FANDOM


Nie wiedział, gdzie jest. Prawdopodobnie przebywał w Ministerstwie Miłości, ale nie miał jak się upewnić. Znajdował się w wysokiej, pozbawionej okien celi o ścianach wyłożonych lśniącymi białymi kaflami. Ukryte lampy zalewały pomieszczenie zimnym światłem. Skądś dobiegał cichy, miarowy szum, zapewne urządzeń wentylacyjnych. Wzdłuż ścian, z przerwą na drzwi oraz na usytuowany naprzeciwko nich klozet bez deski, biegła ława lub raczej półka, tak wąska, że ledwo dawało się na niej usiąść. W brzuchu czuł tępe kłucie. Ból towarzyszył mu od momentu, kiedy wepchnęli go do furgonetki i odjechali spod sklepu. Równocześnie doskwierał mu głód, od którego aż skręcały mu się kiszki. Minęła doba, może półtorej, odkąd jadł po raz ostatni. Wciąż nie wiedział i podejrzewał, że już nigdy się nie dowie, czy aresztowano go rano, czy wieczorem. Od chwili aresztowania nie miał nic w ustach. Siedział na wąskiej ławie z dłońmi złożonymi na kolanie, starając się zachować bezruch. Szybko nauczył się nie wykonywać żadnych ruchów. Każdy niespodziewany gest prowokował jeden z teleekranów do wrzasku. Ale głód nie dawał Winstonowi spokoju. Oddałby wszystko za kromkę chleba. Przyszło mu do głowy, że w kieszeni kombinezonu może znaleźć nieco okruchów. A nawet - pomyślał tak, gdyż od czasu do czasu coś łaskotało go w udo - spory kawałek skórki. W końcu głód pokonał strach; więzień wsunął dłoń do kieszeni. - Smith! - wrzasnął teleekran. - 6079 Smith W.! W celi nie wolno wkładać rąk do kieszeni. Znieruchomiał i ponownie oparł dłonie na kolanie. Zanim tu trafił, najpierw zawieziono go w inne miejsce, do zwykłego więzienia lub raczej aresztu. Nie wiedział, jak długo go tam trzymano, ale przynajmniej kilka godzin; ponieważ nie było ani zegara, ani okien, przez które wpadałoby światło, nie umiał ocenić upływu czasu. Panował tam hałas i potworny smród. Umieszczono go w celi podobnej do tej, w której znajdował się obecnie, tylko obrzydliwie brudnej i zatłoczonej - przebywało w niej równocześnie od dziesięciu do piętnastu osób. Byli to w większości przestępcy kryminalni, choć zauważył również kilku więźniów politycznych. Winston siedział w milczeniu oparty o ścianę, wtłoczony między cuchnące, rozpychające się ciała, zbyt zaprzątnięty swoim lękiem i kłuciem w żołądku, by zwracać uwagę na otoczenie, lecz i tak uderzyła go różnica w zachowaniu członków Partii i pozostałych więźniów. Wszyscy partyjni milczeli wystraszeni, podczas gdy pospolici przestępcy zachowywali się tak, jakby nie bali się nikogo i niczego. Wymyślali strażnikom, szamotali się z furią, gdy odbierano im posiadane przedmioty, wypisywali na podłodze różne świństwa, spożywali przeszmuglowane jedzenie, które wydobywali z różnych zakamarków odzienia, a nawet zakrzykiwali teleekran, kiedy płynący z niego głos usiłował zaprowadzić porządek. Niektórzy byli w jak najlepszej komitywie ze strażnikami, zwracali się do nich po imieniu i próbowali wyłudzić od nich papierosy przez judasza. Strażnicy również traktowali kryminalistów bardziej wyrozumiale, nawet wówczas, gdy musieli siłą zmuszać ich do posłuchu. Głównym tematem rozmów były obozy pracy, dokąd większość aresztantów spodziewała się trafić. Winston dowiedział się, że w obozach "nie jest źle", o ile człowiek ma chody i umie sobie radzić. Cwaniacy prosperowali: liczyły się łapówki oraz znajomości, kwitł homoseksualizm i prostytucja; krążył nawet alkohol nielegalnie pędzony z kartofli. Porządkowych mianowano spośród przestępców kryminalnych; na ogół byli to gangsterzy i mordercy, tworzący obozową arystokrację. Politycznym przypadały najbrudniejsze prace. Przez areszt ustawicznie przewijali się najróżniejsi klienci: handlarze narkotyków, złodzieje, bandyci, spekulanci, pijacy, prostytutki. Niektórzy pijacy tak bardzo się awanturowali, że reszta więźniów musiała ich uspokajać wspólnymi siłami. Czterech strażników wniosło, trzymając ją pod ręce i za nogi, wielką, steraną życiem babę około sześćdziesiątki, o ogromnych, zwalistych piersiach i grubych splotach siwych włosów, które rozsypały się podczas szarpaniny. Ściągnęli jej buciory, bo próbowała ich kopać i cisnęli ją prosto na Winstona, o mało nie gruchocząc mu kości. Wyprostowała się, wrzasnęła za nimi "P... skurwysyny!", po czym - czując, że siedzi na czymś nierównym - zsunęła się z kolan Winstona na ławkę. - Przepraszam cię, kochaniutki, nie siadłabym na tobie, gdyby mnie nie rzuciły te łajdaki. Chamy, nie wiedzą, jak należy traktować kobietę! - Poklepała się po brzuchu i beknęła. - Przepraszam, coś niezbyt dobrze się czuję. Pochyliła się i długo wymiotowała na posadzkę. - No, nieco mi ulżyło - oświadczyła, opierając się o ścianę i przymykając oczy. - Jak ci coś zaszkodzi, nie warto trzymać tego w sobie. Najlepiej czym prędzej opróżnić żołądek. Po krótkim odpoczynku otworzyła oczy i znów spojrzała na Winstona; chyba musiał przypaść jej do gustu, bo objęła go potężnym ramieniem i przyciągnęła do siebie, zionąc mu prosto w twarz wonią piwa i rzygowin. - Jak się nazywasz, kochaniutki? - spytała. - Smith - odparł Winston. - Smith? - ucieszyła się. - A to mi numer! Ja też mam Smith na nazwisko. Mogłabym być twoją matką. Rzeczywiście mogłaby, pomyślał Winston. Typem budowy przypominała jego matkę, wiek również się zgadzał, a przecież po dwudziestu latach w obozie pracy wygląd człowieka ma prawo się zmienić. Nikt więcej się do niego nie odezwał. Był zdziwiony, że kryminaliści tak kompletnie ignorują członków Partii. Z pogardliwą obojętnością nazywali ich "politami". Partyjni bali się otworzyć usta do kogokolwiek, a zwłaszcza do innych partyjnych. Tylko raz, gdy dwie kobiety, obie należące do Partii, przysunęły się do siebie w ogólnym ścisku, pośród panującego gwaru dobiegł go pośpieszny szept jednej z nich; powiedziała coś, czego nie zrozumiał, o "pokoju sto jeden". Do nowej celi przywieźli go dwie lub trzy godziny temu. Kłucie w trzewiach nie ustępowało; chwilami ból dokuczał bardziej, chwilami mniej, a to z kolei wpływało na tok jego myśli. Kiedy ból się wzmagał, Winston myślał jedynie o swoim żołądku i głodzie; gdy tylko robiło mu się trochę lepiej, natychmiast ogarniał go strach. Chwilami tak dokładnie wyobrażał sobie, co go czeka, że serce waliło mu jak młotem, a w płucach brakowało tchu. Czuł na łokciach razy spadających pałek, a na łydkach kopniaki podkutych butów; widział siebie, jak tarza się po ziemi i wyje błagając o litość przez pieńki powybijanych zębów. Prawie nie myślał o Julii. Próbował, lecz jego myśli zaraz biegły innym torem. Wiedział, że ją kocha i że jej nie zdradzi; ale poczucie to było tak bezemocjonalne, jak znajomość matematycznych reguł. Nie czuł miłości i wcale nie zastanawiał się nad losem dziewczyny. Częściej myślał o O'Brienie, i to z pewną nikłą nadzieją. O'Brien musiał mieć już informacje o aresztowaniu. Mówił, że Braterstwo nigdy nie stara się ratować swoich członków, ale wspominał też o żyletce; jeśli im się uda, dostarczą mu żyletkę. Będzie miał pewnie z pięć sekund, zanim strażnik wpadnie do celi. Wyobraził sobie palący chłód ostrza, które werżnie mu się w ciało; nawet palce zaciśnięte na żyletce będzie miał rozorane aż do kości. Wszystko sprowadzało się do jego obolałego ciała - a ono kurczyło się, dygocząc, na myśl o najmniejszym bólu. Wątpił, czy starczy mu odwagi, by użyć żyletki, nawet jeśli ją dostanie. Bardziej naturalne wydawało mu się egzystować z chwili na chwilę, cieszyć się z każdych dziesięciu minut życia, nawet ze świadomością, że nie uniknie tortur. Dla zabicia czasu usiłował liczyć lśniące kafle pokrywające ściany. Proste, łatwe zajęcie, a jednak ciągle gubił się w rachubie. Dość często próbował zgadnąć, gdzie się znajduje i która jest godzina. Raz był przekonany, że na zewnątrz świeci słońce, a za moment, że panuje nieprzenikniona noc. Niemal instynktownie wiedział, że tu światło nie gaśnie nigdy. Przebywał w miejscu, gdzie nie ma mroku; teraz pojął, dlaczego O'Brien jakby od razu zrozumiał jego aluzję. Gmach Ministerstwa Miłości pozbawiony był okien. Cela mogła mieścić się w samym środku budynku lub przy jednej ze ścian zewnętrznych; mogła znajdować się dziesięć pięter pod powierzchnią lub trzydzieści nad ziemią. W myślach przenosił ją z miejsca na miejsce i usiłował wybadać z reakcji swojego ciała, czy tkwi wysoko pod niebem, czy głęboko w dole. Na korytarzu rozległ się miarowy stukot butów. Stalowe drzwi otworzyły się z głośnym zgrzytem. Młody oficer o zgrabnej sylwetce opiętej czarnym mundurem, niemal całym z lśniącej, wypolerowanej skóry, i o bladej, surowej twarzy podobnej do woskowej maski wmaszerował sprężystym krokiem do środka i dał znak strażnikom, żeby wprowadzili eskortowanego więźnia. Do celi, powłócząc nogami, wszedł poeta Ampleforth. Drzwi zatrzasnęły się z głuchym łoskotem. Ampleforth obrócił się niepewnie w lewo, potem w prawo, jakby szukał drugich drzwi, przez które mógłby wydostać się na zewnątrz, po czym zaczął chodzić tam i z powrotem. Jeszcze nie dostrzegł Winstona. Jego niespokojny wzrok przesuwał się po ścianie mniej więcej metr nad głową siedzącego. Ampleforth był bez butów; duże brudne palce u nóg wyłaziły przez dziury w skarpetkach. Najwyraźniej nie golił się od kilku dni. Twarz aż po kości policzkowe pokrywał szczeciniasty zarost, nadając jej bandycki wygląd, dziwnie nie pasujący do dużego, ale słabego ciała i nerwowych ruchów. Winston otrząsnął się nieco z letargu. Choćby miał narazić się na wrzaski teleekranu, musiał odezwać się do Amplefortha. Istniał cień prawdopodobieństwa, że to właśnie poeta przekaże mu żyletkę. - Ampleforth - rzekł. Teleekran milczał. Ampleforth zatrzymał się, lekko zaskoczony. Powoli przeniósł wzrok na Winstona. - A, Smith! - zawołał. - Ty również! - Za co cię zamknęli? - Prawdę mówiąc... - Usiadł ciężko na ławie naprzeciw Winstona. - Jest tylko jedna zbrodnia, nie? - I ty ją popełniłeś? - Na to wygląda. Przyłożył dłoń do czoła i trzymał ją tak przez chwilę, jakby usiłował sobie coś przypomnieć. - Nie ma jak temu zapobiec. Zdołałem odgrzebać w pamięci jeden jedyny moment, kiedy mogłem ją popełnić. Tak, postąpiłem bardzo nierozważnie. Przygotowywaliśmy ostateczne wydanie poezji Kiplinga. Pozwoliłem, żeby na końcu jednego wersu pozostało słowo "Bóg". Nie miałem wyjścia! - zawołał niemal z oburzeniem, unosząc głowę, by spojrzeć na Winstona. - Nie dało rady tego zmienić. Konieczny był rzeczownik, pełny rym męski do słowa "głóg". Znalazłem czterdzieści, lecz żaden nie pasował. Przez wiele dni łamałem sobie głowę, aż w końcu dałem za wygraną. Więcej takich stów po prostu nie ma! Wyraz jego twarzy uległ transformacji. Znikło rozdrażnienie; przez chwilę Ampleforth miał prawie zadowoloną minę. Mimo brudu i zarostu jego oblicze promieniowało intelektualnym ciepłem, radością pedanta z odkrycia jakiegoś bezużytecznego faktu. - Czy myślałeś kiedykolwiek o tym, jak bogactwo lub ubóstwo rymów wpływa na treść poezji? Nie, tego problemu Winston akurat nigdy nie rozważał. W obecnych okolicznościach tym bardziej nie wydało mu się to ani specjalnie ważne, ani interesujące. - Wiesz może, która jest godzina? - spytał. Ampleforth znów zrobił zaskoczoną minę. - W ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Aresztowali mnie dwa dni temu. Może trzy. - Ponownie obiegł spojrzeniem ściany, jakby oczekiwał, że zobaczy okno. - Tu noce i dnie nie różnią się od siebie. Nie wiem, jak mierzyć upływ czasu. Przez kilka minut prowadzili urywaną rozmowę, po czym nagle, bez żadnego wyraźnego powodu, teleekran wrzasnął na nich, żeby się uciszyli. Winston siedział spokojnie ze skrzyżowanymi rękami. Ampleforth, zbyt masywny, by zmieścić się wygodnie na wąskiej ławce, wiercił się splatając szczupłe dłonie to na jednym, to na drugim kolanie. Teleekran warknął na niego, żeby przestał się kręcić. Czas płynął. Dwadzieścia minut, godzina - trudno zgadnąć. Na korytarzu znów zadudniły kroki. Winston poczuł skurcz kiszek. Wkrótce, już bardzo niedługo, może za pięć minut, a może nawet teraz, tupot za drzwiami będzie oznaczał, że nadeszła jego kolej. Drzwi otworzyły się. Do celi wszedł oficer o lodowatej twarzy. Szybkim ruchem dłoni wskazał Amplefortha. - Pokój sto jeden - powiedział. Ampleforth wymaszerował niezdarnie między dwoma strażnikami; na jego twarzy malował się cień niepokoju, lecz przede wszystkim dezorientacja. Winstonowi zdawało się, że mijają godziny. Ból żołądka narastał. Myśli krążyły uporczywie po tych samych torach, niczym bile raz po raz wpadające w te same otwory. Powtarzało się tylko sześć tematów. Ból żołądka - kromka chleba - krew i krzyki - O'Brien - Julia - żyletka. Znów poczuł skurcz kiszek; kroki zbliżały się ponownie. Kiedy odemknięto drzwi celi, poruszone nimi powietrze wypełniła ostra woń zimnego potu. Do celi wszedł Parsons. Miał na sobie szorty barwy khaki i sportową koszulę. Winston był tak zaskoczony, że zapomniał o własnej niedoli. - Ty tutaj? - zawołał. W spojrzeniu, które Parsons mu posłał, nie malowało się ani zaciekawienie, ani zdumienie, jedynie boleść. Zaczął przechadzać się nerwowo po celi, najwyraźniej niezdolny usiedzieć w miejscu. Kiedy przy każdym kroku prostował grube kolana, widać było, że nogi mu dygoczą. Oczy miał wielkie, rozszerzone, jakby cały czas wypatrywał czegoś w oddali. - Za co się wsadzili? - spytał Winston. - Za myślozbrodnię! - wykrzyknął Parsons, o mało nie wybuchając płaczem. Ton jego głosu sugerował z jednej strony pełne przyznanie się do winy, a z drugiej zdumienie i trwogę, że coś takiego mogło się przytrafić właśnie jemu. Zatrzymał się przed Winstonem i zaczął wypytywać go błagalnie: - Nie zastrzelą mnie, prawda, stary? Nie zabiją kogoś, kto niczego nie zrobił, tylko coś pomyślał wbrew sobie, prawda? Wiem, że potraktują mnie sprawiedliwie. Mam do nich pełne zaufanie! Będą wiedzieli, że mam nieskazitelną opinię, prawda? Nawet ty możesz to poświadczyć! Starałem się, jak umiałem, prawda? Może nie jestem najbystrzejszy, ale za to nigdy nie żałowałem sił. Wypruwałem sobie żyły dla Partii! Nie skażą mnie na więcej niż pięć lat, co? Góra dziesięć, prawda? Ktoś taki jak ja przyda się w obozie pracy, prawda? Nie zastrzelą mnie przecież za ten jeden wyskok, co? - Jesteś winny? - Oczywiście! - zawołał Parsons, zerkając wiernopoddańczo w stronę teleekranu. - Chyba nie sądzisz, że Partia mogłaby aresztować niewinnego człowieka, co? Jego żabia twarz jakby się trochę uspokoiła, a nawet przybrała nieco świętoszkowaty wyraz. - Myślozbrodnia to straszna rzecz, stary - oświadczył moralizatorskim tonem. - Może zdradziecko wkraść się do twojego umysłu bez najmniejszego udziału woli. Wiesz, jak to było ze mną? Owładnęła mną we śnie! Tak, wierz mi. Żyłem sobie spokojnie, pracowałem, przykładałem się najlepiej, jak mogłem, i nawet nie podejrzewałem, że w moim umyśle dzieje się coś niedobrego. Po czym nagle zacząłem mówić przez sen. I wiesz, co powiedziałem? Zniżył głos, jak ktoś, kto ze względów medycznych musi użyć nieprzyzwoitego słowa. - "Precz z Wielkim Bratem!" Tak, dokładnie! Ja! Podobno nawet powtórzyłem wiele razy. Zdradzę ci w zaufaniu, stary, cieszę się, że mnie aresztowano, zanim posunąłem się dalej. Wiesz, co zrobię, kiedy postawią mnie przed trybunałem? "Dziękuję wam - oświadczę - że mnie uratowaliście, zanim byłoby za późno". - Kto cię zadenuncjował? - Moja córeczka - oznajmił Parsons z ponurą dumą. - Podsłuchiwała przez dziurkę od klucza. Jak usłyszała, co mówię, zaraz nazajutrz pognała na policję. Ma dopiero siedem lat, a patrz, jaka cwana! Wcale nie mam jej za złe tego, co zrobiła. Jestem z niej dumny. Przynajmniej widać, że dobrze ją wychowałem. Postąpił nerwowo kilka kroków, zerkając z upragnieniem na muszlę klozetową, po czym nagle ściągnął szorty. - Przepraszam cię, stary. Nic nie poradzę. Nie wytrzymuję tego czekania. Usadowił swój tłusty zad na muszli. Winston przysłonił twarz dłońmi. - Smith! - ryknął teleekran.- 6079 Smith W.! Odkryć twarz! W celi nie wolno zasłaniać twarzy! Winston odjął dłonie od oczu. Parsons załatwiał się długo, głośno i obficie. Ponieważ odpływ był zatkany, cela cuchnęła potem przez wiele godzin. Parsonsa zabrano. Do celi wprowadzano coraz to nowych więźniów, a po pewnym czasie zabierano ich, nie wiadomo dokąd. Jedna z kobiet miała pójść do pokoju sto jeden; Winston zauważył jak na wieść o tym skurczyła się i zbladła. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że jeśli trafił tu rano, teraz musi być popołudnie; jeśli po południu, północ. W celi znajdowało się sześcioro więźniów. Wszyscy siedzieli bez ruchu. Miejsce naprzeciw Winstona zajmował mężczyzna o tłustym podbródku i wystających zębach, który przypominał jakiegoś wielkiego, nieszkodliwego gryzonia. Jego obfite, czerwone policzki były tak pękate, jakby miał w nich poupychane zapasy jedzenia, a bladoszare oczy przesuwały się płochliwie po twarzach współwięźniów i umykały natychmiast, gdy ktoś kierował na niego wzrok. Drzwi otworzyły się i do celi wprowadzono kolejnego więźnia; na jego widok ciarki przeszły Winstona po grzbiecie. Wygląd miał dość powszedni, nawet prostacki; mógł być inżynierem czy technikiem. Jednakże chudość jego twarzy przejmowała grozą. Właściwie była to czaszka. Wymizerowanie sprawiało, że usta i oczy wydawały się nieproporcjonalnie wielkie; zwłaszcza oczy, w których żarzyła się jakaś straszliwa, mordercza nienawiść. Chudzielec usiadł na ławie nie opodal Winstona. Winston nie patrzył na niego, lecz udręczona, wynędzniała twarz tak silnie wryła mu się w pamięć, że widział ją równie wyraźnie, jakby nadal się w nią wpatrywał. Nagle zdał sobie sprawę, co dolega mężczyźnie. Po prostu umierał z głodu. W tym samym momencie uświadomili to sobie także pozostali. Naokoło celi poszedł szmer. Więzień o tłustych policzkach to kierował spojrzenie na głodomora, to odwracał je zmieszany, to znów zerkał w jego stronę; nie umiał się powstrzymać od patrzenia. Przez chwilę wiercił się niespokojnie, w końcu wstał, przeszedł kaczym chodem przez celę, pogrzebał w kieszeni kombinezonu i nieśmiało podał nowemu przybrudzony kawałek chleba. Z teleekranu rozległ się wściekły, ogłuszający ryk. Grubas aż podskoczył. Głodomór natomiast schował ręce za siebie, jakby demonstrując całemu światu, że nie zamierzał przyjąć daru. - Bumstead! - ryczał teleekran. - 2713 Bumstead J.! Rzuć chleb na ziemię! Grubas upuścił kawałek chleba. - Pozostań na miejscu! - rozkazał dalej głos. - Obróć się twarzą do drzwi! I nie ruszaj się! Grubas posłusznie wykonał polecenia. Jego wielkie, pękate policzki drżały niepohamowanie. Drzwi otworzyły się z łoskotem. Do środka wmaszerował młody oficer i usunął się na bok; za nim wpadł niski, krępy strażnik o potężnych barach. Zatrzymał się przed grubasem, po czym, na znak oficera, zamachnął się szeroko i z całej siły rąbnął więźnia pięścią w usta. Cios niemal oderwał grubasa od ziemi. Przeleciał przez długość celi i upadł obok muszli klozetowej. Przez chwilę leżał ogłuszony, a z ust i nosa sączyła mu się ciemnoczerwona krew. Półprzytomny, wydawał z siebie ciche jęki, niemal zwierzęce skowytanie, potem przekręcił się na brzuch i zaczął niepewnie unosić się na czworakach. Z ust wypadła mu ociekająca śliną i krwią sztuczna szczęka, złamana na pół. Pozostali więźniowie siedzieli bez ruchu, z rękami splecionymi na kolanach. Grubas dowlókł się na swoje miejsce. Jedna strona twarzy zaczynała mu sinieć. Spuchnięte usta wyglądały jak wiśniowy wrzód z czarną dziurą pośrodku. Od czasu do czasu wąska strużka krwi ściekała mu na pierś. Szare oczy, w których malowało się poczucie winy, znów wędrowały szybko po twarzach obecnych, jakby grubas usiłował się przekonać, czy współwięźniowie pogardzają nim ze względu na doznane przez niego upokorzenie. Drzwi ponownie się otworzyły. Oficer wskazał niedbałym gestem głodomora. - Pokój sto jeden - rzekł. Obok Winstona rozległ się jęk, po czym coś upadło na ziemię. To głodomór rzucił się na kolana, wyciągając błagalnie ręce. - Towarzyszu oficerze! - zawołał. - Nie zabierajcie mnie tam! Przecież powiedziałem już wszystko! Co jeszcze chcecie wiedzieć? Gotów jestem przyznać się do każdej zbrodni, naprawdę każdej! Powiedzcie tylko, do czego mam się przyznać, a natychmiast to zrobię! Przygotujcie dowolne zeznania, ja wszystko podpiszę! Przysięgam! Tylko nie bierzcie mnie do pokoju sto jeden! - Pokój sto jeden - powtórzył oficer. Twarz głodomora, od początku bardzo blada, przybrała teraz odcień, który Winston zawsze dotąd uważał wyłącznie za przenośnię. Stała się autentycznie zielona. - Uczyńcie ze mną, co chcecie! Głodzicie mnie od tygodni. Więc zabijcie mnie wreszcie! Zastrzelcie! Powieście! Skażcie na dwadzieścia pięć lat ciężkich robót! Chcecie, żebym jeszcze kogoś wsypał? Powiedzcie tylko kogo, a natychmiast go obciążę! Nie obchodzi mnie, kto to będzie ani co z nim zrobicie! Mam żonę i troje dzieci. Najstarsze z nich nie ma jeszcze sześciu lat. Możecie przywieźć tu całą trójkę i na moich oczach poderżnąć im gardła. Wolę to, niż iść do pokoju sto jeden! - Pokój sto jeden - powtórzył oficer. Głodomór powiódł oszalałym spojrzeniem po współwięźniach, jakby szukał kogoś, z kim mógłby się zamienić na miejsca. Jego wzrok zatrzymał się na zakrwawionej twarzy grubasa. Wskazał go wychudłą dłonią. - To jego powinniście zabrać, a nie mnie! - zawołał. -Nie słyszeliście, co mówił, kiedy dostał w gębę! Poczekajcie, zaraz wam wszystko powtórzę! To on jest wrogiem Partii, nie ja! Kiedy strażnicy postąpili krok w stronę głodomora, jego głos przeszedł w cienki pisk. - Nie słyszeliście! Coś się zacięło w teleekranie! To on jest wrogiem! Bierzcie jego, nie mnie! Dwóch masywnych strażników pochyliło się, by chwycić głodomora pod pachy, ale rzucił się rozpaczliwie w bok i uczepił żelaznej' nogi ławki, skowycząc jak zwierzę. Usiłowali go oderwać, jednakże trzymał się kurczowo i z nieoczekiwaną siłą. Szamotali się tak z pół minuty. Pozostali więźniowie siedzieli bez słowa, z rękami złożonymi na kolanach, patrząc prosto przed siebie. Skowyt ucichł; głodomór z trudem łapał oddech, lecz nie dawał się oderwać od ławki. Nagle zawył; to jeden ze strażników zmiażdżył mu palce kopniakiem. Teraz z łatwością podnieśli go na nogi. - Pokój sto jeden - powtórzył oficer. Strażnicy wyprowadzili głodomora; szedł słaniając się, z głową zwieszoną nisko, tuląc do piersi bolącą rękę; wola walki opuściła go zupełnie. Czas płynął. Jeśli głodomora wyprowadzono o północy, nastał już świt; jeśli o świcie, minęło południe. Winston był sam; sam od kilku godzin. Od siedzenia na wąskiej ławce tak bardzo bolały go kości, że co pewien czas wstawał i przechadzał się po celi; teleekran ani razu dotąd nie zareagował. Kawałek chleba leżał wciąż tam, gdzie upuścił go grubas. Początkowo Winston musiał specjalnie odwracać wzrok, żeby nie patrzeć w tamtą stronę, ale w końcu głód ustąpił miejsca pragnieniu. W ustach miał suchy, nieprzyjemny smak. Miarowy szum i ciągłe jaskrawe światło sprawiły, że ogarnęła go słabość, a w głowie czuł kompletną pustkę. Kiedy nie mógł już dłużej wytrzymać bólu, wstawał, po czym siadał niemal natychmiast, gdyż ilekroć się podnosił, zaczynało mu się kręcić w głowie. Kiedy chwilami niewygody ciała przestawały mu tak okropnie doskwierać, powracał przeraźliwy strach. Momentami z gasnącą nadzieją myślał o O'Brienie i żyletce. Wydawało mu się prawdopodobne, że zostanie dostarczona w jedzeniu - jeśli w ogóle będą go tu karmić. Rzadziej myślał o Julii. Możliwe, że cierpi teraz jeszcze gorsze męczarnie niż on. Może właśnie w tym momencie wyje z bólu. "Czy gdybym mógł ją uratować zwiększając swoje męki, uczyniłbym to? - zapytał się w myślach. - Tak, nie wahałbym się". Ale była to wyrozumowana decyzja; uznał, że tak powinien postąpić. Nie podyktowała mu tej odpowiedzi miłość. Tu, gdzie teraz przebywał, nie odczuwało się nic prócz bólu i strachu przed jeszcze większym bólem. A zresztą, czy kiedy się cierpi, można z jakiegokolwiek powodu szczerze pragnąć, aby ból się wzmógł? Tego jeszcze nie wiedział. Znów rozległy się kroki. Szczęknęły drzwi. Do celi wszedł O'Brien. Winston poderwał się na równe nogi. Widok O'Briena tak go zaskoczył, że zapomniał o ostrożności. Po raz pierwszy od wielu lat zapomniał nawet o obecności teleekranu. - Was też mają! - I to od bardzo dawna - odparł ironicznie i niemal z żalem przybysz. Odsunął się od drzwi; za nim wkroczył potężnie zbudowany strażnik z długą czarną pałką w ręce. - Wiedziałeś o tym, Winston - rzekł O'Brien. - Nie oszukuj się. Wiedziałeś; wiedziałeś od samego początku. Tak, Winston zdał sobie teraz sprawę, że rzeczywiście wiedział od samego początku. Nie miał jednak czasu głębiej się nad tym zastanawiać. Całą uwagę skupił na pałce w dłoni strażnika. Mogła spaść wszędzie: rąbnąć go w czubek głowy, tuż nad uchem, w ramię, w łokieć... Łokieć! Osunął się na kolana jak rażony gromem, drugą ręką przyciskając palący łokieć. Przed oczami zrobiło mu się żółto. Niemożliwe, niemożliwe, aby jeden cios mógł wywołać tak przeraźliwy ból! Kiedy wzrok mu się rozjaśnił, ujrzał strażnika i O'Briena, którzy pochylali się nad nim. Strażnik chichotał obserwując, jak więzień skręca się z bólu. A Winston poznał odpowiedź na swoje pytanie. Nigdy, z najwznioślejszego powodu, nie można pragnąć zwiększenia bólu. Chce się tylko jednego: by zelżał. Nic na świecie nie jest tak straszne jak ból fizyczny. W obliczu bólu nie ma bohaterów, w obliczu bólu nie ma bohaterów - powtarzał w myślach, tarzając się po posadzce i bezradnie tuląc do siebie rwące lewe ramię.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki