczuwają ten problem. Brak wszelkich kontaktów z cudzoziemcami, z wyjątkiem jeńców i ciemnoskórych niewolników, to konieczny warunek powodzenia ich polityki. Nawet aktualnego sojusznika traktuje się podejrzliwie. Pomijając jeńców wojennych, przeciętny mieszkaniec Oceanii nigdy nie ogląda obywateli Eurazji lub Wschódazji, a nauka języków obcych jest zakazana. Gdyby pozwolono mu nawiązać znajomość z cudzoziemcami, przekonałby się, że są takimi samymi ludźmi jak on, a wszystko, co o nich słyszał, to przeważnie kłamstwa. Zamknięty świat, w którym żyje, otworzyłby się nagle, a strach, nienawiść i obłuda, od których zależy jego morale, mogłyby po prostu się ulotnić. Dlatego zainteresowane strony dobrze zdają sobie sprawę z tego, że bez względu na to, jak często Persja, Egipt, Jawa lub Cejlon przechodzą z rąk do rąk, granic samych mocarstw nie mogą przekraczać ludzie, lecz wyłącznie pociski. Takie rozumowanie wynika także z faktu - o którym nigdy nie wspomina się na głos, choć wszyscy potajemnie zdają sobie z niego sprawę - iż warunki życia w trzech mocarstwach są praktycznie identyczne. W Oceanii zwycięska ideologia nosi nazwę angsocu, w Eurazji neobolszewizmu, we Wschódazji określa się ją chińskim terminem tłumaczonym zwykle jako "kult śmierci", aczkolwiek jego sens lepiej chyba oddaje sformułowanie "zanik ja". Obywatel Oceanii nie ma prawa zgłębiać dwóch pozostałych ideologii, lecz uczy się gardzić nimi jako barbarzyńskimi idiotyzmami stanowiącymi obrazę moralności i zdrowego rozsądku. W rzeczywistości wszystkie trzy ideologie są bardzo do siebie zbliżone, oparte zaś na nich systemy polityczne w ogóle niczym się nie różnią. Wszędzie obowiązuje ta sama hierarchiczna struktura i kult niemal boskiego przywódcy, a identyczne gospodarki całkowicie podporządkowano prowadzeniu wojny. Trzy supermocarstwa nie tylko nie potrafią się pokonać, lecz także nie miałyby z tego żadnych korzyści. Przeciwnie: dopóki panuje między nimi niezgoda, dopóty podpierają się nawzajem niby trzy snopki pszenicy. Jak zwykle, grupy rządzące są równocześnie świadome i nieświadome tej zależności. Marzy im się podbój całego świata, ale zarazem zdają sobie sprawę, że wojna powinna trwać wiecznie i nikomu nie przynosić zwycięstwa. Fakt, iż groźba totalnej klęski po prostu nie istnieje, umożliwia negowanie rzeczywistości, co jest cechą charakterystyczną i angsocu, i wrogich mu światopoglądów. W tym miejscu należy powtórzyć wypowiedzianą już wcześniej myśl, że przez ciągłość wojna całkowicie zmieniła charakter. W minionych wiekach wojna niemal z definicji prędzej czy później kończyła się wyraźnym zwycięstwem lub klęską. Stanowiła też jeden z najlepszych sprawdzianów zakotwiczenia danej zbiorowości w rzeczywistym świecie. Wszyscy władcy we wszystkich stuleciach usiłowali narzucić swoim poddanym fałszywą wizję świata, lecz nie mogli upierać się przy iluzji, która osłabiałaby gotowość bojową ich kraju. Dopóki klęska oznaczała utratę niepodległości lub przynosiła inne niepożądane następstwa, należało dobrze zabezpieczyć się przed przegraną. Nie wolno było lekceważyć rzeczywistości. W filozofii, religii, etyce lub polityce dwa plus dwa mogło równać się pięć, ale gdy chodziło o skonstruowanie armaty czy samolotu, wynik musiał brzmieć cztery. Narody, które pozwalały się wyprzedzić pod względem rozwoju technicznego, z czasem podbijano bez wyjątku, a walka o postęp toczyła się zwykle w klimacie zabójczym dla iluzji. Aby iść naprzód, trzeba umieć korzystać z doświadczeń przeszłości, a chcąc to czynić, należy mieć o niej dokładne pojęcie. Gazety i podręczniki zawsze, oczywiście, przedstawiały wiadomości w sposób stronniczy, lecz fałszowanie ich do tego stopnia, jak praktykuje się to obecnie, było nie do pomyślenia. Groźba wojny powodowała, że warstwy stojące u władzy musiały się kierować zdrowym rozsądkiem w swoich poczynaniach. Dopóki wojna kończyła się klęską lub zwycięstwem, nie mogły sobie pozwolić na pełną samowolę. Kiedy jednak wojna zamienia się w proces ciągły, przestaje być niebezpieczna. Wieczna wojna wyklucza istnienie wyższych racji wojskowych. Postęp techniczny może ulec zahamowaniu, a najbardziej oczywiste fakty można przekręcić lub ignorować. Jak wspomniano powyżej, w przemyśle zbrojeniowym nadal prowadzi się badania uważane niegdyś za naukowe, lecz ponieważ plany podboju leżą wyłącznie w sferze fantazji, brak powodzenia bynajmniej nikogo nie martwi. Sprawność, nawet sprawność militarna, przestała być konieczna. Jedyny sprawnie funkcjonujący organ w Oceanii to Policja Myśli. Skoro każde z mocarstw jest niepokonane, każde w efekcie tworzy odrębny świat, w którym można bez żadnych przeszkód wprowadzać w życie najbardziej niedorzeczne koncepcje. Rzeczywistość daje się odczuć wyłącznie w kwestiach dotyczących podstawowych potrzeb życiowych - takich jak zaspokojenie głodu i pragnienia, zapewnienie dachu nad głową, zaopatrzenie w odzież, a także zabezpieczenie się przed przypadkowym połknięciem trucizny lub wypadnięciem z okna wieżowca. Między życiem a śmiercią, przyjemnością a bólem wciąż znać różnicę, ale to wszystko. Odcięty od kontaktu ze światem zewnętrznym, a także z przeszłością, obywatel Oceanii przypomina człowieka zawieszonego w przestrzeni międzygwiezdnej; jak on nie potrafi stwierdzić, gdzie jest góra, a gdzie dół. Rządzący takim państwem mają władzę absolutną, o jakiej nawet nie marzyli faraonowie czy rzymscy cesarze. Muszą się troszczyć o to, aby nie zagłodzić na śmierć zbyt wielkiej rzeszy poddanych, gdyż mogłoby to mieć negatywne skutki dla kraju, muszą też utrzymywać swój arsenał na tak samo niskim poziomie technicznym jak rywale; lecz zadbawszy o to minimum, mogą wyczyniać z rzeczywistością, co im się żywnie podoba. Tak więc obecna wojna, jeśli stosować do niej miarę dawnych wojen, jest zwyczajną fikcją. Przypomina walki toczone przez samce pewnych parzystokopytnych gatunków, których rogi wyrastają pod takim kątem, iż zwierzęta nie mogą wyrządzić sobie krzywdy. Ale chociaż jest fikcyjna, nie znaczy to, że nie odgrywa żadnej roli. Likwiduje nawis produkcyjny i pomaga utrzymać psychozę niezbędną do prawidłowego funkcjonowania systemu. Wojna, jak to wykażemy w dalszej części wywodu, obecnie stała się wyłącznie wewnętrzną sprawą państwa. W przeszłości grupy rządzące poszczególnych krajów wojowały ze sobą i zwycięzca zawsze łupił pokonanego, aczkolwiek świadomość wspólnoty interesów powstrzymywała go od nadmiernego szerzenia zniszczeń. W dzisiejszych czasach grupy te nie walczą ze sobą wcale. Teraz wojnę toczy rząd przeciwko obywatelom własnego państwa, a jej celem nie są korzyści terytorialne lub zapobieżenie grabieży, lecz zachowanie panującego ustroju w nie zmienionej formie. Sam termin "wojna" stał się więc mylący. Właściwie można rzec, nie mijając się z prawdą, iż z chwilą przeobrażenia się w ciągłą, wojna przestała istnieć. Nacisk, jaki jej groźba wywierała na społeczność ludzką pomiędzy neolitem a początkiem dwudziestego wieku, znikł; obecnie mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Skutek byłby identyczny, gdyby zamiast ze sobą walczyć, trzy mocarstwa zgodziły się zawrzeć wieczny pokój i zagwarantować sobie nienaruszalność granic. W tym wypadku każde z nich nadal byłoby zamkniętym światem, wolnym od jakiegokolwiek otrzeźwiającego zagrożenia z zewnątrz. Trwały pokój niczym by się nie różnił od ciągłej wojny. Taki właśnie - choć ogromna większość członków Partii uświadamia sobie tylko jego powierzchowne znaczenie - jest ukryty sens partyjnego hasła Wojna to Pokój. Winston na chwilę oderwał się od lektury. Gdzieś w oddali rozległ się huk pocisku rakietowego. Fakt czytania zakazanej książki w samotności, w pomieszczeniu bez teleekranów, wciąż napawał go błogością. Samotność i poczucie bezpieczeństwa odbierał jako takie same doznania fizyczne jak zmęczenie mięśni, miękkość fotela lub łagodny powiew wiatru wpadający przez okno. Był zachwycony książką; a może raczej tym, że potwierdza jego własne przemyślenia. Nie dowiedział się z niej właściwie nic nowego, lecz to jedynie zwiększało jej atrakcyjność. Słowa, które czytał, mógłby napisać sam, gdyby tylko zdołał uporządkować swoje rozproszone myśli. Książkę stworzył ktoś o podobnym umyśle, ale znacznie potężniejszym, bardziej systematycznym, mniej strachliwym. Winston doszedł do wniosku, że najlepszymi książkami są te, które mówią nam, co już sami wiemy. Otworzył tom na początku pierwszego rozdziału, gdy nagle usłyszał na schodach kroki Julii. Poderwał się z fotela, żeby ją przywitać. Cisnęła na podłogę brązową torbę z narzędziami i rzuciła mu się na szyję. Nie widzieli się przeszło tydzień. - Mam Księgę - oznajmił, jak tylko wypuścił ją z objęć. - Tak, naprawdę? Świetnie - odparła i nie okazując większego zainteresowania uklękła przy prymusie, aby zaparzyć kawę. Następne pół godziny spędzili w łóżku; w tym czasie nie wracali do tematu książki. Pod wieczór lekko się ochłodziło, przykryli się więc kapą. Z dołu dochodził znajomy śpiew i odgłosy butów szurających o bruk. Krzepka kobieta o czerwonych rękach, którą Winston widział, kiedy pierwszy raz czekał tu na Julię, dosłownie nie opuszczała podwórka. O każdej porze dnia krążyła nieustannie między balią a sznurem, to zatykając sobie usta spinaczami do bielizny, to śpiewając na całe gardło. Julia ułożyła się wygodniej i powoli zapadała w sen. Winston sięgnął po książkę, która leżała na podłodze, i usiadł na łóżku, oparty o wezgłowie. - Musimy ją przeczytać - rzekł. - Oboje. Wszyscy członkowie Braterstwa muszą ją znać. - Przeczytaj pierwszy - odpowiedziała nie otwierając oczu. - Najlepiej czytaj na głos. Wtedy będziesz mógł mi wyjaśniać trudniejsze fragmenty. Wskazówki zegara wskazywały szóstą, czyli osiemnastą. Mieli przed sobą trzy, cztery godziny. Winston oparł książkę o kolana i zaczął czytać.

Rozdział I Ignorancja to Siła

Od początku czasów historycznych, a prawdopodobnie już od końca neolitu, na świecie istnieją trzy warstwy ludzi: górna, średnia i dolna. Wprowadzano najrozmaitsze podziały i wymyślano dla każdej z grup niezliczone określenia, a zarówno ich względna liczebność, jak i wzajemne stosunki zmieniały się w różnych epokach; jednakże podstawowa struktura społeczeństwa pozostała ta sama. Po najburzliwszych nawet wstrząsach i pozornie nieodwołalnych przemianach ludzkość powraca niebawem do dawnego modelu, podobnie jak żyroskop wraca do stałego położenia bez względu na to, jak daleko i pod jakim kątem zostanie wychylony przez działające nań siły.

- Julio, nie śpisz? - spytał. - Nie, najdroższy, słucham. Czytaj dalej. To wspaniałe. Wrócił do lektury.

Cele poszczególnych warstw są absolutnie nie do pogodzenia. Celem górnej jest utrzymanie swojej pozycji. Celem średniej jest zamiana miejsc z górną. Celem dolnej, jeśli akurat go ma - gdyż na ogół jej przedstawiciele są zbyt ogłupieni ciężką pracą fizyczną, aby myśleć o czymkolwiek poza żmudną codziennością - jest znieść przywileje i stworzyć społeczeństwo, w którym wszyscy będą sobie równi. Na przestrzeni dziejów wciąż toczą się boje, w ogólnych zarysach przebiegające identycznie. Przez długie okresy warstwa górna pewnie dzierży władzę, lecz prędzej czy później następuje moment, kiedy traci wiarę we własne siły, albo w swoje umiejętności sprawnego rządzenia; czasami dzieje się to równocześnie. Wówczas obala ją warstwa średnia, która kaptuje do pomocy dolną, wmawiając jej, iż walczy o wolność i sprawiedliwość. Zaledwie osiąga cel, spycha warstwę dolną na jej dawną, podrzędną pozycję, a sama przeistacza się w górną. Po pewnym czasie z jednej lub obu tych warstw wykluwa się nowa grupa średnia i bój zaczyna się od początku. Z trzech warstw tylko dolnej nigdy nie udaje się choćby na krótko zrealizować upragnionych celów. Twierdzenie, iż w ciągu wieków nie dokonał się żaden postęp materialny, byłoby przesadą. Nawet w obecnych czasach, mimo panującego zacofania, warunki bytowe przeciętnego obywatela są lepsze niż przed kilkuset laty. Lecz ani dostatek, ani wzrost kultury obyczajów, ani reformy i rewolucje nie przybliżyły choćby o milimetr realizacji ideału powszechnej równości. Z punktu widzenia warstwy dolnej żadna odmiana historyczna nie zmieniła niczego oprócz nazwy panów. Pod koniec dziewiętnastego wieku wielu badaczy dostrzegło ten powtarzający się schemat. Powstały wówczas szkoły myślicieli, którzy pojmowali historię jako proces cykliczny i usiłowali wykazać, iż nierówność należy do niepodważalnych praw natury. Pogląd ten, oczywiście, zawsze miał swoich zwolenników, lecz po raz pierwszy sformułowano go tak dosadnie. Wcześniej doktryna uzasadniająca konieczność istnienia hierarchicznej struktury społeczeństwa była domeną warstwy górnej. Głosili ją królowie i arystokracja, a także księża, prawnicy i podobne pasożyty grup rządzących; zwykle dla osłody obiecywano rekompensatę w fikcyjnym świecie pozagrobowym. Warstwa średnia, dopóki walczyła o władzę, zawsze chętnie szermowała takimi hasłami jak wolność, sprawiedliwość, braterstwo. Nastał jednak czas, kiedy ideę braterstwa zaczęli atakować ci, którzy jeszcze nie skupiali w swych rękach władzy, lecz dopiero mieli ochotę po nią sięgnąć. Dotychczas warstwa średnia dokonywała rewolucji pod sztandarem równości, po czym obaliwszy dawną tyranię natychmiast ustanawiała własną. Natomiast reprezentanci nowej warstwy średniej z góry zapowiadali wprowadzenie tyranii. Socjalizm, teoria, która pojawiła się na początku dziewiętnastego wieku i stanowiła ostatnie ogniwo myśli leżącej u podstaw buntów niewolników jeszcze w starożytności, była początkowo głęboko przesiąknięta utopijnymi poglądami wcześniejszych stuleci. Lecz każda kolejna wersja socjalizmu tworzona po roku 1900 coraz bardziej jawnie dystansowała się od idei wolności i równości. Nowe ideologie, które wyłoniły się w połowie wieku - angsoc w Oceanii, neobolszewizm w Eurazji oraz, według powszechnie używanego określenia, "kult śmierci" we Wschódazji - zupełnie świadomie dążyły do wprowadzenia niewoli i nierówności. Ideologie te, wyrosłe z socjalizmu, zachowały jego terminologię i mieniły się jego duchowymi spadkobiercami. Jednakże celem ich twórców było zatrzymanie postępu i biegu historii w dowolnie wybranym momencie. Wahadło dziejów powinno się wychylić po raz ostatni... i zatrzymać. Jak zwykle, warstwę górną miała obalić i zastąpić warstwa średnia, lecz tym razem, dzięki świadomej strategii, nowi władcy mieli panować wiecznie. Przyczyną powstania nowych doktryn było w znacznej mierze nagromadzenie wiedzy historycznej oraz wykształcenie się historycznej świadomości, nieznanej w minionych stuleciach. Dostrzeżono cykliczność dziejów; a skoro ją dostrzeżono, wysnuto wniosek, iż zjawisko to można zmienić. Lecz za główną i podstawową przyczynę należy uznać fakt, że już na początku dwudziestego wieku realizacja hasła równości stała się możliwa. Wprawdzie ludzie nadal nie byli sobie równi pod względem wrodzonych uzdolnień, a ich pozycja zależała od wykonywanego zawodu, znikła jednak potrzeba podziałów klasowych oraz silnego zróżnicowania majątkowego. W przeszłości różnice klasowe nie tylko były nieuchronne, lecz także pożądane. Nierówność stanowiła cenę postępu. Ale wraz z początkiem industrializacji sytuacja zmieniła się radykalnie. To, że ludzie wykonują różne prace, nie musi wcale oznaczać, że różna jest ich sytuacja społeczna i materialna. Dlatego też nowym grupom dążącym do przechwycenia władzy powszechna równość jawiła się nie jako ideał, do którego należy dążyć, lecz niebezpieczeństwo, przed którym trzeba się bronić. W bardziej zacofanych epokach, kiedy sprawiedliwa i pokojowa egzystencja była nieziszczalnym marzeniem, łatwo przychodziło w nią wierzyć. Myśl o ziemskim raju, gdzie wszyscy żyją zgodnie jak bracia, a prawo i wyzysk nie istnieją, przez tysiące lat przewijała się w zbiorowej wyobraźni. Utopii tej uległy nawet grupy odnoszące największe korzyści po każdym przewrocie. Spadkobiercy rewolucji francuskiej, angielskiej i amerykańskiej po trosze sami wierzyli w swoje deklaracje, chociażby o niezbywalnych prawach człowieka, wolności słowa i równości w oczach prawa, a także pozwalali, by do pewnego stopnia kształtowały ich działanie. Ale już na początku lat trzydziestych myśl polityczną zdominowały poglądy, których głosiciele opowiadali się za władzą autorytatywną. Marzenia o ziemskim raju odrzucono dokładnie wtedy, gdy ich realizacja po raz pierwszy stała się możliwa. Każda nowa teoria polityczna, bez względu na to, jakie nosiła miano, propagowała hierarchizację i rządy silnej ręki. Powszechna zachowawczość poglądów, charakterystyczna dla tego okresu, sprawiła, iż powrócono do dawnych praktyk, zarzuconych już kilkaset lat temu, takich jak przetrzymywanie więźniów bez procesu, wykorzystywanie jeńców do niewolniczej pracy, publiczne egzekucje, wymuszanie zeznań torturami, porywanie zakładników oraz deportacje całych narodów - a co więcej, takie działania tolerowali i występowali w ich obronie ludzie uważający się za światłych i postępowych. Dopiero po dziesięcioleciu wojen, walk domowych, rewolucji i kontrrewolucji, które nie ominęły żadnej części świata, angsoc i konkurencyjne ideologie przekształciły się w praktyczne koncepcje polityczne. Zwiastowały je różne systemy rządzenia, zwykle nazywane totalitarnymi, które pojawiły się wcześniej, toteż ostateczny kształt świata, jaki wyłonił się z chaosu, nikogo nie zaskoczył. Podobnie i to, kto sięgnął po władzę. Nową arystokrację utworzyli w większości urzędnicy, naukowcy, technicy, etatowi pracownicy związków zawodowych, propagatorzy, socjologowie, nauczyciele, dziennikarze i zawodowi politycy. Ludzi tych, wywodzących się z inteligencji pracującej oraz górnych odłamów klasy robotniczej, ukształtował i zbliżył bezduszny świat zmonopolizowanego przemysłu i scentralizowany aparat rządowy. W porównaniu z poprzednikami nie cechowała ich wyjątkowa chciwość, mniej kusiły luksusy, ale za to w większym stopniu byli żądni władzy jako takiej, a przede wszystkim bardziej świadomi tego, co czynią, i bardziej bezwzględni w niszczeniu opozycji. Ta ostatnia różnica jest zasadnicza. W porównaniu z tyranią, jaka panuje obecnie, wszystkie poprzednie to zaledwie nieudolne, amatorskie przymiarki. Dawne grupy rządzące zawsze były w pewnej mierze skażone liberalizmem: unikały radykalnych rozwiązań i interweniowały tylko w wypadku jawnego buntu, natomiast treścią myśli poddanych nie interesowały się wcale. Nawet średniowieczny Kościół katolicki należy uznać, według obecnych norm, za instytucję tolerancyjną. Częściowo wynikało to stąd, że żaden z dawniejszych rządów nie miał możliwości prowadzenia ciągłej inwigilacji wszystkich obywateli. Wynalezienie druku ułatwiło jednak manipulację opinią publiczną, a film i radio przyspieszyły ten proces. Wraz z rozwojem telewizji i postępem technicznym, który umożliwił podwójną, nadawczo-odbiorczą rolę sprzętu telewizyjnego, skończyła się prywatność życia obywateli. Policja mogła - jeśli uznano to za pożądane - obserwować każdego obywatela dwadzieścia cztery godziny na dobę; cały czas bombardując ludzi oficjalną propagandą, odcinano ich jednocześnie od innych źródeł informacji. Po raz pierwszy otworzyła się przed władzą nie tylko możliwość narzucenia obywatelom całkowitego posłuchu wobec państwa, lecz także pełnej jednomyślności poglądów na dosłownie każdy temat. Po rewolucji i burzliwych latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych społeczeństwo jak zawsze podzieliło się na warstwę górną, średnią i dolną. Lecz nowi władcy, w odróżnieniu od poprzednich, nie działali na oślep; wiedzieli dokładnie, co robić, aby utrzymać swoją pozycję. Od dawna zdawali sobie sprawę, że jedynym systemem społeczno-ekonomicznym zapewniającym trwałą podstawę rządom oligarchicznym jest kolektywizm. Dobrobyt i przywileje najłatwiej chronić, kiedy są własnością zbiorową. Tak zwane "zniesienie własności prywatnej", które nastąpiło w połowie stulecia, oznaczało w praktyce skupienie wszystkich dóbr w rękach jeszcze mniej licznej garstki, z tą różnicą, że nowymi właścicielami były nie poszczególne jednostki, lecz grupa. Indywidualnie żaden członek Partii nie posiada nic oprócz osobistych drobiazgów. Kolektywnie Partia jest właścicielem wszystkiego w Oceanii, gdyż wszystkim rządzi i dysponuje według własnego uznania. Kiedy po zwycięstwie Rewolucji Partia sięgnęła po władzę, właściwie nie napotkała oporu, ponieważ wszyscy uwierzyli, iż uczciwie wprowadzi kolektywizację. Zawsze zakładano, że po wywłaszczeniu kapitalistów nastąpi socjalizm; i Partia rzeczywiście wywłaszczyła kapitalistów. Odebrano im wszystko: fabryki, kopalnie, ziemię, domy, środki transportu, a skoro dobra te przestały być własnością prywatną, sądzono, że staną się teraz własnością społeczną. Angsoc, który wyrósł z wcześniejszego ruchu socjalistycznego i odziedziczył jego terminologię, rzeczywiście wprowadził w życie główny punkt programu socjalistów; wynikiem tego - zamierzonym i przewidzianym - jest trwała nierówność materialna. Jednakże utrzymanie hierarchicznej społeczności bez zmian to dość złożone zadanie. Istnieją cztery realne przyczyny utraty władzy przez grupę rządzącą: zbrojna interwencja z zewnątrz; tak nieudolne kierowanie państwem, iż uciśnione masy dokonują przewrotu; powstanie silnej i rozgoryczonej warstwy średniej; utrata pewności siebie i ochoty do rządzenia. Jedna z tych przyczyn nie wystarczy; zwykle występują, w różnym stopniu, wszystkie cztery. Grupa rządząca., która umiałaby się przed nimi zabezpieczyć, mogłaby wiecznie sprawować władzę. Decydującym czynnikiem jest więc samo nastawienie rządzących. Z końcem lat pięćdziesiątych obecnego stulecia pierwsze z powyższych zagrożeń właściwie znikło. Każde z trzech mocarstw obecnie panujących nad światem jest nie do pokonania; mogłoby zostać podbite jedynie po długotrwałym procesie zmian demograficznych, któremu każdy rząd o tak rozległej władzy potrafi bez trudu zapobiec. Drugie niebezpieczeństwo również istnieje wyłącznie w teorii. Masy nigdy nie buntują się same z siebie i nigdy tylko dlatego, że są ciemiężone. Dopóki nie mają skali porównawczej, nie zdają sobie nawet sprawy z ucisku. Powtarzającym się niegdyś kryzysom ekonomicznym, które już wówczas były zupełnie zbędne, obecnie się zapobiega, a inne, równie poważne zaburzenia, choć zdarzają się od czasu do czasu, nie mają żadnych następstw politycznych, gdyż panujące warunki nie pozwalają, aby niezadowolenie przerodziło się w bunt. Problem nadprodukcji, tak ważny dla świata od momentu wkroczenia w erę industrializacji, rozwiązuje polityka ciągłej wojny (por. Rozdział III), przydatna również do utrzymywania pożądanych nastrojów społecznych. Tak więc z punktu widzenia obecnej sfery rządzącej jedynym istotnym niebezpieczeństwem jest wyodrębnienie się nowej grupy ludzi zdolnych, niedowartościowanych, żądnych władzy, oraz szerzenie się liberalnych tendencji i sceptycznych nastrojów we własnych szeregach. Jest to, że tak powiem, problem wychowawczy. Należy cały czas odpowiednio kształtować świadomość zarówno grupy kierowniczej, jak i liczniejszej grupy wykonawczej stojącej tuż pod nią w hierarchii. Na świadomość mas wystarczy wpływać tylko w sensie negatywnym. Każdy, kto nie znał dotąd struktury społecznej Oceanii, mógłby sam nakreślić jej obraz, wykorzystując powyższe dane. Na szczycie stoi Wielki Brat. Wielki Brat jest nieomylny i wszechmocny. Każdy sukces, każde osiągnięcie, każde zwycięstwo, każde odkrycie naukowe, cała wiedza, mądrość, szczęście i cnota wynikają bezpośrednio z jego przewodnictwa i inspiracji. Nikt nigdy nie widział Wielkiego Brata. Jest podobizną na plakatach, głosem płynącym z teleekranów. Możemy być prawie pewni, że nigdy nie umrze, tak jak właściwie nie wiadomo, kiedy się urodził. Wielki Brat to przebranie, w którym Partia ukazuje się światu. Działa jak ogniskowa, skupiając na sobie miłość, strach i uwielbienie - tymi bowiem uczuciami łatwiej darzyć jednostkę niż organizację. Poniżej Wielkiego Brata stoi Wewnętrzna Partia, o liczebności ograniczonej do sześciu milionów członków, co wynosi niecałe dwa procent ludności Oceanii. Poniżej Wewnętrznej Partii znajduje się Zewnętrzna Partia; jeśli Wewnętrzną Partię nazwiemy mózgiem państwa, Zewnętrzną należy przyrównać do rąk. Jeszcze niżej stoją nieokrzesane masy określane mianem proli, które stanowią około osiemdziesiąt pięć procent ludności. Prole to właśnie dolna warstwa z naszej wstępnej klasyfikacji, gdyż niewolnicze ludy rejonów podzwrotnikowych, nad którymi na zmianę panują różni zdobywcy, nie są ani stałym, ani koniecznym elementem struktury społecznej. W zasadzie przynależność do danej grupy nie jest dziedziczna. Dziecko rodziców należących do Wewnętrznej Partii nie staje się automatycznie jej członkiem. Przyjęcie do jednej lub drugiej gałęzi Partii odbywa się w wieku lat szesnastu na podstawie egzaminu. Nie istnieje ani dyskryminacja rasowa, ani wyraźna dominacja którejś prowincji nad pozostałymi. Żydzi, Murzyni, a w Ameryce Południowej czystej krwi Indianie piastują często najwyższe stanowiska partyjne, natomiast administratorzy poszczególnych obszarów zawsze rekrutują się z ludności miejscowej. Żadna, prowincja Oceanii nie ma, w odczuciu jej mieszkańców, statusu kolonii, nad którą sprawuje rządy odległa stolica. Oceania takowej w ogóle nie posiada, a miejsca pobytu oficjalnej głowy państwa nie zna nikt. Poza tym, że językiem używanym na terenie całego mocarstwa jest angielski, językiem urzędowym zaś nowomowa, nie występuje zjawisko centralizacji. Władców Oceanii nie łączą więzy krwi, lecz wierność tej samej doktrynie. Prawdą jest, iż w naszym społeczeństwie mamy do czynienia ze sztywną stratyfikacją, a jej głównym kryterium może się wydawać dziedziczna przynależność do danej warstwy. Wynika to stąd, że pomiędzy poszczególnymi warstwami zachodzi znacznie bardziej ograniczony ruch niż w czasach kapitalizmu czy nawet w epoce wcześniejszej. W rzeczywistości następują drobne przetasowania między dwiema gałęziami Partii, ale jedynym ich celem jest pozbycie się z szeregów Wewnętrznej Partii słabeuszy oraz unieszkodliwienie ambitnych jednostek z Zewnętrznej Partii poprzez awans. Proletariusze nie mają w praktyce żadnych szans dostania się do Partii. Najzdolniejszych, którzy mogliby się stać przywódcami w wypadku rozruchów, wykrywa i eliminuje Policja Myśli. Ale ten stan rzeczy nie musi być trwały i nie wynika z ideologii. Partia nie jest klasą w dawnym sensie tego słowa i nie przyświeca jej idea przekazywania władzy potomkom; gdyby w jej własnych szeregach miało zabraknąć wartościowych jednostek zdolnych do sprawowania rządów, bez namysłu dokonałaby rekrutacji całego następnego pokolenia spośród proletariatu. W przełomowym, początkowym okresie fakt, że Partia wykluczyła dziedziczność, w znacznym stopniu przyczynił się do zneutralizowania opozycji. Socjalistom starej daty, przyzwyczajonym do walki z "przywilejami klasowymi", wydawało się, iż stratyfikacja nie oparta na dziedziczności nie może być trwała. Nie rozumieli, iż ciągłość oligarchii nie musi wynikać ze związków krwi, nie pomyśleli również o tym, że arystokracje rodowe zawsze krótko utrzymywały się przy władzy, podczas gdy organizacje adopcyjne, takie jak Kościół katolicki, istniały czasami niezmiennie przez setki i tysiące lat. Istotą ustroju oligarchicznego nie jest cedowanie własności z ojca na syna, lecz trwałość pewnego światopoglądu i sposobu życia, które umarli narzucają żywym. Grupa rządząca pozostaje grupą rządzącą, dopóki może wyznaczać swoich następców. Partii nie zależy na przekazywaniu władzy potomstwu jej członków, lecz na umacnianiu własnej potęgi. Nie ma znaczenia, kto sprawuje władzę, byleby tylko hierarchiczna struktura mogła trwać bez zmian. Wszystkie poglądy, obyczaje, gusty, uczucia i przekonania typowe dla naszych czasów kształtuje się tak, aby podtrzymywać kult Partii oraz ukryć prawdziwy charakter panującego łłłłłłłłłłustroju. Wszelkie zamieszki czy nawet próby ich wywołania stały się obecnie niemożliwe. Partia nie musi obawiać sąąąąąąąąąąię proletariatu. Pozostawiony sobie, będzie tak samo funkcjonował z pokolenśśśśśśśśśia na pokolenie przez najbliższe stulecia, pracując, płodząc potomstwo i umierając, nie tylko pozbawiony wszelkiego odruchu buntu, ęęęęęęęlecz również umiejętności wyobrażenia sobie innego,ćććć lepszego świata. Proletariusze mogliby się stać niebezpieczni tylko wtedy, gdyby w wyniku postępu technicznego zaszła konieczność zapewnienia im lepszego wykształcenia; jednakże odkąd ustał wyścig militarny i gospodarczy, poziom szkolenia proli nieustannżie spada. Jest właściwie sprawą obojętną, co myślą masy; ponieważ reprezentują zerowy poziom inteligencji, mogą cieszyć się wolnością myśli. Natomiast u członka Partii nie toleruje się choćby najdrobniejszego myślowego odstępstwa i to nawet w najbardziej błahych kwestiach. Życie członka Partii, od urodzin po śmierć, przebiega pod okiem Policji Myśli. Nawet gdy jest sam, nie może być całkowicie pewien, że nikt go nie śledzi. Bez względu na to, gdzie przebywa i co robi - śpi, pracuje, odpoczywa, kąpie się czy leży w łóżku - można go kontrolować bez żadnego ostrzeżenia i bez jego wiedzy. Wszystko, co czyni, ma swoje znaczenie. Jego przyjaźnie, rozrywki, zachowanie wobec żony i dzieci, wyraz twarzy, kiedy jest sam, słowa, które mamrocze przez sen, charakterystyczne gesty - wszystko to pozostaje pod ścisłym nadzorem. Nie umknie nie tylko żadne jego wykroczenie, lecz nawet najmniejsza jego ekscentryczność, zmiana zwyczajów lub nerwowy tik, który może świadczyć o wewnętrznej rozterce. Członek Partii jest całkowicie ubezwłasnowolniony; jego zachowania nie regulują jednak żadne normy prawne ani też nie istnieją wyraźne wzorce postępowania. W Oceanii praw nie ma. Myśli i czynów, których wykrycie oznacza śmierć, nigdy oficjalnie nie zakazano, a nie kończące się czystki, aresztowania, tortury, uwięzienia i ewaporacje to nie kary za popełnione zbrodnie, lecz działalność prewencyjna, polegająca na usuwaniu jednostek, które w przyszłości mogłyby się dopuścić przestępstw. Od członka Partii wymaga się nie tylko słusznych przekonań, lecz również prawidłowych reakcji. Większość poglądów i sądów, których się od niego oczekuje, nie została nigdzie jasno sformułowana, gdyż nie sposób ich spisać bez obnażenia sprzeczności angsocu. Człowiek z natury prawomyślny (w nowomowie dobromyślak) w każdej sytuacji będzie natychmiast wiedział, bez zastanawiania się, co sądzić i jak reagować. Gruntowny trening myślowy przebyty w dzieciństwie, a związany z takimi pojęciami z nowomowy, jak zbrodnio-szlaban, czarnobiał czy dwójmyślenie, sprawia zresztą, iż członek Partii z reguły niechętnie oddaje się jakimkolwiek głębszym rozważaniom, a często nawet tego nie potrafi. Członek Partii nie powinien mieć żadnych uczuć osobistych; musi natomiast, bez chwili wytchnienia, tryskać entuzjazmem, cały czas pałać dziką nienawiścią do wrogów i zdrajców, radować się ze zwycięstw oraz bałwochwalczo wielbić Partię za jej potęgę i mądrość. Niezadowolenie z marnej, jałowej egzystencji specjalnie kieruje się na zewnątrz, wyładowuje podczas takich akcji jak Dwie Minuty Nienawiści, a rozważania zdolne wywołać sceptycyzm lub nawet wrogość do ustroju uniemożliwia wpajana od najmłodszych lat dyscyplina wewnętrzna. Pierwszy i podstawowy stopień wtajemniczenia, od którego można rozpocząć edukację najmłodszych dzieci, nazywa się w nowomowie zbrodnioszlaban. Oznacza to zdolność niemal odruchowego zatrzymania i zmiany toku myśli, gdy tylko przybierają potencjalnie niebezpieczny kierunek. Pod pojęciem tym zawarta jest także umiejętność niewyciągania wniosków i zamykania oczu na błędy logiczne oraz nierozumienia najprostszych argumentów wrogich wobec angsocu, a ponadto automatyczne uczucie nudy i wstrętu do rozważań, które mogłyby prowadzić do nieprawomyślnych wniosków. Zbrodnioszlaban, innymi słowy, oznacza głupotę ochronną. Ale głupota sama w sobie nie wystarcza. Wręcz przeciwnie, chcąc być w pełni ortodoksyjnym, należy mieć większą kontrolę nad swoim umysłem, niż cyrkowy akrobata ma nad ciałem. U podstaw ustroju Oceanii leży wiara, iż Wielki Brat jest wszechmocny, a Partia nieomylna. W rzeczywistości jednak ani Partia nie jest nieomylna, ani Wielki Brat wszechmocny; od obywateli wymaga się zatem, by czujnie, a zarazem błyskawicznie zmieniali swoje podejście do faktów. Kluczowy termin to słowo czarnobiał. Podobnie jak wiele innych określeń nowomowy, ma dwa sprzeczne znaczenia. Użyte wobec przeciwnika, piętnuje jego zwyczaj bezczelnego upierania się, że coś jest białe, podczas gdy faktycznie jest czarne. Natomiast w stosunku do członka Partii wyróżnia jego lojalność dla dyscypliny partyjnej, szczerą chęć, by jej się podporządkować i twierdzić, iż czarne jest białe. Oznacza to także zdolność natychmiastowego uznania własnych słów za prawdę, a co więcej, wyrobienie w sobie głębokiej wiary, że tak było zawsze i że nigdy nie sądziło się inaczej. Wymaga to ciągłego przystosowywania pamięci do bezustannych zmian, jakim podlega przeszłość; umożliwia je sposób myślenia zawierający w sobie wszystkie pozostałe umiejętności, a określany w nowomowie terminem dwójmyślenie. Zmienianie przeszłości jest konieczne z dwóch powodów, z których jeden ma charakter uboczny i jest tylko .środkiem ostrożności. Przedstawia się następująco: członek Partii, podobnie jak proletariusze, toleruje nędzne warunki bytowe po części dlatego, że nie ma skali porównawczej. Chcąc podtrzymać w nim wiarę, iż żyje mu się lepiej niż jego przodkom, a stopa życiowa ustawicznie wzrasta, trzeba odciąć go zarówno od przeszłości, jak i od kontaktów z cudzoziemcami. Jednakże o wiele istotniejszą przyczyną manipulowania przeszłością jest ochrona nieomylności Partii. Należy zatem ustawicznie aktualizować przemówienia, statystykę i wszelkie zapisy, aby służyły za dowód, iż sprawdzają się wszystkie partyjne prognozy. Nie wolno się także przyznać do jakiejkolwiek zmiany dotyczącej politycznych sojuszy lub spraw doktrynalnych. Każda bowiem zmiana czy to poglądów, czy choćby polityki uchodzi za przejaw słabości. Jeśli na przykład obecnie wrogiem jest Eurazja, to była nim zawsze. Jeżeli z faktów wynika co innego, fakty należy zmienić. Tak więc ciągle tworzy się historię na nowo. Codzienne fałszowanie przeszłości przez Ministerstwo Prawdy jest równie niezbędne dla stabilności reżimu, jak represje i proceder szpiegowski Ministerstwa Miłości. Zmienność przeszłości to podstawowy dogmat angsocu. Według partyjnej argumentacji, przeszłe wydarzenia nie istnieją obiektywnie, a tylko w formie zapisów i wspomnień. Przeszłość jest więc tym, co do czego zapisy i pamięć ludzka są zgodne. Skoro w rękach Partii znajdują się i wszelkie archiwa, i władza nad umysłami członków, przeszłość wygląda tak, jak życzy sobie Partia. Chociaż jest zmienna, twierdzi się, iż nigdy nie bywa zmieniana. Kiedy bowiem przybiera kształt w danej chwili pożądany, nowa wersja wydarzeń po prostu jest przeszłością; inna przeszłość nigdy nie mogła istnieć. Zasada ta sprawdza się nawet wówczas, gdy - jak to się często dzieje - ten sam fakt przerabia się całkowicie kilka razy w roku. Partia zawsze głosi prawdy absolutne, a prawda absolutna nie mogła przecież być kiedyś inna niż obecnie. Jak zostanie wykazane w dalszej części wywodu, panowanie nad przeszłością zależy głównie od odpowiedniego szkolenia pamięci członków Partii. Chcąc sprawić, aby wszystkie archiwalne zapisy zgadzały się z aktualnie obowiązującą wersją, wystarczy wprowadzić stosowne zmiany. Partia jednak wymaga także i tego, by pamiętano, że wszystko zdarzyło się tak, jak sama akurat twierdzi, a ilekroć zachodzi konieczność dokonywania przeszufladkowań we własnej pamięci i przerabiania zapisów, należy o tym zaraz zapominać. Tej sztuczki można się nauczyć równie łatwo jak innych procesów myślowych. Opanowuje ją większość członków Partii, a zwłaszcza ci, którzy są inteligentni i prawomyślni. W staromowie mówi się o tym, całkiem otwarcie, jako o "regulacji faktów". W nowomowie stosowany jest termin dwójmyślenie, choć pojęcie to ma znacznie szerszy zakres. Dwójmyślenie oznacza przede wszystkim umiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz. Partyjny inteligent wie, kiedy powinien zmienić swoje wspomnienia, a zatem w pełni się orientuje, że przekręca fakty; równocześnie jednak, dzięki dwójmyśleniu, święcie wierzy, iż prawda nie została pogwałcona. Proces ten musi być świadomy, gdyż inaczej brakowałoby mu precyzji, a zarazem bezwiedny, aby człowiek nie zdawał sobie sprawy z faktu dokonania fałszerstwa, bo to mogłoby wywołać w nim poczucie winy. Dwój-myślenie to w gruncie rzeczy kwintesencja angsocu, ponieważ cała działalność Partii sprowadza się do głoszenia wierutnych kłamstw z takim przekonaniem i pewnością siebie, jakie normalnie cechują wypowiedzi ludzi kryształowo uczciwych. Kłamać z pełną premedytacją, a jednocześnie głęboko wierzyć we własne słowa, zapominać niewygodne fakty, po czym, gdy zachodzi konieczność, przywoływać je z niebytu na tak długo, jak trzeba, negować istnienie obiektywnej rzeczywistości, a zarazem kierować się nią - to wszystko musi umieć każdy. Nawet używając terminu dwój-myślenie należy stosować rozumianą pod nim technikę. Posłużenie się tym terminem jest bowiem równoznaczne z przyznaniem się do manipulowania rzeczywistością; dzięki dwójmyślowemu zabiegowi wymazuje się tę wiedzę - i tak w kółko. Kłamstwo bezustannie o krok wyprzedza prawdę. Jednakże to właśnie dzięki dwójmyśleniu Partii udało się - a stan ten może równie dobrze trwać przez tysiące lat - zatrzymać bieg historii. Wszystkie wcześniejsze oligarchie utraciły władzę albo dlatego, że skostniały, albo dlatego, że zmiękły. Jedne stawały się bezmyślne i aroganckie, nie chciały dostosować się do nowych warunków, a wówczas je obalano; inne opanowywał liberalizm, tchórzostwo, szły na ustępstwa, kiedy powinny użyć siły, co również kończyło się ich zniszczeniem. Można powiedzieć, że ginęły albo przez brak świadomości, albo przez jej nadmiar. Znacznym sukcesem Partii jest stworzenie systemu myślowego, w którym oba te stany mogą występować równocześnie. Na żadnym innym podłożu myślowym Partia nie zdołałaby tak trwale oprzeć swojej władzy. Jeśli ktoś pragnie rządzić, rządzić nieprzerwanie, musi umieć burzyć w poddanych poczucie rzeczywistości. Tajemnica sprawnych rządów polega na łączeniu wiary we własną nieomylność z umiejętnością wyciągania wniosków z wcześniej popełnianych błędów. Najsubtelniej, rzecz jasna, potrafią się posługiwać dwójmyśleniem ci, którzy je wymyślili i wiedzą, iż jest to złożony system myślowego oszustwa. W naszym społeczeństwie ludźmi z najpełniejszym rozeznaniem we wszystkim, co się dzieje, są równocześnie ludzie najdalsi od postrzegania świata takim, jakim jest naprawdę. Z reguły im większa orientacja, tym większe omamienie; im kto inteligentniejszy, tym bardziej szalony. Najlepszym dowodem jest fakt, że wraz z zajmowaną pozycją w hierarchii społecznej wzrasta natężenie histerii wojennej. Najbardziej racjonalny stosunek do wojny mają zniewoleni mieszkańcy spornych obszarów. Dla nich wojna to po prostu ciągły kataklizm, który dosięga ich raz z jednej, raz z drugiej strony, niczym potężne fale. Jest im zupełnie obojętne, która strona zwycięża. Wiedzą, że każda zmiana polega jedynie na tym, iż będą wykonywać tę samą pracę dla nowych panów, a ci potraktują ich tak samo podle jak poprzedni. Znajdujący się w stosunkowo lepszym położeniu robotnicy, zwani "prolami", tylko sporadycznie zdają sobie sprawę z wojny. Kiedy zachodzi potrzeba, można ich pobudzić do szału strachu i nienawiści, jednakże pozostawieni sami sobie zapominają o wojnie na długi czas. Dopiero w szeregach Partii, zwłaszcza Wewnętrznej Partii, napotykamy autentyczny entuzjazm wojenny. W podbój świata najgoręcej wierzą ci, którzy zdają sobie sprawę, że jest niemożliwy. To osobliwe łączenie przeciwności - wiedzy z ignorancją, cynizmu z fanatyzmem - należy do najbardziej charakterystycznych cech społeczeństwa Oceanii. Oficjalna ideologia aż roi się od sprzeczności, nawet takich, które nie mają żadnego praktycznego uzasadnienia. Partia na przykład odrzuca i szkaluje wszystkie pierwotne idee ruchu socjalistycznego, lecz robi to właśnie pod maską socjalizmu. Głosi pogardę dla robotników będącą nie do pomyślenia nawet w ubiegłych stuleciach, a zarazem świadomie ubiera swoich członków w mundury wzorowane na dawnej odzieży roboczej pracowników fizycznych. Systematycznie podkopuje solidarność rodzinną, lecz swojego przywódcę obdarza mianem odwołującym się bezpośrednio do rodzinnych sentymentów. Również nazwy czterech rządzących nami ministerstw odzwierciedlają bezczelność, z jaką celowo przeinacza się fakty. Prawdziwą dziedziną Ministerstwa Pokoju jest wojna; Ministerstwa Prawdy - kłamstwa; Ministerstwa Miłości - tortury; Ministerstwa Obfitości - głód. Te sprzeczności nie są przypadkowe ani nie wynikają ze zwykłej hipokryzji; są celowymi przejawami dwójmyślenia. Tylko bowiem przez godzenie sprzeczności można nieustannie dzierżyć władzę. To jedyny sposób zatrzymania odwiecznego cyklu. Jeśli ma się powieść trwałe zapobieżenie równości, jeśli warstwa górna - jakeśmy ją na wstępie nazwali - ma nieprzerwanie utrzymywać się na szczycie, wówczas powszechnym stanem umysłów musi być kontrolowane szaleństwo. Pozostaje wszakże jedno pytanie, na które dotychczas nie próbowaliśmy odpowiedzieć. Dlaczego należy zapobiec równości? Załóżmy, że wszystkie mechanizmy tego ogromnego i z taką pieczołowitością opracowanego przedsięwzięcia zostały prawidłowo przedstawione; jakiż jednak przyświeca mu cel? Po co wkłada się tyle wysiłku w zatrzymanie biegu historii? W tym miejscu dochodzimy do tajemnicy stanowiącej istotę całego zagadnienia. Jak wykazano powyżej, trwałość Partii, a zwłaszcza Wewnętrznej Partii, opiera się na dwójmyśleniu. Lecz u samych podstaw jej sukcesu leży pierwotny motyw sięgnięcia po władzę, nigdy nie kwestionowany instynkt, z którego z czasem wzięło swój początek dwójmyślenie, Policja Myśli, ciągła wojna oraz inne elementy niezbędne do sprawnego funkcjonowania systemu. Motyw ten polega w rzeczywistości na...

Winston zdał sobie sprawę z panującej ciszy. Uświadomił ją sobie tak, jakby to był nowy dźwięk. Pomyślał, że Julia od dłuższego czasu zachowuje się wyjątkowo spokojnie. Leżała na boku, odkryta od pasa w górę, z policzkiem opartym o dłoń. Ciemny lok przysłaniał jej oczy, a pierś falowała wolno i miarowo. - Julio? Nie było odpowiedzi. - Julio, śpisz? Milczenie. Spała. Zamknął książkę, położył ją ostrożnie na podłodze, po czym sam również wyciągnął się wygodnie na łóżku i przykrył siebie i Julię kapą. Pomyślał, że wciąż jeszcze nie poznał największej tajemnicy. Rozumiał j a k; nie rozumiał dlaczego. Zarówno rozdział pierwszy, jak i trzeci nie powiedziały mu właściwie nic nowego; pozwoliły tylko usystematyzować posiadane informacje. Mimo to lektura utwierdziła go przynajmniej w jednym: nie jest szalony. Należenie do mniejszości, nawet jednoosobowej, nie czyni nikogo szaleńcem. Istnieje prawda i istnieje fałsz, lecz dopóki ktoś upiera się przy prawdzie, nawet wbrew całemu światu, pozostaje normalny. Przez okno wpadł jasny promień zachodzącego słońca i rozświetlił poduszkę. Winston zamknął oczy. Słoneczny blask, który skąpał jego twarz, i gładkie, dziewczęce ciało leżące tuż obok natchnęły go senną pewnością siebie. On i Julia byli bezpieczni i wszystko układało się pomyślnie. Szepcząc do siebie "normalność nie jest kwestią statystyki", zasnął przekonany, że w stwierdzeniu tym kryje się głęboka mądrość. Obudził się z uczuciem, że spał bardzo długo, ale kiedy spojrzał na staromodny zegar, okazało się, iż jest dopiero dwudziesta trzydzieści. Drzemał jeszcze przez chwilę, dopóki z podwórza nie dobiegł go znajomy donośny śpiew:

To był tylko chwilowy urok I minął jak kwietniowy dzień, Lecz cóż za marzenia rozbudził! Z serca mego najlżejszy zdjął cień!

Kiczowaty szlagier nie tracił popularności. Słyszało się go na każdym kroku. Przetrwał nawet "Pieśń Nienawiści". Śpiew zbudził Julię, która przeciągnęła się z lubością i wstała z łóżka. - Głodna jestem. Zaparzę kawy. Cholera! Prymus zgasł i woda jest zupełnie zimna. - Podniosła go i potrząsnęła. - Pusty, nafta się skończyła. - Możemy pożyczyć od pana Charringtona. - Dziwne, ale kiedy sprawdzałam, zdawało mi się, że jest pełen. Muszę się ubrać, bo jakoś zrobiło się chłodno. Winston również wstał i włożył ubranie. Niestrudzony głos wciąż zawodził:

Mówią, że czas leczy rany, Wszystko w niepamięć odpływa; Lecz moje serce wciąż szlocha żałośnie, Gdy wspomnienie sprzed lat w nim odżywa!

Zapinając pasek kombinezonu, Winston podszedł do okna. Słońce skryło się za domami; nie oświetlało już podwórza. Bruk był mokry, jakby świeżo umyty, i niebo też wyglądało jak świeżo wyszorowane, tak jasny i czysty wydawał się jego błękit widoczny między kominami. W dole prolka krążyła wytrwale pomiędzy balią a sznurem, na przemian to zatykając sobie usta spinaczami i milknąc, to wyjmując spinacze i śpiewając, zajęta rozwieszaniem nieprzebranego zapasu pieluszek. Winston nie wiedział, czy praniem zarabia na życie, czy też haruje tak dla dwadzieściorga lub trzydzieściorga wnucząt. Julia podeszła do niego i wspólnie, z dziwnym zafascynowaniem, obserwowali tęgą sylwetkę prolki. Kiedy stanęła w swojej charakterystycznej pozie, z grubymi ramionami wyciągniętymi do sznura w górze, a potężnym jak u klaczy zadem mocno wypiętym, Winston po raz pierwszy uświadomił sobie jej piękno. Nigdy przedtem nie zdawał sobie sprawy, iż ciało pięćdziesięcioletniej kobiety, stwardniałe i zgrubiałe od ustawicznej pracy, grudowate jak przejrzała rzepa, może być urodziwe. Ale dlaczego nie, pomyślał. Masywne, bezkształtne ciało podobne do bloku granitu, ze swoją szorstką, czerwonawą skórą, tak się ma do ciała młodej dziewczyny jak owoc dzikiej róży do jej kwiatu. Dlaczegóż owoc miałby być gorszy? - Ależ ona piękna - szepnął. - Przecież jest gruba jak beka! - zawołała Julia. - Przy jej typie urody to nie przeszkadza - odparł. Jedną ręką obejmował gibką talię dziewczyny. Jej biodro i udo przylegały do jego boku. Z ich ciał nigdy nie narodzi się dziecko. Na ten krok się nie odważą. Jedynie przekazując innym swoje myśli będą mogli zapewnić ciągłość oporu wobec Partii. Kobieta w dole nie miała bystrego umysłu, a tylko silne dłonie, gorące serce i płodne łono. Ciekaw był, ile dzieci wydała na świat. Pewnie z piętnaścioro. Na krótko, nie dłużej niż rok, zakwitła jak dzika róża, po czym nabrzmiała niczym zapłodniony owoc, stała się masywna, czerwona, pospolita, a na jej życie złożyło się pranie, szorowanie, cerowanie, gotowanie, sprzątanie, polerowanie, szycie, i znów szorowanie, pranie, najpierw dla dzieci, potem dla wnuków, bez wytchnienia przez trzydzieści lat. A mimo to wciąż śpiewała. Niemal mistyczny szacunek, jaki dla niej odczuwał, wiązał się jakoś z jasnością bezchmurnego nieba, ciągnącego się w nieskończoność za kominami. To niezwykłe, że niebo jest wszędzie takie samo; w Eurazji, we Wschódazji, tutaj. I ludzie żyjący pod nim też niczym nie różnią się między sobą - wszędzie, na całym świecie, żyją setki tysięcy milionów takich samych ludzi, nieświadomych nawzajem swojego losu, rozdzielonych murami kłamstwa i nienawiści, a jednak tak bardzo podobnych; ludzi, którzy nigdy nie nauczyli się myśleć, lecz w których sercach, lędźwiach i myślach gromadzi się siła zdolna w przyszłości wstrząsnąć światem. Jeśli w ogóle istnieje nadzieja, spoczywa w prolach! Chociaż nie przeczytał jeszcze całej Księgi, wiedział, iż tak musi brzmieć końcowe przesłanie Goldsteina. Przyszłość należy do proli. Ale czy mógł oczekiwać, że gdy nadejdzie ich pora, stworzą świat bardziej bliski jemu, Winstonowi Smithowi, niż świat stworzony przez Partię? Tak, albowiem nie będzie to świat oparty na szaleństwie. Tam gdzie istnieje równość, może istnieć i zdrowy rozsądek. Prędzej czy później to się stanie: siła przerodzi się w świadomość. Prole są nieśmiertelni - patrząc na dzielną kobietę na podwórzu nie sposób było w to wątpić. Kiedyś, choćby za tysiąc lat, wreszcie się zbudzą. Dopóki to nie nastąpi, nadal będą żyć wbrew wszelkim przeciwnościom, niczym ptaki, przekazując z pokolenia na pokolenie witalność, której Partia ani nie ma, ani nie umie stłumić. - Czy pamiętasz drozda, który śpiewał dla nas pierwszego dnia, tam na skraju lasu? - spytał. - Nie śpiewał dla nas - odparła Julia. - Śpiewał dla własnej przyjemności. Nie, to też nie. Po prostu śpiewał. Ptaki śpiewają, śpiewają prole - Partia nie śpiewa. Na całym świecie, w Londynie, i w Nowym Jorku, w Afryce i w Brazylii, a także w tajemniczych zakazanych krainach poza granicami Oceanii, na ulicach Paryża i Berlina, w wioskach na bezkresnych rosyjskich równinach, na chińskich i japońskich bazarach - wszędzie można napotkać tę samą masywną, niepokonaną postać, zeszpeconą przez pracę i liczne ciąże, przez całe życie harującą bez wytchnienia, ale mimo to rozśpiewaną. Pewnego dnia z jej potężnych lędźwi zrodzi się świadome pokolenie. My jesteśmy martwi; przyszłość należy do nich. Ale możemy w niej uczestniczyć, jeśli tak jak oni przekazują witalność swoich ciał, my zapewniamy przetrwanie naszym myślom, szerząc tajemną doktrynę, że dwa i dwa to cztery. - Jesteśmy martwi - rzekł. - Jesteśmy martwi - powtórzyła posłusznie Julia. - Jesteście martwi - oświadczył żelazny głos za nimi. Odskoczyli od siebie. Winston poczuł nagły chłód w kiszkach. Ujrzał białka wystraszonych oczu Julii. Jej twarz stała się mlecznożółta. Róż na policzkach kontrastował silnie z barwą jej skóry, zupełnie jakby przykleiła sobie dwa czerwone krążki. - Jesteście martwi - odezwał się ponownie żelazny głos. - Dochodzi zza ryciny - szepnęła Julia. - Dochodzi zza ryciny - powtórzył głos. - Zostańcie na swoich miejscach. Nie ruszać się bez rozkazu. Wreszcie, wreszcie się stało! Nie mogli uczynić nic, więc tylko patrzyli sobie w oczy. Uciekać, wybiec na ulicę, zanim będzie za późno - podobne myśli nawet nie przychodziły im do głowy. Nieposłuszeństwo wobec żelaznego głosu dobiegającego ze ściany było nie do pomyślenia. Usłyszeli cichy trzask, jakby coś odczepiano, a następnie brzęk tłuczonego szkła. Rycina spadła na podłogę, ukazując ukryty za nią teleekran. - Teraz nas widzą - powiedziała Julia. - Teraz was widzimy - rzekł głos. - Stańcie na środku pokoju, plecami do siebie. Ręce spleść na karku! Nie dotykać się! Chociaż się nie dotykali, Winstonowi zdawało się, że czuje, jak Julia dygocze. A może to dygotał on sam. Udało mu się powstrzymać dzwonienie zębów, ale nie potrafił zapanować nad drżeniem kolan. Na dole, w środku i na zewnątrz budynku, rozbrzmiewał tupot wielu nóg. Podwórze musiało roić się od ludzi. Coś wleczono po bruku. Śpiew prolki raptownie ucichł. Rozległ się głośny, wibrujący brzęk, jakby przewrócono na bruk blaszaną balię, a po chwili gniewne krzyki i głośny pisk bólu. - Dom jest otoczony - stwierdził Winston. - Dom jest otoczony - powtórzył głos. Julia szczękała zębami. - Chyba widzimy się po raz ostatni - powiedziała. - Widzicie się po raz ostatni - potwierdził głos. Po czym inny głos, cienki, kulturalny, który wydał się Winstonowi znajomy, dodał: - A skoro o tym mowa, coś wam chcę przypomnieć: "Oto ciastko, możesz zjeść połowę, a oto topór, który zetnie ci głowę!" Coś spadło z hukiem na łóżko za plecami Winstona. To wetknięta przez okno drabina wyważyła część ramy. Ktoś już wskakiwał do środka. Równocześnie schody zadudniły od ciężkich kroków. W następnej chwili pokój zapełnił się uzbrojonymi w pałki drabami w czarnych mundurach i podkutych żelazem buciorach. Winston przestał dygotać. Starał się nawet nie patrzeć na boki. Liczyło się jedno: nie ruszać się, nie ruszać, nie dać im żadnego pretekstu do bicia! Olbrzym o gładkiej twarzy zawodowego zapaśnika, na której usta były tylko cienką szramą, zatrzymał się naprzeciw Winstona, z namysłem kołysząc w dwóch palcach pałkę. Oczy mężczyzn na moment się zetknęły. Świadomość własnej bezbronności, gdy tak stał z rękami splecionymi na karku, wystawiony na razy, była dla Winstona nie do zniesienia. Olbrzym wysunął koniuszek białego języka, oblizał nie istniejące wargi, po czym odszedł. Rozległ się kolejny huk. To ktoś podniósł ze stolika szklany przycisk i roztrzaskał o płytę kominka. Niewielki, pofałdowany koral, podobny do cukrowej różyczki zdobiącej tort, potoczył się po dywanie. Jakiż jest maleńki, pomyślał Winston, jakiż maleńki był zawsze! Tuż za plecami usłyszał jęk, po czym głuchy łoskot, i coś tak silnie uderzyło go w kostkę, że omal nie stracił równowagi. To jeden z funkcjonariuszy wyrżnął Julię pięścią w splot słoneczny; dziewczyna zgięła się jak scyzoryk i padła na ziemię. Miotała się po podłodze usiłując złapać oddech. Winston bał się odwrócić głowę choćby o milimetr, lecz chwilami kątem oka dostrzegał siną twarz Julii i jej szeroko otwarte usta. Mimo panicznego strachu niemal fizycznie odczuwał jej straszliwy ból i jeszcze straszliwsze, rozpaczliwe wysiłki odzyskania tchu. Wiedział, co przeżywa; okropny, rozdzierający ból, który jednak schodzi na drugi plan, bo stokroć ważniejsze jest, by wciągnąć powietrze w płuca. Potem dwóch funkcjonariuszy chwyciło Julię za ręce i nogi i wyniosło jak worek. Winstonowi mignęła jej odchylona do tyłu twarz, żółta, wykrzywiona, z zaciśniętymi oczami i wciąż ze śladami różu na policzkach; więcej Julii nie widział. Stał w całkowitym bezruchu. Jak dotąd nikt go nie uderzył. Różne myśli, wcale nie najistotniejsze, przepływały mu przez głowę. Co zrobili z panem Charringtonem? Co się stało z prolką z podwórza? Zdał sobie sprawę, że czuje gwałtowną potrzebę oddania moczu i zdziwił się nieco, ponieważ zaledwie dwie, trzy godziny temu korzystał z toalety. Zauważył, że zegar na kominku wskazuje dziewiątą, czyli dwudziestą pierwszą. Ale na dworze wciąż było jasno. Może on i Julia pomylili się co do godziny - może przespali całą noc i tylko im się wydawało, że jest dwudziesta trzydzieści, gdy w rzeczywistości była ósma trzydzieści rano? Lecz nie zastanawiał się nad tym długo. Nie miało to teraz znaczenia. Na korytarzu rozległy się inne, trochę lżejsze kroki. Do pokoju wszedł pan Charrington. Funkcjonariusze w czarnych mundurach od razu przycichli. W wyglądzie pana Charringtona coś jakby się zmieniło. Dostrzegł na podłodze roztrzaskany przycisk. - Sprzątnąć to - rozkazał ostro. Jeden z drabów natychmiast schylił się, żeby pozbierać kawałki szkła. Głos pana Charringtona stracił akcent typowy dla proli; Winston nagle zdał sobie sprawę, że to właśnie on przemówił do niego i Julii z teleekranu. Pan Charrington jak zwykle miał na sobie aksamitną marynarkę, lecz jego siwe włosy były teraz całkiem czarne. I nie nosił okularów. Rzucił Winstonowi krótkie, badawcze spojrzenie, jakby sprawdzał jego tożsamość, i nie poświęcał mu już więcej uwagi. W ciemnowłosym mężczyźnie wciąż dawało się rozpoznać pana Charringtona, lecz w sumie wyglądał na zupełnie innego człowieka. Przygarbione plecy wyprostowały się, przez co sprawiał wrażenie znacznie wyższego. Twarz zmieniła się tylko minimalnie, ale i tak różnica była piorunująca: wystarczyło, że czarne brwi stały się mniej krzaczaste i znikły zmarszczki, a kształt twarzy wydawał się inny, nos zaś znacznie krótszy. Winston miał przed sobą czujne, zimne oblicze trzydziestopięcioletniego mężczyzny. Uświadomił sobie, że po raz pierwszy w życiu patrzy na kogoś, co do kogo nie ma wątpliwości, iż jest agentem Policji Myśli.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki