FANDOM


Cześć, anonki. Minęły już ze dwa lata, od kiedy zaglądałem na jakikolwiek chan, ale pomyślałem, że warto podzielić się paroma starymi historiami, zanim do końca ulecą mi z głowy. Zacznę od jednej - jeśli się wam spodoba, to zarzucę większą ilością.

Rzecz działa się, gdy byłem w gimnazjum - zamierzchłe czasy, gdy telefony komórkowe były zarezerwowane dla elity, a palacze byli odrzutkami społecznymi. Może ze dwa lata wcześniej, przeprowadził się w nasze okolice Antek - taki typowy wieśniak (jak zresztą parę osób go nazywało), ale w gruncie rzeczy w porządku. Chciał pokazać się w nowym miejscu z jak najlepszej strony, więc bardzo szybko przylgnęła mu łatka lizusa i konfidenta - co nie podobało się kilku "fajnym" chłopakom. Wśród nich był Patryk i Kamil, którzy całe dnie spędzali razem. Siedzieli razem na lekcjach, na przerwach razem łazili po korytarzu - praktycznie jak geje (bez uprzedzeń). No więc Antek pewnego dnia musiał zrobić jakieś zakupy w aptece, dla babci czy dziadka, więc postanowił zerwać się z lekcji żeby jechać po lekarstwa (jakieś specjalne, sprzedawane w specjalistycznej aptece, w innej dzielnicy miasta) - a że ja, Kamil i Patryk nie mieliśmy co robić, to pojechaliśmy z nim. Antek kupił leki, porzucaliśmy się chwilę śnieżkami (bo była zima) i postanowiliśmy wracać do domu. Po drodze jednak okazało się, że Antek zgubił gdzieś swój telefon. Zaczęliśmy przeszukiwać teren, na którym rzucaliśmy się tymi śnieżkami, ale nikt niczego nie znalazł. Po paru minutach Kamil i Patryk powiedzieli, że pójdą sprawdzić, czy komórki nie ma za pobliskim wzgórzem (razem, oczywiście). Zostałem z Antkiem, niezręczna cisza. - Ojciec mnie zabije jak się dowie. - Mówi. - Spoko, znajdziemy ten telefon - musi tu gdzieś być. Jak się okazało, nie było. Zniknął, przepadł bez śladu. K i P wrócili po parunastu minutach, jacyś tacy kurwa dziwni, zarumienieni, ale niczego nie znaleźli. W końcu jakoś się rozdzieliliśmy - Antek został sam żeby dalej szukać komórki, a my pojechaliśmy do domu.

Po południu ktoś puka do moich drzwi - otwieram, patrzę, ojciec Antka. Cały w nerwach, mówi, że syn jest w szpitalu, bo został pobity, jak wracał z apteki. Ja oczywiście w szoku, pytam się co z nim i w ogóle. Ojciec poszedł, ja się ubrałem i pobiegłem do Kamila, bo mieszkał bliżej od Patryka. Wchodzę do niego, mówię co się dzieje, a ten w śmiech. Rozumiecie - taki typowy kurwa perfidny śmiech. Patrzę na biurko, a tam szczątki telefony Antka. - Znaleźliśmy do z Patrykiem i rozjebaliśmy na torach za górką xD Szkoda, że z nami nie poszedłeś, była beka.

Zna się człowieka całe życie praktycznie, chodzi z nim grać w piłkę i pić piwo na czterech w krzakach, a on odpierdala takie cuda. Antek tak się bał, że dostanie wpierdol w domu, że poszedł do jakichś okolicznych dresów i zaczął się do nich przystawiać żeby mu najebali, by potem powiedzieć, że ukradli mu ten jebany telefon. Koledzy mocno.

Dobra, nie ma sensu czekać na feedback. Czytając pierwsza opowieść, mogliście czekać na jakiś wątek związany z erotyzmem. I o ile w przypadku Kamila i Patryka nie wydarzyło się nic takiego, o tyle miałem nieprzyjemność być świadkiem… A zresztą, po kolei.

W dalszym ciągi mroki gimnazjum, burza hormonów, ośli wiek. Tym razem, bohaterem mojej historii jest Patryk (inny, ale też kolega z klasy, od przedszkola), w pewnych kręgach zwany również Sperma. Przezwisko nie było przypadkowe - bo właśnie w wieku 14-17 lat, Sperma był naprawdę napalony, na wszystko co się tylko ruszało. No więc Sperma był chory, ale po tygodniu wrócił. Jako że był (i dalej pewnie jest) skrajnie leniwy, nie przepisywał notatek wtedy, kiedy mógł - tylko na lekcjach pierwszego dnia. Pożyczył parę zeszytów od jednej z koleżanek i usiadł w ostatniej ławce - a była to lekcja fizyki. Na pewno spotkaliście kiedyś jedną z tych przepięknych, młodych nauczycielek, na myśl których spodnie od razu się podnoszą. No właśnie - tak też była pani Ania, ucząca nas fizyki. Długonoga blondynka (nienaturalna, swoją drogą), o brązowych oczach i krągłościach godnych modelki. Było już na tyle ciepło, że przyszła do szkoły ubrana w krótką sukienkę i szpilki - efektu możecie się domyślić sami.

No więc Sperma siedział sam w ostatniej ławce przy oknie i ostro przepisywał notatki, gdy do klasy weszła pani Ania i zaczęła omawiać temat - elektryzowanie przez pocieranie. No więc usiadła z nogą założoną na nogę na skraju swojego biurka, chwyciła jakiś tam pręcik i ściereczkę, po czym zaczęła pocierać jednym o drugie. Znacie to doświadczenie - na pewno. Cała klasa zaczęła się śmiać, ale ta się nie poddawała - pełna profeska. W ruch jej ramion, zaczęły trzepotać jej spore piersi, a także włosy. Odrzuciła je do tyłu i kontynuowała. Wszyscy śmiali się jak pojebani, patrząc na jej podskakujące cycki. W końcu skończyła, odłożyła przyrządy i zaczęła pisać na tablicy. Odwróciłem się do tyłu żeby zagadać do Spermy, że Ania to zajebista laska i zdążyłem tylko zobaczyć, jak jego oczy wywracają się do góry, a potem chłopak szybko bierze z ławki zeszyt i chowa go pod nią. Spuścił się w zeszyt, na lekcji. W dodatku nie zauważył, że nie swój. Dotarło to do niego dopiero wtedy, gdy oprzytomniał - otworzył go i zobaczyliśmy plamę rozmazaną na dwóch stronach, zgniecioną przy zamknięciu, przemakającą wgłąb i rozmazującą tusz. Oczywiście właścicielka nie dostała go już z powrotem. Został zakopany za jednym z garażów, przy salwie śmiechów wszystkich chłopaków z klasy xD Sperma już nigdy nie był taki sam.

Pora na kolejną opowieść. Podobnie jak poprzednio, bohaterem jest Sperma. Nie pamiętam, czy działo się to przed czy po wydarzeniach z historii 2 - ale to nie ma w gruncie rzeczy najmniejszego zdarzenia.

No więc siostra Spermy była prawdziwą dupodajką. W ciągu roku miała chyba pięciu chłopaków, z których przynajmniej 4 ją zaliczyło. Z tym ostatnim jakoś specjalnie zżył się Sperma, którzy razem pili spirytus pod nieobecność rodziców i palili roboty (papierosy własnoręcznej roboty, najpaskudniejsze, najtańsze…). Właśnie podczas jednej z takich zakrapianych imprez, postanowili nieco dorobić sobie na boku… Piłując most. Tak jest kurwa, piłując most.

Pewnego wieczora wybrali się więc do jednego z lasów z piłami, młotami i plecakami, żeby ukraść nieco stali z podpór kolejowego mostu. Już pod koniec, jedna z takich podpór oderwała się i spadając, uderzyła w palec chłopaka siostry Spermy. Paznokieć wzbił się w powietrze, po czym opadł. Oboje byli zaskoczeni, spojrzeli na siebie w milczeniu, po czym Sperma wziął paznokieć, taśmę klejącą i przykleił go do palca towarzysza xD Potem wzięli fragmenty mostu i poszli na złom. Za wypłatę kupili sobie po jednej czy dwóch nalewkach, po czym fundusze się skończyły xD

Dobra, teraz moja ulubiona historia…

Rzecz niezmiennie dzieje się w czasach gimnazjum - prawdopodobnie w trzeciej klasie. Mieliśmy w klasie takiego Tymka - był nieco cofnięty w rozwoju (urodził się podduszony), ale dzięki sporym staraniom rodziców, nie poszedł do szkoły specjalnej. No więc, jak łatwo się domyślić, Tymek był popychadłem i nie miał kolegów. Był naprawdę pojebanym dzieckiem, które potrafiło grać samo ze sobą w karty na przerwie, w dodatku bez jakichkolwiek kart! Właśnie to odrzucenie ze społeczeństwa nie podobało się jego ojcu, Adolfowi. Też był nieco odchylony, ale w przeciwieństwie do syna, potrafił się też czasami zachowywać normalnie. Przynajmniej do czasu, gdy "koledzy" syna nie zaczynali psot.

Staliśmy w jednej z okolicznych klatek schodowych w kilkupiętrowych blokach (cztero czy pięcio, jakoś tak) - byłem tam ja, Sperma, Młody (kolejny Patryk z klasy xD) oraz nieco młodszy od nas Emil (kuzyn Kamila). Padało, więc nudziliśmy się i słuchaliśmy System of a Down i Linkin Park (wtedy to było brvtalne!) z telefonu (bogactwo w chuj). No i zobaczyliśmy, że idzie Adolf z psem - jakieś 100 metrów od nas. No to my oczywiście beka, i zakładamy się, kto krzyknie głośniej "Adolf, ty chuju!". No to ja jak kozak zaczynam - powiedziałem to normalnie. Emil nieco mnie przekrzyknął. Adolf się odwrócił, pogroził i poszedł dalej. Młody, będący największym koksem wziął głęboki wdech i ryknął na całe gardło. - ADOLF! TY CHUJU! Adolf odwrócił się do nas i zaczął biec w naszą stronę. No to my jak ci skończeni idioci, wbiegliśmy do klatki schodowej - i ciśniemy na górę (follow the leader mocno xD). Dobiegliśmy na ostatnie piętro i słyszymy szybkie kroki na dole. Młody wspiął się po drabince, pierdolnął raz drugi w klapę na strych, po czym się otworzyła. Wszedł i wciągnął Spermę. Emil zaczął się gramolić po drabinie, cały zapłakany. Prawdziwy szok - cały w dreszczach, idzie powoli jak żółw. - Emil, kurwa, szybciej! Adolf tu idzie! - krzyczę na niego i popycham jego tyłek ku górze. - Emil, kurwa, daj mi rękę! - Młody krzyczy do niego, ale ten nic. No to Sperma się wychylił (najwyższy był, więc i ręce miał najdłuższe) i wciągnął go do góry. Ja wskoczyłem na drabinę, dosłownie przeskakuję na górę (najzwinniejszy z paczki, he) i gdy już się cieszyłem, że jestem bezpieczny, coś szarpnęło mnie za kostkę ku dołowi. - KURWA! Sperma i Młody przytrzymali mnie za ręce i ciągną ku sobie. - Trzymaj się! Emil - klapa, kurwa! - krzyczał Młody. Emil schował się w kącie i płakał jak dziecko (poniekąd nim był) - dosłownie ryczał, pogrążony w katatonii, gdy my zmagaliśmy się z Adolfem. Gdy już prawie mnie wyciągnął ze strychu, Młody przeskoczył mnie i kopnął Adolfa w ryj, przez ten mały właz na strych. Mężczyzna zachwiał się, puścił mnie i upadł na dół. Sperma zatrzasnął klapę i usiadł na niej. Parę sekund ciszy i nagle… - JA WAS TAM KURWA ZAPIERDOLĘ! ZABIJĘ WAS! ZABIJĘ! Klapa dosłownie podskoczyła, razem ze Spermą. - Ja pierdolę, on tu zaraz wejdzie! - ryknął Sperma. - Emil, kurwa! Pomóż nam! - krzyknął Młody. Ale Emil siedział skulony w kącie i dalej ryczał. Podskoczyłem do chłopaków i stanąłem z nimi na klapie. Okazało się, że właz wyżej - na dach, jest zamknięty, więc jesteśmy w pułapce. Młody wyciągnął telefon i dzwoni do domu: - Halo, mama? - ZAJEBIĘ WAS KURWA! - Nic, daj tatę! - UKATRUPIĘ! - Tata? Przyjdź szybko, jesteśmy na strychu w klatce XX, Adolf chce nas zabić, kurwa! Klapa przestała podskakiwać. Adolf spierdolił. Wychyliliśmy się na dół i zobaczyliśmy tylko, jak gość biegnie przez trawnik z psem. Byliśmy bezpieczni.

Gdy Adolf uciekał z naszej dzielni, ojciec Młodego go zauważył i zaczął ścigać. Adolf puścił psa i sam uciekł do domu xD Pies zaginął i znalazł się miesiąc później w lesie, zdziczały. A Adolf od tej pory omijał nasz rewir szerokim łukiem.

Niedaleko miejsca mojego zamieszkania, żyła sobie rodzina kobli (potocznie ludzi upośledzonych umysłowo). Jakimś cudem, zarówno ojciec, jak i syn (czyli bohaterowie tej historii) mieli znajomych. W sumie, gdy tak pomyśleć, nie wydaje się to dziwne - w końcu niewielka była granica pomiędzy ich inteligencją, a inteligencją względnie normalnych ludzi, których szczytem marzeń jest nalewka w foliowej torebce i śmierdząca pięćdziesięcioletnia żona, której jedno dziecko mniej czy więcej nie zrobi różnicy (prezerwatywa? Co to?). No więc ojciec był z natury pojebanym człowiekiem, który przez całe życie pił, do tego stopnia, że w końcu bimber wyżarł mu mózg, a syn zdałniał (jak to ładnie określił kiedyś Sperma), kiedy pijany ojciec wylał na niego gorącą wodę/mleko. No więc znajomi synalka postanowili, że chce im się pić - oddelegowali więc go do domu, żeby zdobył fundusze na luksusowe trunki (nalewka malinowa/wiśniowa - wybór mistrzów). Ojciec był pijany i nie chciał dać synowi kasy, więc ten wrócił po kolegów i razem spuścili mu wpierdol, w jego własnym domu. Wzięli kilkadziesiąt złotych i poszli pić. Jeszcze tego samego dnia, dopadła ich ekipa starych pijaków, z pojebanym ojcem na czele, którzy w ramach rewanżu, zrobili im przekopkę. Tak było. I wszystko zostaje w rodzinie xD

Dobrze więc, cofnijmy się teraz nieco w czasie. Zamiast historii z gimnazjum, opowiem wam co nieco o soku radości.

Możliwe, że część z was wie, jak wygląda proces budowy osiedli mieszkalnych - na pustych placach, najczęściej łąkach, buduje się bloki, do których zjeżdża się elita ze wsi, przywożąc ze sobą swoje tradycje, religie i biesiadną muzykę. Najczęściej tereny skrajne, pomiędzy blokowiskami a nieużytkami, przeradzają się w śmietniska, przypominające Smoleńsk :P

Dla dziesięciolatków to prawdziwe kopalnie skarbów - dzieciaki w latach dziewięćdziesiątych po prostu uwielbiały budować szałasy z gałęzi i starych części samochodowych, kanap i meblościanek.

Pewnego razu, wędrując przez śmietnisko z Młodym, znaleźliśmy zdechłego kota, prawdopodobnie rozjechanego na drodze parę dni wcześniej. Młody był zawsze tym najniegrzeczniejszym z paczki, buntownikiem - ale jednocześnie liderem, o czym mogliście przekonać się, czytając historię o Adolfie, który próbował nas zabić. Miał to od najmłodszych lat. No więc za jego namową, przerzuciliśmy kota do znalezionej wanienki dla dzieci i dodaliśmy inne składniki - trochę liści okolicznych polnych roślin, jakiś olej/smar oraz wodę z okolicznej rzeki (właściwie to ścieku). To jednak było zbyt mało. Jeszcze tego samego dnia, wróciliśmy na to miejsce z randomowymi rzeczami z naszych domów - wziąłem jakieś skórki od bananów i jabłek, stary jogurt itp. Młody przyniósł dużo lepsze skarby - w tym przeterminowane leki (nigdy nie zapomnę jednego, o nazwie Sperma dzika). Zmieszaliśmy wszystko, wymieszaliśmy kijami i zakryliśmy wanienkę plastikową folią. Był środek lata, więc zostawiliśmy to na słońcu na parę dni (~tydzień).

Kolejnym plebejskim zwyczajem przywiezionym przez hołotę jest wypalanie łąk (co ma ponoś użyźnić glebę xD). Będąc więc pewnego razu na dworze, zobaczyliśmy dym i płomienie buchające zza pobliskiego wzgórza (gdzie był happy juice). Pobiegliśmy tam czym prędzej, rzucając wszystko, co mieliśmy. Na miejscu było już kilku strażaków, którzy rozprawili się z pożarem. Schowaliśmy się za górką i obserwowaliśmy, co zrobią. Jeden z nich ściągnął maskę i podszedł do wanienki - ją akurat ogień ominął. Nachylił się i odrzucił folię. Do końca życia nie zapomnę, jak jego twarz w ciągu sekundy pozieleniała, a on zwymiotował do wanienki, zachlapując sobie kombinezon kroplami soku szczęścia. Nigdy przedtem ani potem nie widziałem, by ktoś rzygał tak… Intensywnie. Facet był bliski zwrócenia własnych wnętrzności xD Jeden z jego towarzyszy podszedł żeby zobaczyć co się z nim dzieje i zaraz potem poszedł w jego ślady - z tym, że był na tyle mądry, by zrobić kilka kroków do tyłu, zamiast rzygać do wanny. Ekipa ratownicza przewróciła wanienkę i wróciła do wozu strażackiego. Byliśmy tak blisko wzbogacenia naszego soku przetrawionym pokarmem…

Dobrze więc, wróćmy do czasów gimnazjum. Dla większości młodych ludzi jest to okres eksperymentów i buntu - nie byłem wyjątkiem. Pewnego razu praktycznie cała nasza paczka (tj. ja, Sperma, Młody, Kamil i Patryk) zerwała się z ostatniej lekcji (to była praktycznie codzienność, gdy na dworze było ciepło). Poszliśmy do pobliskiego parku, żeby przeczekać tą godzinę (żeby nie denerwować rodziców - ile można mówić im, że lekcje skończyły się wcześniej ;D). Usiedliśmy na ławce, pośmialiśmy się i gdy już mieliśmy wracać, zaczepiło nas dwóch policjantów. Zgarnęli nas i załadowali do radiowozu (na oczach idących ze szkoły kolegów, zapakowali dwóch z nas do bagażnika xD [taka furgonetka, wiecie to była]). Zostaliśmy oskarżeni o obrabowanie pobliskiego baru (!) i wzięcie zmywarki, telewizora i jakiegoś tam dekodera. Jak się jednak okazało, włamanie miało miejsce poprzedniej nocy, a my, jako że nie mieliśmy jebanej zmywarki w plecakach, zostaliśmy tylko spisani na komisariacie za wagary. Czwórkę z nas odebrali wściekli rodzice - jedynie biedny Młody został na miejscu na przechowanie, bo akurat oboje rodzice byli w pracy i nie odbierali telefonów. Przyszli po niego koło wieczora - gdy policjanci, przekonani, że chłopak będzie musiał zostać na noc, podarowali mu tekturową piżamę. Tyle wstydu… Zwłaszcza, gdy potem wytykano nas na korytarzach palcami, mówiąc, że jesteśmy bandytami i że daliśmy się załadować do bagażnika xD

Jak zapewne pamiętacie, Tymek urodził się podduszony i z tego powodu był inny od swoich rówieśników. Za namową rodziców jednak, starał się kilkukrotnie o dołączenie do jakiejś paczki - zawsze bezskutecznie. Jako że my byliśmy tymi fajnymi, niegrzecznymi chłopakami, którzy łamią wszystkie zasady, byłoby dla niego fajnie posiadać tak "ustawionych" ziomków. Kilkukrotnie, w ciągu całego cyklu edukacji w podstawówce i gimnazjum, próbował być jednym z nas. Możliwe, że wiecie, jak to wszystko działa wśród dzieci - żeby gdzieś dołączyć, trzeba być przez jakiś czas sługusem i wykonywać dziwne zadania. Patryk wpadł na pomysł, by Tymek powąchał jakieś świeże gówno, których nie brakowało na okolicznych trawnikach (proletariatowi nie chce się chodzić na łąki, tylko wyprowadzają psy pod własnymi oknami). Ja i Młody byliśmy tym nieco zdegustowani, ale w końcu słowo się rzekło, a Tymek się zgodził wykonać tą misję. Pół godziny szukaliśmy czegoś odpowiedniego - bez skutku. W końcu Sperma się zirytował i poszedł za pobliskie drzewo. Po chwili wyszedł, podciągając spodnie (zaufajcie mi, podetrzeć nikt by się nie zdążył xD). - Tymek! Chodź tutaj! Mam dla ciebie świeżego batona! Tymek przestraszony poszedł, a my za nim. Na małej "polance" leżało świeże, brązowe gówno, nad którym zdążyło się już zebrać kilka much. - Ludzkie. - oznajmił Kamil z kamiennym wyrazem twarzy. Wyśmialliśmy go, że nie domyślił się, kto je zrobił. Tymkowi pojawiły się świeczki w oczach (zaszklone oczy, pełne łez, ale utrzymywanych wewnątrz, nie ściekających po policzkach), ale dziarsko nachylił się, opierając rękoma po obu stronach gówna. Patryk zaczął żartować, co by było, gdyby teraz skoczyć mu na plecy. Zbyliśmy go, tym razem naprawdę zniesmaczeni zachowaniami Patryka, Spermy i w końcu uległością Tymka. Chłopakowi pociekły łzy po policzkach, ale nie złamał się. Pochylał się coraz niżej, a dla równowagi, mnie i innym żołądki zaczęły podnosić się ku górze. Gdy ten zaczął brać głębokie wdech, ni stąd, ni zowąd, Patryk pojawił się z wielkim kijem, wbił go w leżące gówno i przekręcił. Świeży, nieludzki smród wypełnił powietrze, gdy akurat nieświadomy Tymek brał wdech kilkanaście centymetrów nad źródłem zapachu. Zwymiotował jak kot, wyprężając kręgosłup i nachylając się jeszcze bardziej nad kałem. Wszyscy zrobiliśmy kilka kroków do tyłu, razem z Patrykiem, który płakał ze śmiechu, dumny z siebie samego.

Kilkanaście minut później, Tymek wrócił do normy. Zapytał, czy jest już jednym z nas. Było to bodajże drugie z planowanych trzech zadań, więc nie mogliśmy się zgodzić (reguły, reguły). Tymek się rozpłakał. Na horyzoncie pojawił się Emil, któremu opowiedzieliśmy o całej sytuacji. Nieźle się uśmiał. Zaproponował, żeby Tymek wziął to gówno i rozsmarował na klamkach w przychodni zdrowia (!). Uznaliśmy, że to genialne pomysł. I choć trudno w to uwierzyć, to… Tymek się zgodził!

Chłopak wziął jakiś stary worek, napakował do niego liści żeby ochronić dłoń, po czym chwycił orzygane gówno i poszedł w kierunku przychodni zdrowia (dwie ulice dalej). Był to budynek mający dwa wejścia - osobne dla dzieci i dorosłych, po przeciwnych stronach. Nie było żadnego dodatkowego wejścia, więc łatwo się domyślić, jaki chaos chcieliśmy wywołać (niektórzy ludzie lubią patrzeć, jak świat płonie). Dla bezpieczeństwa, trzymaliśmy się kilkanaście kroków za Tymkiem - nikt z nas nie był pewien, czy coś nie strzeli mu do tego pustego łba i nie zechce w nas rzucić tym, co miał w dłoni.

Mimo wszystko, zrobił to. Rozsmarował kał na obu klamkach przychodni i nawet z przeciwnej strony ulicy widzieliśmy doskonale brązowo-beżowe grudki na gładkiej powierzchni metalu. Na koniec pozostawił po sobie ślad, odciskając na jasnej farbie drzwi (od strony dziecięcej) swoją dłoń (w worku).

Jeszcze w tym samym roku, przychodnia doczekała się ogrodzenia zamykanego na noc oraz systemu monitoringu xD Tymek, chcąc nie chcąc, został członkiem naszej paczki - na jakiś tydzień, gdy w końcu go wyrzuciliśmy, bo nie mogliśmy wytrzymać jego odchyłów (całe życie na naturalnym haju).

O ile się nie mylę, policja szukała sprawcy całego wydarzenia, ale w końcu umorzyła śledztwo.

Wróćmy do początku - czyli do Antka, Kamila i Patryka. Ta trójka, choć na pozór zawsze była wobec siebie w porządku (tylko na pozór), w rzeczywistości była przykładem prawdziwej fałszywości i obłudy.

Przekonałem się o tym (któryś raz z kolei), gdy byłem z Kamilem w odwiedzinach u Antka. Tradycyjnie było to gimnazjum, środek zimy.

Matka Antka była ogromną fanką różnych śmieciowych akcesoriów, które potem tylko zbierały kurz, leżąc bezużytecznie na meblościance. Antek miał więc w pokoju milion śmieci - wszelakiej maści obrazki, sztuczne kwiatki i w końcu figurki. Wszystko to nie przekraczało 5 zł za sztukę. Położyliśmy z Kamilem kurtki na kanapie i usiedliśmy we trzech przy komputerze. Pograliśmy w Tony'ego Hawka 3, pośmialiśmy się - i w końcu przyszła pora, żeby się pożegnać.

W drodze powrotnej, Kamil powiedział, żebym otworzył kieszeń na piersi. Zdziwiłem się, ale zrobiłem to. Pod grubym materiałem znalazłem jedną z figurek należących do Antka - był to jakiś żołnierz czy coś w ten deseń. Odlany z taniego gipsu czy czegoś takiego. Mówię mu: - Co ty odpierdalasz? - Hehe, nie podoba ci się?xD - Ja pierdolę, ej, ukradłeś mu tą figurkę i schowałeś w mojej kurtce?! - Ej nie pękaj, nic się nie stało przecież. - A nie mogłeś tego schować u siebie? - Nie mam kieszeni na piersi xD - Bierz to kurwa, trzymaj to ode mnie z daleka.Ja nic o tym nie wiem. Wziął figurkę. - Spoko, oddam mu ją przecież. Zaraz potem upuścił ją celowo na chodnik. Żołnierzykowi odpadła główka. - Hehe ale zabawa xD - Jesteś pojebany, stary.

Po południu zadzwonił do mnie Kamil i zaprosił do siebie. Nie miałem nic do roboty, więc poszedłem - choć dalej byłem na niego wściekły, że wykorzystał mnie do przemycenia tej figurki.

Zastałem go przy komputerze, gadającego przez Gadu-Gadu z Antkiem - przy czym nie ze swojego normalnego numeru. Jak się okazało, wysłał mu zdjęcie tej pokruszonej figurki z dopiskiem i żądał okupu (!) - a Antek, przestraszony, mówił, że ma jego adres i że go znajdzie. Kamil w końcu udał, że pękł - umówił się więc na spotkanie i obiecał, że przyniesie figurkę. Spotkanie miało się odbyć koło pomnika, niedaleko domu Antka następnego dnia o 16:00. Finalnie, nie odbyło się. Antek domyślił się, że to Kamil i chciał mu wpierdolić w szkole. Ale że był lizusem, nie zrobił tego, bo bał się, że dostanie uwagę xD A ja zacząłem się zastanawiać, którego z nich jest mi bardziej żal…

Możliwe, że wiecie, jak niektórzy uczą się palić papierosy. Nauczyciel daje uczniowi fajkę i każde wciągać dym - gdy to się nie sprawdza, stosuje on sztuczkę - krzyczy "mama idzie". Uczeń powinien w tym momencie wciągnąć powietrze w ataku szoku.

No więc podczas jednej z dłuższych przerw, siedzieliśmy na dworze. Młody i Sperma palili, a ja, Tymek i Patryk siedzieliśmy z boku. Młody zapytał się Tymka, czy nie chce zapalić (po pierwsze, wtedy fajki nie były towarem ekskluzywnym jak teraz, po drugie chciał się pośmiać, po trzecie wiedział, że ja i Patryk nie jaramy). O dziwo Tymek wyraził chęć. Wyczuliśmy, że może być beka, więc podeszliśmy bliżej.

Teoria nie zadziałała, więc Młody postanowił zrobić "mama idzie". - Tymek, Adolf idzie! Tymek zamiast wciągnąć dym, wypluł papierosa i upuścił go na swoją koszulkę. Przy okazji zaczął pluć przed siebie w ataku paniki. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. W tym czasie, papieros przepalił koszulkę Tymka i oparzył go w brzuch. Zapiszczał jak mała dziewczynka i zaczął podskakiwać, próbując się ugasić. Młody położył się ze śmiechu na trawie, ja też nie mogłem ustać już na nogach. W końcu Tymek odwrócił się do nas i podciągnął koszulkę. Na jego spasionym brzuchu widniała charakterystyczna "kropka" - do końca gimnazjum mieliśmy z niej bekę, gdy przebierał się na W-Fie.

Nasza wychowawczyni zobaczyła, że chłopak ma wypaloną dziurę i śmierdzi tytoniem - wezwała więc jego rodziców i miał przechlapane xD

To na razie wszystkie historie, które przychodzą mi do głowy. Prawdopodobnie opiszę potem jeszcze kilka, o ile przypomnę sobie coś zabawnego. Póki co, zostawiam was z tymi dziesięcioma opowieściami.

Ubikacje w gimnazjach to rojowiska palaczy. Te ciasne, brudne pomieszczenia, zwłaszcza w okresie zimowym, są po brzegi wypełnione uczniami – często po prostu trudno wejść do środka, a stojąc na zewnątrz, można zobaczyć białą mgiełkę unoszącą się przez szczeliny w drzwiach. I uprzedzając pytania – tak, można upalić się biernie, stojąc na zewnątrz.

Zarówno porządnym uczniom, nauczycielom, jak i woźnym, nie podobało przekształcenie łazienek w palarnie, ale nikt nie mógł z tym procederem nic zrobić (co, zamkną wszystkie łazienki w budynku?). Jednakże, mieliśmy w gimnazjum kilka starych, stetryczałych woźnych – w tym Gienię, która olewała zasady tak, jak uczniowie – często zdarzało się więc, że goniła nas po korytarzach z miotłą, gdy nanieśliśmy do środka błota. No, ale wróćmy do łazienek/palarni. Gieni bardzo przeszkadzał taki stan rzeczy, więc pewnego razu postanowiła zamknąć drzwi jednej z palarni – gdy wewnątrz będzie cała towarzyska śmietanka. Jak postanowiła, tak zrobiła. Kluczyk się przekręcił, drzwi się zamknęły. Z początku nikt z będących wewnątrz tego nie zauważył. Dopiero gdy zadzwonił dzwonek na lekcje, ktoś odkrył, że to pułapka. Gienia zawołała inną woźną i kazała jej iść po dyrektorkę – to byłaby okazja do ukarania wszystkich palących. Jeden z najbardziej agresywnych palaczy zaczął kopać w drzwi – do tego stopnia, że zrobił w nich dziurę (stara, przegniła dykta – czy trzeba mówić coś więcej?). Gieni puściły nerwy i podbiegła do zaklinowanej, wystającej nogi i zaczęła okładać ją miotłą. - Gienia, ty jebana pizdo! – krzyczała wściekle ofiara. - Ja ci dam pizdę, bandyto! (i znowu, łup, łup miotłą) W końcu chłopak wciągnął obolałą nogę do środka (zapewne z pomocą kilku innych kumpli). Palarnia się powoli wyciszała. W tym momencie, przyszła pani Ania, która otworzyła klasę i kazała wszystkim wejść. O dziwo, nikt nie ruszył się z miejsca – oglądaliśmy widowisko z otwartymi szeroko ustami, a nauczycielka fizyki przyłączyła się do nas. Po chwili, przybyła dyrektorka w asyście kilku woźnych. Gienia podeszła do drzwi i przekręciła kluczyk. Łazienka była pusta, jeśli nie liczyć kartki leżącej na ziemi. Widniał na niej wielki penis i dopisek „Gienia ty kurwo”. Pani dyrektor, woźne oraz, o dziwo, pani Ania, podeszły bliżej – wewnątrz nie było żywej duszy. Wszyscy palacze (a było ich około dwudziestu, zapewne) wyparowali z łazienki, która znajdowała się na DRUGIM piętrze.

Już podczas lekcji zauważyliśmy, że w klasie nie ma Spermy i Młodego – czyli reprezentantów klasy palącej. Po kilkunastu minutach pojawili się, ze śniegiem we włosach, przepraszając za spóźnienie. Pani Ania poprosiła, by szybko usiedli, po czym wpisała im w dzienniku spóźnienia zamiast nieobecności. Powiedziała, że są magikami.

Zgodnie z tym, co opowiedzieli Sperma i Młody, ktoś wpadł na pomysł żeby uciec przez okno – i chociaż początkowo go wyśmiano, wszyscy zmienili zdanie, gdy ten bezpiecznie znalazł się na zewnątrz (wylazł kolejno przez parapet, potem przy pomocy rynny i sąsiedniego parapetu zszedł niżej i w końcu zeskoczył na zaśnieżony trawnik). To była jedyna tak zorganizowana ucieczka w dziejach szkoły. Większość winnych złapano, ale kilku szczęśliwców uszło z życiem. Osoba, która zrobiła dziurę w drzwiach, musiała zapłacić za wstawienie nowych… Ale co ciekawe, skończyło się na zabiciu dziury nowym płatem dykty – co się stało z pieniędzmi, nie wie nikt.

Po raz kolejny wróćmy do czasów podstawówki – a ściślej mówiąc, okolic piątej i szóstej klasy. W pewnym sensie byliśmy uświadomieni, czym naprawdę jest seks – i choć nie znaliśmy uczucia rzeczywistego podniecenia i pożądania, uważaliśmy się za speców w tej dziedzinie. Dzięki nielicznym osobom posiadających komputer z dostępem do Internetu (prawdziwa elita, bo i tak nie wszyscy posiadali komputery), a właściwie tylko i wyłącznie Spermie, raz na jakiś czas przeglądaliśmy Sexplanetę i graliśmy w Larry’ego 7.

Pewnego razu, rozmawiając z Tymkiem i Kamilem, postanowiłem wkręcić tego pierwszego. Zacząłem opowiadać mu o kanale telewizyjnym, do którego mają dostęp posiadacze kablówki, o wdzięcznej nazwie Sex Shop. Puściłem Kamilowi oko – załapał o co mi chodzi. Opowiadałem o tonach pornografii emitowanej w środku nocy oraz rewelacyjnej, rysunkowej serii. Ełzebiusz i Teddy Bear, rzekłem w końcu z powagą. Oczy Tymka przypominały dwa paciorki, wlepione we mniej AK w swojego boga. Poprosił, by opowiedział mu, o czym jest owa kreskówka. - Wiesz, na razie nie oglądałem wielu odcinków – ale chodzi ogólnie o to, że trzynastoletni Ełzebiusz przeprowadza się z bratem Kajtusiem oraz samotną matką, Joasią, do nowego miasta – Prąci Wielkich, do domu w kształcie pały (potoczne określenie męskiego przyrodzenia). Seks jest tam jak sport, a kobiety muszą odsłaniać jak najwięcej ciałka. Kamil co jakiś czas przytakiwał i dodawał drobne detale, tytuły odcinków itp. - Ełzebiusz poznaje Teddy Beara, pluszowego misia, z którym okazuje się chodzić do jednej klasy. No i Teddy Bear ma chcicę – rucha wszystko, bez wyjątku. Chłopaki zaliczają różnych mieszkańców miasta, często wspólnie, wliczając w to pannę Anię Puszczalską – ich wychowawczynię (kiedy poznałem nauczycielkę fizyki w gimnazjum – też Anię, też młodą, też ponętną, nie mogłem nie powstrzymać wspomnień o jej pierwowzorze). - No i w międzyczasie rozwija się ostry romans pomiędzy Ełzebiuszem a jego matką. Lądują razem w łóżku i Ełzebiusz wali ją w kakao. – Dodał zarumieniony Kamil. - Ej, nie widziałem tego odcinka! Wielkie dzięki za zepsucie mi seansu! – Udałem zbulwersowanego. - Chłopaki – i co dalej? Co dalej? – pytał Tymek, podniecony całą historią. - No właściwie to tyle… To wszystko, co wiemy na razie.

Przez kolejnych kilka tygodni, praktycznie codziennie opowiadaliśmy Tymkowi wymyślone historie odcinków (zawsze po dwa, trwające średnio po 10-15 minut każdy), bo jakimś cudem, nie miał on niestety dostępu do kanału Sex Shop. Mimo kilku prób przeprogramowywania telewizora i ustawiania kanałów na nowo, nie udało się. Pozostały więc nasze opowieści. Spośród wszystkich tych historii, zapadło mi w pamięć tylko kilka – w tym nakrycie Ełzebiusza i mamy przez Kajtusia (na jego oczach, Ebi szczytuje, a potem leci w ślinę z Asią), odkrycie fetyszowej strony panny Puszczalskiej (zakończone ogoleniem jej głowy i spuszczeniem się na nią przez Teddy Beara), a także romans pomiędzy Anią a Asią (i drugie golenie jej odrastających już włosów). Wszystko to opisywaliśmy z Kamilem tak szczegółowo, w dodatku co chwila uzupełniając swoje wypowiedzi, że chyba sam teraz uwierzyłbym w te opowieści. Jak biedny Tymek. Po tych kilku tygodniach, Tymek zdenerwował Kamila i ten w ramach zemsty zdradził mu, że Ełzebiusz i Teddy Bear byli tylko naszą fikcją. Szkoda, wielka szkoda.

P.S. Jeśli ktoś z was zechce kiedyś zanimować Ełzebiusza i Teddy Beara, to proszę, nie zmieniajcie imion i faktów – mam do nich wielki sentyment ;)

Opowiadając wam o soku szczęścia, opisałem, czym było dla dzieci okoliczne śmietnisko. Prawdziwa kopalnia skarbów, bez dwóch zdań. Jednakże, prawdziwą atrakcją były dla nas lodówki - najrzadsze znaleziska, które za każdym razem dawały nam niewiarygodnie dużą ilość zabawy. Dlaczego? To bardzo proste – bo po odpowiednim uszczelnieniu, były zdolne do pływania (było to konieczne, bo w końcu nikt nie wyrzuca lodówki z metalowymi częściami, gdy może je sprzedać na złomie – nie?). Mieliśmy koło śmietniska ową rzekę, a kilkaset metrów dalej zbiornik wodny – i to właśnie na nim zawsze wodowaliśmy nasze śmieciowe łodzie. Nurt rzeki w pewnych miejscach był zbyt silny i narowisty – ale i tak raz spróbowaliśmy go ujarzmić. Bezskutecznie.

No więc w ciągu tych kilku spontanicznych akcji, najpierw ogałacaliśmy lodówkę ze wszystkiego, co zbędne (o ile było), silikonową pianką uszczelnialiśmy nieszczelności (Młody zawsze podkradał ją ojcu, który był zapalonym majsterkowiczem) i w końcu dodawaliśmy wiosła i jakieś stabilizatory po bokach – najczęściej puste 5 litrowe butelki przywiązane drutami.

Najgłośniejszy z naszych wypadów miał miejsce późną jesienią – prawdopodobnie w listopadzie. Byliśmy wtedy jeszcze w podstawówce. Ja, Młody, Patryk i Sperma znaleźliśmy starą lodówkę, odpowiednio ją przygotowaliśmy i zanieśliśmy nad jeziorko. Młody, jako najodważniejszy, chciał płynąć pierwszy. Wszyscy się zgodziliśmy – w końcu to on był liderem paczki. Chłopak wskoczył do lodówki i wziął od Spermy wiosło. O dziwo, łódź utrzymywała się na wodzie i nie przewracała się. Dla nas, domorosłych konstruktorów, było to wielkie osiągnięcie. Zaczęliśmy się cieszyć jak szaleni, ale Młody szybko sprowadził nas na ziemię: - Hej, może mi pomożecie? Pora na wodowanie! Uważając, żeby się nie pomoczyć (było zimno i bez tego), popchnęliśmy lodówkę, a Młody pomógł nam przy pomocy wiosła. Chwilę później sunął już po tafli zbiornika wodnego. Byliśmy dumni jak cholera – no, przynajmniej do czasu, gdy wiosło Młodego się nie zepsuło. Kawał dykty odpadł od kija, uniemożliwiając dalsze wiosłowanie. Niefortunnie, stało się to na środku jeziora.

Byliśmy przerażeni – naprawdę. Młody utknął w lodówce, bez wioseł, co gorsza nie wiał jakikolwiek wiatr, który mógłby popchnąć go do brzegu. Pierwsze, co wpadło nam do głowy, to poszukanie jakiejś liny – Sperma i ja pobiegliśmy na śmietnisko, na poszukiwania, a Patryk pilnował Młodego. Znaleźliśmy jedynie długiego, gumowego węża (gruby i strasznie ciężki, ale podczepiliśmy do niego kilka plastikowych butelek w nadziei, że dzięki nim nie zatonie). Wróciliśmy czym prędzej nad jezioro. Sperma, jak już kiedyś wspomniałem, najwyższy z nas, rzucił wężem – ale przeleciał zaledwie kilka metrów. Mniej więcej w tym samym momencie, łódka Młodego się wywróciła i momentalnie zatonęła. Patryk pływał z nas najlepiej, więc zaczął się szybko rozbierać, żeby pomóc Młodemu, ale ten jakimś cudem wypłynął na powierzchnię (przypominam, że był listopad – a więc miał na sobie grube ubrania). Płynął w naszą stronę, więc Sperma po raz drugi wyrzucił węża – tym razem zdecydowanie dalej (adrenalina zrobiła swoje). Młody uchwycił się go ostatkiem sił, po czym zniknął pod wodą. Zaczęliśmy ciągnąć węża z całych sił. Sekundy wydawały nam się długimi godzinami, ale w końcu udało nam się doholować Młodego do brzegu. Wyciągnęliśmy go i pomogliśmy mu zdjąć kurtkę. Po drodze, jak się okazało, zgubił but. Szybko przeszliśmy w stronę śmietniska, gdzie Sperma rozpalił prowizoryczne ognisko, a ja i Patryk zrobiliśmy osłonę przed wiatrem z paru kijów, prętów i szmat.

Młody oczywiście przeżył – obyło się też bez poważniejszych chorób i problemów. Co prawda śmierdział mułem, ale to raczej drobnostka. O ile się nie mylę, to był ostatni raz, gdy wodowaliśmy lodówkę. Jakieś pół roku później zbudowaliśmy tratwę, ale ta na szczęście nie zatonęła (a przynajmniej nam nic na ten temat nie wiadomo – bo po paru dniach, ktoś ją nam ukradł)

Mniej więcej pod koniec edukacji w podstawówce, lub ewentualnie na początku gimnazjum, nasza paczka postanowiła przenieść Diablo do świata rzeczywistego. Uzbroiliśmy się więc w kije (z pobliskiego lasu), przygotowaliśmy artefakty (znalezione po drodze kamyczki i różne inne śmieci), a także określiliśmy klasy postaci. Młody został barbarzyńcą, Sperma druidem, ja magiem (tia, wiem, w II była tylko czarodziejka, ale co tam), Kamil paladynem, a Emil… Chłopem (jako jedyny nie grał w Diablo, więc nie wiedział, że takiej postaci nawet tam nie ma - ale potem przemianowaliśmy go na nekromantę). Chodziliśmy więc po lesie, walcząc z iglakami i bezlitośnie mordując uschnięte drzewa.

Gdy pewnego razu zbieraliśmy się do wyjścia, czekając na Spermę, zauważyliśmy, że kontener na używaną odzież jest przewrócony. Była to pewnie sprawka okolicznych pijaków i ćpunów - ale, wydało nam się to dobrym punktem zaczepienia do zabawy. Mogliśmy dzięki temu zdobyć potrzebne kostiumy.

Do środka wszedłem ja, Młody i Emil - byliśmy najniżsi i/lub najzwinniejsi, więc nie mieliśmy problemu z pokonaniem włazu. Dla tych, którzy nie wiedzą, kontener posiada podnoszoną półkę - w normalnej pozycji dostępną od zewnątrz (przy wrzucaniu ubrań), w podniesionej otwierającą szczelinę u dołu, przez którą worki trafiają do wewnątrz. Tym sposobem, znaleźliśmy się w środku. Wybraliśmy kilka ciekawych okazów (mnie na przykład trafiła się koszula, którą zmieniłem w pelerynę, a Emilowi… Obicie na fotel [w czarno-białą panterkę] - tak, kurwa. Obicie na fotel w kontenerze czerwonego krzyża).

Zaczęliśmy zbierać się do wyjścia - ustaliliśmy, że najpierw wyjdzie Młody, potem Emil i na końcu ja (dla zabezpieczenia, wziąłem telefon Młodego - nigdy nie wiadomo, co może się stać. Pamiętajcie więc - zabezpieczajcie się, zawsze i wszędzie). Mody wszedł do "windy" i po chwili zniknął na zewnątrz. Gdy Emil miał już wyjeżdżać, Sperma powiedział, żeby siedział cicho i niczego nie robił. Jednak ten pomyślał, że Sperma chce nas zamknąć wewnątrz - więc po chwili zaczął się dobijać. Zaczął wypełzać w panice na zewnątrz - wyczołgał się, cały we łzach, spomiędzy nóg Młodego, który starał się ukryć właz własnym ciałem, wprost pod nogi własnej matki. - Chuje! Czemu nie daliście mi wyjść?! - Ryczał. - Emil?! - Mama?! Matka Emila opuściła na ziemię torby i przetarła twarz (widziałem to doskonale przez szczelinę w uchylonej nieco "windzie"). Kobieta zaniemówiła - jej syn stał przed nią, brudny, zapłakany, w obiciu na fotel zawieszonym na szyi, a za nim trzech kolegów (w tym syn jej siostry - czyli Kamil xD). Emil jeszcze bardziej się rozpłakał, matka go wyklęła i kazała wracać do domu. Powiedziała też coś do Kamila - że się na nim zawiodła, jaki to przykład daje młodszemu i takie tam.

Emil dostał szlaban na tydzień i teoretycznie, nie mógł się więcej widywać z Młodym i Spermą. Mama Emila nigdy się nie dowiedziała, że siedziałem wtedy w kontenerze i kiedy przy następnej okazji ją spotkałem, powiedziała, że chciałaby, by Emil był tak grzeczny jak ja :P

Mówi się, że zemsta jest słodka. Według mnie, zemsta raczej piecze w oczy. Dosłownie.

Po raz kolejny trafiamy do gimnazjum, a bohaterem tej opowieści jest nie kto inny jak Kamil. Należał on do osób, które miały lepkie ręce - zresztą, jak zdecydowana większość naszej klasy. Zauroczony kolorowymi zakreślaczami jednej z koleżanek (wierząca, praktykująca, lizuska, kujonka itd.), postanowił je sobie "pożyczyć". Traf jednak chciał, że kradzież wyszła na jaw, a ofiara naskarżyła na Kamila do wychowawczyni (oczywiście wspomniała, że ukradł jej połowę zawartości piórnika zamiast tych dwóch czy trzech zakreślaczy - jak to porządna "katoliczka"). No więc Kamil miał obniżone sprawowanie, wezwano do szkoły jego rodziców, miał pogadankę z pedagogiem i kilka innych nieprzyjemności.

Obmyślił jednak plan zemsty, z którym podzielił się mnie i Patrykowi podczas jednej z przerw. Jego dziadek trzymał w garażu stary gaz pieprzowy - od wielu, wielu lat. W puszce jeszcze coś było, bo kiedyś przetestował to na Emilu (xD). Postanowił, że przyniesie gaz do szkoły i go rozpyli - a potem, po cichu, podrzuci puszkę owej dziewczynie do torby (co było banalnie proste, górnej klapy nigdy nie domykała).

No więc pewnego dnia, podczas długiej przerwy, gdy na korytarzu panował największy tłok, zrobił to, co zaplanował, po czym podrzucił puszkę do torby. Oczywiście, jak to w polskiej szkole, wszystkie okna były zabite gwoździami, więc nie dało się ich otworzyć. Po paru sekundach dotarła do nas piekąca woń. Największy kujon - Czterooki (również o imieniu Patryk, jakby ktoś pytał ;D) zerwał się z miejsca i zaczął uciekać jak poparzony. Po chwili ja i stojących koło mnie parę osób również to poczuliśmy. Odeszliśmy stamtąd na drugi koniec korytarza i poczekaliśmy do dzwonka.

Wkrótce na miejsce przybyły woźne, w towarzystwie dyrektorki i kilku nauczycieli. Sprawa była na tyle poważna, że kazano wszystkim pokazać, co mają w plecakach (nie w formie niezgodnego z prawem przeszukania, tylko w akcie "dobrej woli i kooperacji"). Kamil opróżnił swój plecak, tak samo jak inni - ale kilka dziewcząt było nieobecnych (zgadnijcie, której między innymi). Po ich powrocie, poproszono je o to samo - wyobraźcie sobie, jaką minę miała ofiara tego dowcipu, gdy z uśmiechem na twarzy otworzyła torbę, w której na książkach leżała puszka z gazem.

Oczywiście próbowała się bronić i zgonić wszystko na Kamila, ale w świetle dowodów, nie mogła niczego osiągnąć. Popłakała się więc i schowała twarz w dłoniach. Sprawowanie poleciało w dół, rodzice zostali wezwani, a Kamil tego dnia wygrał swoją małą wojnę.

Nikt z nas nie spodziewał się burzy. Niebo były czyste i bezchmurne, ale w ciągu dosłownie kilku minut, całkowicie ściemniało. Zobaczyliśmy błysk, a chwilę potem nastąpił huk. Staliśmy na samym środku ogromnych połaci łąk, rozciągających się wokół jeziora (na którym wodowaliśmy lodówkę), od strony osiedli mieszkaniowych sąsiadujących ze śmietniskiem, a pośrodku przeciętych rzeką-ściekiem. Byliśmy daleko od domów - bo idąc powoli, musielibyśmy poświęcić na powrót około pół godziny, może nawet więcej. Postanowiliśmy czym prędzej wracać, ale nie było to takie proste - byliśmy po drugiej stronie dopływu głównej rzeki, a najbliższy most (czyli kilka drewnianych bel) był kilkaset metrów w przeciwnym kierunku. Z nieba zaczął lać deszcz. Rozpoczęła się wielka burza, charakterystyczna dla okresu letniego. Pierwszy skoczył Młody - bez problemu wylądował na drugim brzegu. Kolejni byli Patryk i Sperma, którzy również nie mieli problemu z przeskoczeniem nad wodą (Patryk był praktycznie tak samo wysoki jak Sperma, swoją drogą). Zostaliśmy tylko ja i Emil. Po chwili namysłu i kalkulacjach (skakać? No, trzeba. A przeskoczę? Chuj wie) poprosiłem chłopaków, by w razie czegoś mnie wciągnęli - oczywiście jak to kumple, zgodzili się i przygotowali. Wziąłem rozpęd, skoczyłem i wylądowałem na przeciwległym brzegu - choć ledwo, ledwo. Młody wciągnął mnie do góry. Został Emil. - Emil, dawaj! - Nie, boję się! - chłopak stracił głowę i zaczął panikować. - Dawaj, złapiemy cię! Po chwili namowy, Emil wziął rozpęd - ale jak to zwykle bywało w jego przypadku, strach brał górę i znacząco go spowalniał (tak samo jak podczas wspinaczki po drabinie na strych, podczas ucieczki przez Adolfem). Wybił się. Leciał. Po czym z impetem wbił w taflę wody niedaleko brzegu. Dno, czyli po prostu błoto, zaczęło zasysać go w dół, ale we czterech, wspólnymi siłami, wyciągnęliśmy go. Od pasa w dół był całkowicie mokry i brunatny (błoto…). Pobiegliśmy w stronę naszych domów, oblewani strumieniami deszczu.

Na miejscu okazało się, że Sperma ma wolną chatę - zdecydowaliśmy się więc wejść i nieco wysuszyć. Burza szalała jeszcze mocniej niż przedtem.

W mieszkaniu rozebraliśmy się do samej bielizny, a ubrania rozwiesiliśmy na suszarce w salonie (poza Emilem, którego ubłocone ciuchy wylądowały w wannie).

Zaczęliśmy w miarę normalnie - wysuszyliśmy włosy, umyliśmy ręce i twarze. Normalka. Potem Sperma odpalił Winampa i rozpoczęliśmy nasza pierwszą w życiu męską imprezę. Sami praktycznie goli faceci, wszyscy mokrzy od stóp do głów, zmarznięci. Ciszę wypełniły jakieś dźwięki odmóżdżającej techniawy, ale razem z Młodym i Emilem wymogliśmy zmianę klimatu na coś bliższego rockowi, ku niechęci Patryka. Powiedziałem do Spermy: - Sperma, zapuść The Kovenant xD Będzie fajnie. - Dobra, leci do playlisty.

Poszliśmy do salonu, gdzie w barku ojciec Spermy trzymał butelki ze spirytusem - plastikowe, oczywiście. Gospodarz wziął kilka z nich, poszedł do kuchni, wyjął garnek i zaczął ostrożnie nalewać do niego trunku, po trochu z każdej butelki. Potem wypełnił powstałe w nich braki wodą z kranu, zakręcił i wstrząsnął. - Stary się nie domyśli xD - Powiedział. Odniósł butelki, wyjął z lodówki połówkę cytryny i wcisnął ją do garnka. Potem zalał wszystko kranówą (ciepłą) i wymieszał. Voila, eliksir bogów. Sperma nie przejmował się zagrychą - bo i tak lodówkę miał praktycznie pustą. Zajrzał do zamrażalnika, w którym było… Mleko w worku i kilka bochenków chleba (ja pierdolę, mleko w zamrażalce xD). Nic dla nas.

Emil od początku nie chciał pić. Był młodszy od nas i wiedział, że w razie czegoś on odpadnie pierwszy. Ale mimo to, przemógł się, za namową Młodego. Zaczęliśmy picie. I chociaż to był nasz pierwszy raz, to muszę powiedzieć, że działaliśmy jak zawodowcy. Ja, Młody i Sperma trzymaliśmy się najlepiej, Patryka po kilku kolejkach nieco zmogło, a Emil… Zgodnie z założeniem, odpadł. Wypiliśmy kolejną kolejkę. Emil poszedł do salonu i usiadł na dywanie. - Emil! Chodź! Kolejka! - krzyknął Młody. - Nie chcę! - Emil! Pół kieliszka! - Nie chcę! - Pół kieliszka! - No dobra! Emil wszedł do kuchni, Młody nalał mu cały kieliszek. - Ale miao by pó kieliszkia. - No pij nie bądź tchórz. Wypiliśmy wszyscy. Emil otrzepał się i wrócił do salonu. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkukrotnie - za każdym razem wracał po pół kieliszka i wypijał cały.

Gdy skończyliśmy pić, postanowiliśmy posprzątać. Emil (kto wie po jakie licho) wziął swój kieliszek i stanął w miejscu. Wtem, usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi. Emil spojrzał na kieliszek i pobiegł do salonu. Przy drugim kroku potknął się o własne nogi i przewrócił. Siostra Spermy zobaczyła, jak upada, a z jego rąk wylatuje pusty kieliszek. - Kurwa mać, co tu się dzieje?! - Krzyknęła. Emil poczołgał się do salonu po kieliszek. Sperma i Młody wyszli załagodzić sytuację.

Niedługo potem wróciła matka Spermy. Nie wiedzieć czemu, stanęliśmy wszyscy w jednym szeregu, w przedpokoju, wyprostowani na baczność, w dalszym ciągu ubrani tylko w majtki. - Coście tacy czerwoniutcy? - Spytała. - Bo… Gorąco. - Wyseplenił pijany Młody. Matka Spermy tylko się zaśmiała i machnęła ręką.

W końcu rozeszliśmy się do domów. Po jakiejś godzinie, może dwóch, spotkaliśmy się ponownie, już nieco trzeźwiejsi. Zaczęliśmy śmiać się z całej sytuacji i krytykować "wódkę" Spermy. Najbardziej jednak śmiać nam się chciało z Emila, który tego dnia upił się praktycznie na umór. Wtem, spostrzegliśmy go idącego w naszym kierunku. - E chopoki pożczcie zeszyty bo musze odpisacz lekcje. - Emil, ale ty nie chodzisz do naszej klasy xD Ty nawet nie jesteś naszym rówieśnikiem. - Ale pożczcie. Oj, miał wtedy niezłą banię.

Przyszła pora na historię wieczorną, na dobranoc.

Zakończenie gimnazjum było wielkim wydarzeniem - napisaliśmy egzaminy, od tej chwili dotyczyły nas sprawy dorosłych - jak matura, prawo jazdy i możliwość legalnego nabywania alkoholu. Urządziliśmy więc pożegnalne spotkanie, na początku wakacji, na którym wszyscy obecni powiedzieli, do jakiej szkoły mają zamiar iść i co chcieliby robić w życiu (tia, szesnastolatki są pewne takich rzeczy xD). Gdy dochodziły już powoli godziny wieczorne, większość zbiorowiska się rozeszła - ostała się właściwie tylko elita. Oczywiście nie zabrakło tam mnie, Młodego i Spermy. Ponadto, były też dwie dziewczyny - Andżelika i jej najlepsza przyjaciółka Ada (bliźniacza siostra Tymka, w przeciwieństwie do niego względnie normalna, choć nieco niewyżyta seksualnie). Andżelika była skarbnikiem w trzeciej klasie i jakimś cudem posiadała nieco ponad 10 zł pozostałe z budżetu. Postanowiliśmy iść w tango.

Sperma, jako najwyższy z nas, został oddelegowany do zakupienia trunków - i choć miał wziąć piwa, finalnie wyszedł ze sklepu, dumnie dzierżąc reklamówkę z kilkoma plastikowymi butelkami wypełnionymi szkarłatną, klarowną nalewką. No, może nie tak do końca klarowną.

Pierwszym naszym stanowiskiem okazał się pobliski ogródek działkowy - zaszyliśmy się wśród krzewów (tak, że nie byliśmy widoczni z żadnej ze stron), po czym zaczęliśmy sączyć nalewki. Dla mnie, Andżeliki i Ady był to pierwszy kontakt z tego typu alkoholem - i właściwie z tego powodu wydawało nam się, że mamy do czynienia ze zwykłym soczkiem, z odrobiną prądu. Opróżnialiśmy w szalonym tempie kolejne kubki, nie wiedząc, z czym mamy do czynienia. W pewnym momencie wyprzedziliśmy nawet Młodego i Spermę, którzy uchodzili (dalej uchodzą) za speców w dziedzinie tanich alkoholi bazujących na siarce.

Poczuliśmy procenty w głowach. Ale niestety nalewki się skończyły - wyruszyliśmy po kolejne, tym razem do innego sklepu. Po raz kolejny Sperma stanął na wysokości zadania i wrócił z trzema nowymi butelkami. Jednakże, byliśmy już na tyle zmęczeni, że nie mieliśmy sił wracać do ogródków działkowych - zdecydowaliśmy się na pobliską ławkę, w cieniu starych kamienic.

Jak już zdążyłem wspomnieć, większość z nas nie wiedziała, co pije i czym skutkuje spożycie czegoś takiego. Z uśmiechami na twarzy, dziarsko opróżnialiśmy więc kolejne kubeczki, gdy wtem, w przeciągu minut, zupełnie nas zmogło. Andżelika i Ada bezwładnie opadły jedna na drugą, a ja bujałem się wkoło, mając helikopter w głowie. Wtedy rozpoczęły się chwilowe zaniki pamięci - pamiętam jedynie, jak Młody próbował nakierować mnie na pobliski trzepak, bym przytrzymał się jego rurek. Poskutkowało - jakoś się trzymałem.

Jak udało mi się dowiedzieć, niedługo potem rozdzieliliśmy się - mnie przygarnął trzeźwiejszy Młody, a dziewczęta poszły ze Spermą.

Szliśmy tak powoli, skrajem ulicy, po czym oznajmiłem: - Mody cho na łonki musze odetchnocz powietrze bo jeste piany. - Dobra chodź odetchniemy wytrzeźwiejemy xD Mniej więcej w połowie drogi, straciłem siłę w nogach i Młody musiał mnie wziąć pod ramię. Kolejna teleportacja. Tym razem staliśmy niedaleko śmietników, przy których buszował śmieciarz, który miał sklepowy wózek. - Poczekaj tu, ja zaraz wracam. - Powiedział Młody, po czym pomógł mi przytrzymać się jednego z posadzonych jakiś czas wcześniej drzewek. On sam poszedł w stronę śmieciarza. - Panie, daj pan ten wózek, bo mój kolega jest zmęczony i chcę go odprowadzić do domu. Śmieciarz wyciągnął z kieszeni nóż. - Ty wiesz kim ja jestem gnoju? Byłem mistrzem ju jitsu dwajścia lat temu. Młody podniósł ręce w pokojowym geście i odszedł. Plan się nie powiódł.

W drodze na łąki, spotkaliśmy Spermę i dziewczyny. Andżelika, która wypiła mniej od Ady, trzymała się na własnych nogach. Koleżanka spoczywała w ramionach Spermy. Teleportacja.

Szliśmy w stronę jednego z mostków, łączących dwa brzegi dopływów do głównej rzeki. Usiedliśmy.

Ada z nas wszystkich była najbardziej piana, choć mnie nie brakowało wcale wiele do jej stanu. Ciszę rozdarł dzwonek telefonu Ady. - O kurwa, to jej telefon! - Zapiszczała Andżelika. - Odbierz go! - Odpowiedział zdenerwowany Młody. Dziewczyna wyjęła telefon z kieszeni nieprzytomnej koleżanki. Młody posadził Adę na swoich kolanach, by czasem nie spadła z mostku. - Halo? - Zająknęła się Andżelika. - Z tej strony Andżelika. - Ada nie może podejść do telefonu. Oglądałyśmy do późna film i usnęła w trakcie… W tym momencie Młody zrzucił na ziemię Adę (upadła jak szmaciana lalka). - KURWA! ONA MNIE OJSZCZAŁA! Głos dobiegający z telefonu był na tyle głośny, że wszyscy go usłyszeliśmy. - Andżelika? Gdzie wy jesteście?! - Na mostku, na łąkach… - Odpowiedziała zapłakana Andżelika.

Gdy zbieraliśmy się do ucieczki, Młody początkowo chciał mnie wrzucić w pobliskie krzaki i wrócić, gdy będzie już bezpiecznie. Finalnie zwyciężyły koleżeńskie zobowiązania i Sperma zarzucił mnie sobie na ramię, jak worek ziemniaków. Potem rozpoczęliśmy ucieczkę.

Mniej więcej w tej chwili przy mostku zjawił się Adolf, tradycyjnie z psem, po czym rozpoczął pościg za nami. Teleportacja.

Dość, by powiedzieć, że chłopaki zanieśli mnie do domu. Leżąc w łóżku, zaczęło mi się ślizgać sprzęgło (zrywy wymiotne), po czym zwróciłem do podstawionego wiadra wszystko to, co wypiłem. Potem usnąłem, nieprzytomnym snem.

Następnego dnia odwiedzili mnie Sperma i Młody. Dowiedziałem się, że gdy Adolf pierwszy raz podszedł na mostku do córki tego wieczora (w pozycji siedzącej, podtrzymywanej przez Andżelę), to uderzył ją tak mocno, że obie upadły na ziemię. Ada trafiła tej nocy do szpitala na płukanie żołądka i do końca wakacji była całkowicie uziemiona w domu.

Co do mnie, to przez następnych kilka lat nie mogłem jeść/pić niczego, co miało smak malin albo wiśni. Nawet słodyczy. W żadnym wypadku nie jestem też w stanie pić win, wszelkiej maści, nawet tych z wyższej półki - bo od razu mam mdłości.

Dzisiaj rozpocznijmy dzień o historii nieco krótszej. Wszystko rozgrywało się jeszcze w te same wakacje, wieńczące okres gimnazjum. Kolejni ludzie zaczęli wyjeżdżać, więc okolica jeszcze w ciągu pierwszego tygodnia lipca praktycznie opustoszała.

Zgadałem się jakoś z Młodym i zdecydowaliśmy iść na piwo, pogadać. Było to raczej wyjątkowe wydarzenie, bo z reguły nie robiliśmy sobie takich męskich wypadów. Po drodze spotkaliśmy jednego z naszych wspólnych znajomych - nieco starszego od nas Algiera. Był to jeden z owych młodych ludzi, gustujących w tanich trunkach, w dużych ilościach - przewyższających nawet zapotrzebowanie Spermy i Młodego (możliwe, że razem wziętych). Plan wypicia jednego Lecha na głowę szybko spalił na panewce - po zliczeniu funduszy bowiem, okazało się, że możemy pozwolić sobie na zakup praktycznie całej zgrzewki biedronkowego piwa Keniger. Z początku protestowałem, bo doskonale wiedziałem, że Kenigerowi do miana piwa wiele brakuje - ale ostatecznie uległem, przegłosowany.

Zaszyliśmy się ze zgrzewką na tym samym ogródku działkowym, na którym zaczynaliśmy pić nalewki jakiś czas wcześniej. Wziąłem jedną puszkę, otworzyłem ją i poczekałem na chłopaków. Ci jednak nie wzięli kolejnych. Zamiast tego, Algier uśmiechnął się szeroko i pobiegł w stronę przydrożnych krzaków, z których wyciągnął starą reklamówkę. Z niej wyjął kolejną, czystą, a z niej znowu dziwny przedmiot - gumową rurkę zwieńczoną z jednej strony lejkiem. Wąż był wykonany z przezroczystej gumy i miał średnicę nieco ponad 2 metrów. - Dawaj, lej piwo, tylko uważaj żeby nie narobić piany, bo będziesz ją pił. Spojrzałem zdziwiony na Młodego. - No, nie bój nic, lej jest zajebisty xD - No ale co mam robić - Zapytałem zaskoczony. - Co to, chrzest bojowy? Nie piłeś nigdy z leja? - Teraz zapytał Algier. - No… W sumie to nie. - Dobra. No to kucnij. Kucnąłem. Potem kolejno poinstruowany, zatkałem kciukiem jeden z końców węża i zacząłem wlewać ostrożnie bursztynowy, pieniący się trunek do lejka. Bardzo szybko rurka napełniła się praktycznie całkowicie (wszystko było idealnie wyliczone, żeby w żadnym wypadku nic się nie przelało) i byłem gotów do drogi. Algier wstał, trzymając nad głową lej, a ja wygodnie rozsiadłem się na miękkiej trawie. Chwila prawdy - pomyślałem i podniosłem ciężki wężyk do ust. Przytrzymałem go zębami, a potem zwolniłem uścisk. W ciągu sekundy piwo znalazło się w moim żołądku. - Nie no kurwa profeska stary, przyjąłeś tego brona na klatę jak zawodowiec xD Otrząsnąłem się z szoku i zdałem sobie sprawę, że wypiłem pół litra w przeciągu krótkiej chwili. Teraz puszkę wziął Młody.

Gdy dochodziliśmy do końca, a w zgrzewce zostały trzy ostatnie puszki, zjawił się Sperma. - Co to, melanżujecie beze mnie? Wszyscy trzej mieliśmy już dobry humor i siedzieliśmy z półprzymkniętymi oczyma. - No, ojebaliśmy zgrzewę pian z leja. - Odparł poważnie Algier. - Kurwa, i tak beze mnie. Macie jakąś kasę? - Nie, wszystko wydaliśmy na to. - Tutaj Młody wskazał głową niemały stosik puszek, zazwyczaj gniecionych na jego czole po wlaniu zawartości do leja. - Kapa trochę. Ale wracam od babci, dała mi dwie dychy, żebym sobie kupił jakieś słodycze xD

Kilka minut później, Sperma wrócił z nowym zestawem - nie była to cała zgrzewka, ale i tak całość robiła niemałe wrażenie. Podał nam po dwie puszki i sam zaczął zgrabnie nalewać sobie zawartość jednej.

Przy ostatnim, dziesiątym bodajże piwie, byłem już wypełniony po brzegi - mimo dwukrotnej wizyty w pobliskich gąszczach, nie poczułem różnicy (choć strumienie moczu zdawały się nie mieć końca). - Ostatnie. Jesteś gotowy? - … Nie. - Odbąknąłem. Drżącą już ręką zacząłem nalewać sobie powoli piwo, choć wytwarzałem przy tym sporo piany - przed czym tak bardzo ostrzegał mnie Algier. Kolega wstał, dzierżąc w dłoniach lej. Z ostrym helikopterem w głowie i przymroczonymi oczyma podniosłem rurkę. W trakcie wykonywania ruchu, na chwilkę zwolniłem ucisk kciuka - wylało się troszeczkę piwa, a u góry leja powstała nowa piana. - Łooo stary, tera to masz kape ja chuj. - Wybąkał. - Nie bój nic… Panuję nad sytuacją. Kucnąłem, włożyłem gumę do ust i zwolniłem ucisk dłoni. Część piwa wpadła mi do "złej dziurki", co wywołało atak kaszlu i wymiotne zrywy po zakończeniu procesu picia. Beknąłem mokro (charakterystyczny dźwięk, podobny jak podczas płukania ust, tylko dobywający się od żołądka) i chwiejnym krokiem podszedłem do siedzącego na bani Młodego. - Sprzęgło ci szarpie? - Zapytał. - Spoko moko, wszystko pod kontrolą.

Algier należał do osób, które po wypiciu, stawały się agresywne - gdy więc zabrakło nam piw, zaczął bawić się lejem, uderzając nim o trawę. - Algier kurwa zostaw to bo rozjebiesz! - Uniósł się Młody. - Zaraz wracam. - Powiedziałem i odszedłem kilka kroków, by się wysikać. Algier wstał i ni stąd, ni zowąd, uderzył mnie z rozmachem gumowym wężem, w wewnętrzną stronę kolana. Nawet tego nie poczułem. W tym czasie Młody odebrał Algierowi węża i spakował go do reklamówki. Zapiąłem rozporek i zobaczyłem, jak wygląda moja noga. Odsłoniętą skórę przecinał czerwony pas. - Hehe Algier za co xD - Ja nie wiem. Kusiłeś kurwa, kusiłeś.

Nie polecam picia tanich piw z leja - na drugi dzień ma się tak ogromnego kaca, że słowa po prostu tego nie opiszą. Najpotworniejszymi objawami są ciągłe dreszcze i oczywiście doskonale znana kac kupa - czyli w tym przypadku, praktycznie sama brązowa woda ze "skwarkami", jak to stwierdził kiedyś Sperma. Picie z leja ma też swoje zalety - na ten przykład, nikt z nas nie poczuł tego wieczora paskudnego smaku Kenigerów (nie polecam ich smakowania). Ogólnie, z tego co opowiedział mi tego popołudnia Algier, unikajcie piw, których puszki NIE SĄ wykonane z aluminium.

Kolejna opowieść co prawda zahacza o tematykę alkoholową, ale to już chyba ostatnie moje wspomnienie z nimi związane.

Wczoraj mieliście okazję poznać jedno z moich mniej przyjemnych wspomnień – związane z wagarami i policją. Zdarzyła się jednak w mojej szkolnej karierze eskapada, na której myśl na mojej twarzy wykwita nawet dzisiaj uśmiech. I co ciekawe, tego dnia, gdy zerwaliśmy się z lekcji, był z nami nie kto inny, jak Tymek!

Zbliżało się zakończenie gimnazjum – była to trzecia klasa, niedługo przed egzaminami. W szkole dosłownie nikt nie myślał już o nauce – liczyło się tylko wczesnoletnie słońce i zielona trawa za oknami. Kamil i Patryk, najlepsi kumple, wpadli więc na pomysł zorganizowania małych wagarów. Wybrali miejsce (zalew, względnie niedaleko od miejsca naszego zamieszkania), zamiast książek spakowali kąpielówki i materace i wyszli z domów. Chodząc do szkoły, zawsze spotykaliśmy się z jednym miejscu – na skrzyżowaniu dwóch ulic, na skraju naszego „rewiru”. Stałem tam ze Spermą, planując zerwanie się z ostatniej lekcji czy dwóch, gdy podeszli do nas Kamil i Patryk. Chcąc nie chcąc, wygadali się nam – i tak więc postanowiliśmy jechać razem z nimi. Kto by się przejmował brakiem kąpielówek, biletów autobusowych i pieniędzy?

W drodze na przystanek spotkaliśmy Tymka. Wychodził zadowolony ze sklepu, z lodem w ręku. - Siema, Tymek. Idziesz na waje? – Zagadnął Sperma. Kamil szturchnął go w ramię, niezadowolony z pomysłu, ale kolega nie zmienił zdania. - No wiecie… Eee… Dzisiaj jest majma. Nie mogę. - No chodź, fajnie będzie. I tak niczego nie robimy już na lekcjach. Nawet obecność nie będzie sprawdzana pewnie xD - Yyy… No… Dobra. Tymek połknął haczyk Spermy. - Ty, Tymek. A ty masz jakąś pęgę (hajs)? - No mam. Dostałem pięć dych na urodziny, a co? - A pożyczyłbyś nam parę zeta na piwo? - Ale oddacie? - No oddamy, jutro xD - No dobra.

Tymek nie mógł przypuszczać, że Sperma wyjdzie ze sklepu z dziesięcioma piwami, po dwa na głowę. Wybrał Lechy – czyli browar zaufany i sprawdzony, a przy tym niespecjalnie drogi. Chłopakowi zaszkliły się oczy. - Ale to za dużo… - Sponio Tymek, jutro ci za to oddamy. A teraz jedziemy, zanim jakieś psy nas zgarną.

Starym autobusem marki Ikarus, dojechaliśmy nad zalew. W linii prostej był całkiem blisko naszego miejsca zamieszkania, ale dojazd był nieco kłopotliwy i żeby trafić na miejsce, trzeba było nadrobić trochę drogi. Przez 9:00 rano byliśmy na miejscu. Jak się okazało, Tymek jako jedyny nigdy nie był w tej okolicy, więc był po prostu oczarowany żaglówkami sunącymi po błyszczącej tafli wody, odległymi domkami turystycznymi oraz krajobrazem niekończącego się lasu. Żeby nie rzucać się w oczy, Patryk zaproponował, żebyśmy wynajęli rower wodny i wypłynęli na środek zalewu – tam nikt nie przyczepi się do nas o wagary. I w sumie pomysł był jak najbardziej trafiony – Tymek po raz kolejny zgodził się pokryć koszta, przyparty do muru przez resztę.

Jakoś specjalnie nikomu nie paliło się do pedałowania, więc postanowiliśmy zmieniać się co kilka minut, przynajmniej do czasu, gdy nie dopłyniemy na środek zbiornika wodnego. Będąc na miejscu, Sperma otworzył butelki z piwem (na szczęście wciąż chłodne, schowane bezpiecznie w plecaku i owinięte ręcznikami kąpielowymi) i podał je wszystkim obecnym. W pełnym słońcu, wypiliśmy zdrowie, czując się jak prawdziwi zwycięzcy. Piwo zadziałało błyskawicznie – zanim dokończyłem pierwszą butelkę. Poczułem się zrelaksowany i zadowolony – błogie upojenie. Nie inaczej było z resztą, która nieco przymknęła oczy i rozkoszowała się chwilą. Jedynie Tymek zupełnie odpłynął i mówił po nosem coś o tym, że jesteśmy jak husarze na ziemiach wroga, po wygranej walce. Niespecjalnie spodobało się to Spermie. Wstał i popchnął Tymka tak, że ten wpadł do wody. - Aaaa! Topię się! Topię! Ratunku! Ja i Patryk, siedzący po jego stronie pomogliśmy mu wejść na pokład. - Za co?! – Wrzeszczał przerażony. - Ktoś musiał wypaść xD

Tymek postanowił pedałować – bał się, że Sperma po raz kolejny zaatakuje go na wyżej położonym pokładzie, z którego łatwiej wypaść. Jednak, jak zwierzył mi się Sperma, nie miał zamiaru go już nękać – w końcu postawił nam piwa i wypożyczył rowerek wodny. Sperma pokazał mnie i Patrykowi, byśmy niczego nie mówili. Chłopak wstał i zbliżył się do pedałującego Kamila. Potem opuścił majtki i zaczął sikać na jego głowę. Wybuchliśmy śmiechem, a na przeciwległym brzegu kilka młodych dziewcząt w bikini zaczęło wskazywać Spermę palcami. - Kurwa! – Ryknął Kamil. Odwrócił się do Spermy, próbując osłonić twarz ręką i jednocześnie odepchnąć sikającego oponenta. Krople żółtego płynu trafiły w śmiejącego się dotąd Tymka – w ataku paniki jego stopy ześlizgnęły się z drewnianych pedałów i zostały nimi przygniecione (bowiem obok Kamil parł swoimi nogami do przodu). Tymek zawył jak świnia, wywołując u nas jeszcze większą salwę śmiechu. Sperma skończył oddawać mocz, odwrócił się do Kamila i pokazał mu odsłonięte pośladki. - Kitramy się, kurwa! – Krzyknął wesoło, po czym wskoczył do wody. Wściekły Kamil zrobił to samo. Sperma był jednak sprytniejszy – gdy Kamil szukał go za rowerem wodnym, ten przepłynął pod wodą do przodu, gdzie wszedł na pokład i zajął miejsce za pedałami. Tymek płakał na siedzeniu obok, rozmasowując swoje obolałe piszczele i stopy. Nim Kamil się zorientował, Sperma zaczął pedałować – rower wodny ruszył do przodu. - Ja pierdolę, dziecko Bulbazaura! – Wołał do nas przez łzy radości.

Nim dopłynęliśmy do brzegu, nieco wytrzeźwieliśmy, a atmosfera na pokładzie się załagodziła. Poszliśmy na plażę, gdzie w odosobnionym (ale nasłonecznionym) miejscu rozpoczęliśmy picie pozostałych pięciu piw. Kamil w tym czasie dmuchał swój mały, różowy materac. Po raz kolejny, poczuliśmy procenty uderzające do głowy – zaczęliśmy śmiać się i żartować. Tymek poszedł się wysikać w pobliskie zarośla. Kamil, zdecydowanie bardziej pijany od nas (ale nie tak jak Tymek), postanowił schować się pod materacem (tak, na równej powierzchni piasku…). Tymek wrócił. - A gdzie Kamil? - Chyba poszedł nurkować. – Zażartował Patryk. Tymek podszedł do linii wody i zaczął wypatrywać kolegi. Jednakże, po minucie niczego nie zauważył. Odwrócił się do nas. - Ale tu jest jego materac (w tym momencie Kamil robił wszystko, żeby nie wybuchnąć śmiechem spod materaca) – a co, jeśli utonął?! Kamil?! Kamil! Chłopak zaczął biegać po plaży, zataczając się i potykając na każdym kroku. Ku naszemu przerażeniu, podbiegł do atrakcyjnych rówieśniczek, siedzących kilkadziesiąt metrów dalej, w cieniu drzew. - Widziałyście Kamila?! Zniknął! Utonął! Wszystkie dziewczęta również zaczęły się śmiać, tym razem z politowaniem. Odwróciły głowy w nasze strony i wesoło pomachały do Kamila. Odmachał im spod materaca, choć Tymek tego nie zobaczył.

Gdy ponownie nieco wytrzeźwieliśmy, a zegary wybiły południe, spotkaliśmy dwóch znajomych ze szkoły – młodszych o rok od nas Włochatego i Ping Ponga. Obaj również byli na wagarach, choć w przeciwieństwie do nas, zamiast piw, zaopatrzyli się w kilka gramów marihuany czy tam szałwii. Ich oczy przypominały królicze – całe czerwone, przekrwione i wpatrzone w nas niewidzącym wzrokiem. Włochaty odszedł na chwilę na bok i spalił skręta. Wrócił pozieleniały na twarzy. - Ej chłopaki… - Tutaj spojrzał na jezioro i wskazał palcem mniej więcej jego środek. – Tam jest statek widmo… Tymek zaśmiał się, a zaraz za nim i my. Jedynie Ping Pong wpatrywał się bezmyślnie we wskazany punkt. - Włochaty… Ale ja go nie widzę… - Odparł powoli, ale z wyrazem powagi, mieszającej się ze strachem na twarzy. Naćpany kolega odwrócił się do niego, zbliżył i odparł: - Bo to jest statek widmo…

Tymkowi nigdy nie oddaliśmy pieniędzy xD

W szkołach wiele osób ma do czynienia z kontrabandą. Tyczy się to papierosów, czasami alkoholi, ale chyba towarem budzącym największe emocje są gazety pokroju Playboya. Sperma podbiegł do mnie na korytarzu, gdy byliśmy w drugiej klasie – roześmiany od ucha do ucha. - Chodź, szybko, zobaczysz coś śmiesznego xD Nie mając nic lepszego do roboty, pobiegłem za nim. Wyszliśmy z budynku szkoły, za jedną z pobliskich szop, gdzie w cieplejsze dni (a właściwie wtedy, gdy drzwi szkoły były otwarte), uczniowie palili. Kilkanaście chłopaków stało zebranych wokół jednego czasopisma – jedni z wyrazem absolutnego obrzydzenia na twarzy, inni śmiejący się do rozpuku jak Sperma. Przywitał mnie Młody: - Stary, weź zczaj to pisemko! Podszedłem bliżej – okazało się, że jest podstarzałe, nieco podniszczone piśmidło skierowane do gejów. Nie miało okładki, a część stron była nieco nadtargana, ale wszystko doskonale było widać. Nadzy modele, zdjęcia przedstawiające stosunek oralny… Zacząłem śmiać się razem z pozostałymi, przeglądając kolejne strony. Naprawdę, mieliśmy w grupie niezły ubaw. Będąc mniej więcej w połowie lektury, zadzwonił dzwonek. Zostało jedynie parę osób – w tym ja, Młody, Sperma i dwóch chłopaków z równoległych klas. Nie spieszyło nam się specjalnie – po pierwsze, miała być geografia, po drugie, i tak nauczycielka tego przedmiotu zawsze się spóźniała. Sperma dopalił swojego szluga i zgasił kiepa na ścianie szopy. Młody również powoli kończył. Chłopaki z innej klasy pożegnali się grzecznie i zadowoleni odeszli w stronę budynku szkoły, dyskutując o czasopiśmie. - Kogo to jest? – Zapytałem. - Chuj wi. Teraz już nasze xD – Odparł Sperma i schował łup do plecaka.

Musicie wiedzieć, że Kamil i Sperma w tym okresie prowadzili wojnę z jednym z klasowych kujonów – Michałkiem. Był to chłopak rosły, wręcz nieco gruby, ale był popychadłem klasowym na równi z Tymkiem (też z nadwagą, swoją drogą). Michałek był uważany za geja – zachowywał się bowiem nie do końca normalnie, jak na standardy gimnazjalne. Wśród chłopaków nie miał żadnych znajomych, więc zadawał się głównie z dziewczętami – które i tak często utrzymywały go na dystans. Ponadto, nigdy nie przeklinał, no i oczywiście przy każdej okazji skarżył nauczycielom i sprawiał wrażenie przemądrzałego, wszystkowiedzącego. Jeszcze w podstawówce przylgnęła do niego łatka „pedała”.

Tego dnia, Michałek naskarżył na geografii na swoich zaciekłych wrogów (Sperma i Kamil, oczywiście), którzy śmiali się ze znalezionego czasopisma w ostatniej ławce. Oboje zostali poproszeni do odpowiedzi i oboje dostali jedynki. Kamil, mając na swoim koncie aferę z gazem obronnym podłożonym koleżance, obmyślił plan zemsty.

Ojciec Michałka wracał do domu z pracy 21:00, co było dla nas doskonałym punktem zaczepienia – na dworze było jeszcze wciąż ciepło, więc rodzice raczej nie przejmowali się naszymi późnymi powrotami (w granicach rozsądku, oczywiście). Ja, Sperma i Kamil powiedzieliśmy więc w domu, że zostaniemy na dworze trochę dłużej, bo chcemy pobawić się w chowanego. Każdy z nas przygotował potrzebne materiały – Sperma wziął swoją gazetkę i taśmę klejącą, Kamil przerobił kilka rolek papieru toaletowego na małe kulki, a ja pobiegłem na jeden z pobliskich ogródków działkowych „pożyczyć” nieco folii używanej podczas remontów (tutaj budowie altanki). Tak przygotowani, zaszyliśmy się w ukryciu niedaleko domu Michałka i czekaliśmy na powrót ojca. Sperma zaczął sklejać ze sobą strony czasopisma tworząc wielki arkusz. Na jednej, czystej kartce wyrwanej z zeszytu, napisał markerem „Michałek ty jebany pedale”. Trafiła na sam środek porno-układanki.

Ojciec wrócił zgodnie z planem, już długo po zmroku. Ulicę dalej dzieci bawiły się w chowanego – i my teoretycznie też tam byliśmy. Poczekaliśmy jeszcze chwilę, gdy wszystkie światła po naszej stronie domu zgasły, ruszyliśmy do akcji. Sperma zaczął przyklejać układankę do framugi drzwi, a Kamil powoli wsypywał za nią papierowe kulki. Będąc już na samej górze, Sperma stanął na palcach i wsypał tyle kulek, ile zdołał. Zostało nam jeszcze trochę, więc Kamil schował worek pod bluzę (do niczego jednak się już nam nie przydały). Ostatnim etapem była zdobyta przeze mnie folia – miała zabezpieczyć gazety przed wiatrem oraz gapiami, którzy mogliby zwęszyć naszą pułapkę i ostrzec domowników. Zadowoleni z siebie, uciekliśmy.

Następnego dnia specjalnie wyszliśmy do szkoły kwadrans wcześniej, bo Michałek wychodził z domu wcześniej – by po drodze nie spotkać żadnych „kolegów”. Pobiegliśmy na miejsce i schowaliśmy się za rogiem, skąd mieliśmy doskonały widok O dziwo, folia wciąż trzymała się na swoim miejscu – noc była bezwietrzna i spokojna. Czekaliśmy kilka minut, gdy poranną ciszę rozdarł wrzask, a właściwie dziewczęcy pisk. Naszą papierowo-foliową ścianę rozdarł rozwścieczony Michałek, ze swoim dziecięcym tornistrem na plecach i czerwoną, zapłakaną twarzą. - Kto tu jest?! Dzwonię na policję! Michałek zaczął tupać nogą i szlochać. Zaraz potem rozejrzał się wokoło i zaczął mieść w rękach gazetę. Od tej pory, choć nigdy nie odkrył, kto był sprawcą tego żartu, trzymał się w cieniu klasy i ograniczył skarżenie (poza sytuacjami, w których ktoś rzeczywiście mu dokuczał). Klasa dowiedziała się o całej sprawie (wychowawczyni też, ale jednak nic nie mogła zrobić, bo nikogo nie złapano za rękę) od samego Michałka, ale w swojej wersji pominął kwestię gejowskiego porno. Druga wojna została wygrana.

Spośród wszystkich opisanych historii, ta rozgrywa się bez wątpienia najwcześniej – bo aż w trzeciej klasie podstawówki. Nasza paczka nie była jeszcze wtedy w pełni uformowana, ale darzyliśmy (albo i nie darzyliśmy, co się tyczy kilku specjalnych osób) się wzajemnym… Może nie zaufaniem, ale wiedzieliśmy, że jesteśmy równi i możemy na sobie polegać w sytuacjach kryzysowych. Będąc na zielonej szkole, mieszkaliśmy w dwuosobowych pokojach, każdy z łazienką (luksusy!). I jeśli chcecie wiedzieć, to ja, Kamil, Młody i Patryk trafiliśmy do zupełnie oddzielnych mieszkanek. Ale my jesteśmy w tej historii jedynie postaciami epizodycznymi – obchodzić nas będą jedynie Sperma i Tymek, którzy jakimś cudem, zostali przydzieleni razem.

Już od pierwszych dni pobytu w ośrodku, Tymkowi było ciężko. Musiał kolejno rozpakować rzeczy współlokatora, później włożyć wszystkie ubrania do szafy, a gdy przychodził czas jakiejś wycieczki, nosił jego plecak. Robił za przysłowiowego Rumuna, mówiąc krótko. Prawdopodobnie jeszcze pierwszego tygodnia, Sperma obmyślił więc plan wykorzystania Tymka do zarobienia paru złotych (nie mógł od niego „pożyczyć”, bo Tymek był już spłukany. Kupił kilka drobnych pamiątek rodzicom, a resztę kasy przejebał na automatach do gry). Koncepcja była prosta: Tymek kładzie się na łóżku, przykrywa kołdrą, a klienci płacą za skakanie po nim (10 gr za dwa skoki). Potem dzielą się łupem. Interes życia.

Wierzcie lub nie, ale w przeciągu godziny, cały korytarz na naszym piętrze wypełnił się kolejką dzieci – z naszej i równoległej klasy. Byli tam wszyscy – chłopaki, dziewczyny, kujony, łobuzy. Przy drzwiach do swojego pokoju stał Sperma, ubrany w zapiętą pod szyję koszulę, pobierając opłaty i wpuszczając klientelę do środka. Tymek zaś leżał na łóżku pod oknem, w pozycji żółwik, starając się przeżyć. I tutaj wcale nie przesadzam – takich skoków, ciosów kolanami i łokciami nie powstydziliby się zawodowi wrestlerzy.

Po jakimś czasie, w pokoju Spermy i Tymka zjawił się kilkuletni Marcin, syn wychowawczyni jednej z równoległych klas, zabrany na doczepkę, żeby zwiedził trochę świata. Nie miał kasy, więc Sperma go zbył. Kilka minut później interes się zakończył – do pokoju wpadła wychowawczyni naszej klasy oraz matka Marcina, obie przerażone i wściekłe. Tymek ostatni raz jęknął, gdy jeden z klientów wylądował na nim z impetem. Jak się okazało, Marcin pobiegł do mamy, gdy został wyproszony przez Spermę, by dała mu 10 groszy. Na pytanie „po co ci pieniądze?” odpowiedział: „żeby poskakać po Tymku xD”.

Co tu dużo mówić – mieliśmy przechlapane. Wszyscy lokatorzy piętra zostali wyproszeni przed swoje pokoje, stanęli w dwóch rzędach, po obu stronach korytarza, a krok w przód mieli zrobić ci, którzy nie brali udziału w tym „godnym pożałowania precedensie”. Zapanowała chwila ciszy, po czym wystąpiło dosłownie kilka osób – nie więcej niż 5-10. Oczywiście, większość stanowiły „grzeczne” dziewczęta, pod dowództwem córki wychowawczyni równoległej klasy (nie tej, której matka Marcina). Wszyscy zostali wygwizdani i powitani tupotem nóg – zupełnie jak w więzieniu.

Bilans zabawy: - Tymek był posiniaczony od stóp do głów, miał rozciętą wargę, czoło oraz rozbity nos. - Wszyscy niegrzeczni (99% zielonej szkoły) miało zakaz odwiedzania hotelowej dyskoteki przez parę dni. - Ci, którzy wyłamali się z szeregu, zostali ukarani bardzo szybko. - Sperma zarobił około dwudziestu złotych. Tymek nie dostał swojej działki xD

Na razie nie mogę przypomnieć sobie żadnych dłuższych historii, niestety. W razie czegoś mam jeszcze sporo anegdot w głowie, więc nie jest najgorzej. Postaram się jeszcze zrekonstruować jakieś dłuższe wydarzenia, ale nie wiem, czy będzie to materiał na odpowiednim poziomie.

Podczas jednego z upalnych, letnich popołudni, znaleźliśmy worek po brzegi wypełniony przegniłymi ziemniakami. Sperma i Emil, lubiący szeroko rozumiany bród i smród, od razu zainteresowali się skarbem. W końcu postanowiliśmy zrobić przelotówkę przez pobliskie osiedle i spróbować wrzucić ziemniaki przez otwarte na parterze okna. Było śmiesznie – w pogoń za nami rzuciła się jedna z lokatorek, mająca na oko osiemdziesiąt lat, której rzekomo ziemniak zniszczył zabytkowy obraz wiszący w salonie xD Uciekliśmy, ale wciąż to nie było to – postanowiliśmy wrócić na nasz teren i iść po Kamila, który przy okazji miał oddać Emilowi jakąś kasetę magnetofonową.

Drzwi otworzyła mama Kamila – Milena. Sperma schował reklamówkę z ziemniakami za plecami. - Cześć ciocia, jest Kamil? – Zapytał Emil. Ja i Sperma ukłoniliśmy się grzecznie i kątem oka zauważyliśmy, że w swoim pokoju, za uchylonymi drzwiami, Kamil gra na komputerze. - Niestety, Kamila nie ma. Może coś przekazać? Sperma spojrzał na mnie z powątpiewaniem w oczach. Znałem to spojrzenie – „kurwa, stary, serio?”.

- Chuj nie kuzyn, kurwa! – Oburzył się Emil, gdy usiedliśmy na jednej z ławek. - Ale ogarniasz? Siedział i napierdalał w Max Payne’a (bez odmiany imienia), a starej kazał powiedzieć, że go nie ma xD – Kontynuował Sperma. - Jak następnym razem zobaczę Milenę, to zerżnę ją w kapę. Dobra ciocia. - Kurwa, Emil xD Ty zboku pierdolony, tylko bladzie (potocznie blade, nieopalone pośladki) ci we łbie xD – Odparował Sperma, po czym rzucił ziemniakiem w gołębia, który wylądował na przeciwległej ławce. - Ej, chyba mam pomysł. – Powiedziałem. – Kamil ostro się ścipił (potocznie stchórzył, oszukał, wymigał się), ale ciekawe co zrobi, jak przyjdzie po niego Patryk. - No, bo to kurwa te, pedały są xD – Ucieszył się Emil. Poszliśmy po Patryka.

Tym razem wszystko poszło gładko – zastaliśmy Patryka, wyszedł razem z nami i od razu ruszyliśmy do Kamila. Zaplanowaliśmy, że Patryk spróbuje wyciągnąć go na zewnątrz, a gdy odejdziemy nieco od jego domu, obrzucamy go zgniłymi ziemniakami. Każdy wziął kilka „bomb”, po czym schowaliśmy się za stojącymi na parkingu samochodami. Gdy Patryk podchodził do drzwi domu Kamila i już miał pukać, wyszła z niego Milena. - Dzień dobry pani. Jest Kamil? - Tak, proszę, wejdź – Kamil jest u siebie. Ja wrócę za godzinkę. Podbiegliśmy bliżej, przygotowani do ataku. Po chwili Patryk i Kamil wyszli z domu. Poczekaliśmy, aż zamknie drzwi (żeby nie mógł uciec)… I się zaczęło. Zgniłe ziemniaki trafiały wszędzie – bezlitośnie pozostawiając plamy na krótkich spodenkach i koszulce Kamila. Patryk uciekł w popłochu, udając, że nie wie, co się dzieje. Nasz cel przeskoczył przez płot do sąsiadów i uciekł, ścigany przez pojedyncze ziemniaki.

Doskonale wiedzieliśmy, że Kamil wróci do domu prędzej czy później. Za nic nie pozwoli, by matka zobaczyła go w takim stanie, bo wyrwie mu nogi z dupy. I rzeczywiście, nim minął kwadrans, zobaczyliśmy wyłaniającą się zza rogu głowę, a zaraz potem resztę ciała. Chłopak był brudny i rozczochrany, a jego ubranie łatały żółtozielone plamy. Siedząc w ukryciu, zaczęliśmy cicho chichotać. Kamil podbiegł do drzwi, rozejrzał się, czy przypadkiem nikogo za nim nie ma (byliśmy, ale ukryci za żywopłotem), po czym szybko wszedł do środka. Tym razem postanowiliśmy udawać, że jesteśmy bezbronni i chcemy po prostu pogadać. Wysłaliśmy więc Emila, by wyciągnął na zewnątrz kuzyna. Dla bezpieczeństwa, do kieszeni bluzy zapakował kilka ziemniaków.

Drzwi się otworzyły. Kamil miał na sobie tylko bieliznę i skarpetki. - Czego tu chcesz?! – Krzyknął. - Kamil chodź na dwór. - Nie! - Kamil, nie mamy ziemniaków! - No to co, nie chcę! Emil stracił panowanie nad sobą. Wyciągnął ziemniaka i rzucił nim w Kamila – ten jednak zrobił unik. Warzywo uderzyło w ścianę i rozprysło się po przedpokoju. Emil śmiejąc się jak szaleniec, rzucił jeszcze raz – tym razem trafił w drzwi (milisekundy później zatrzasnęły się z hukiem). Zabawa się skończyła. - Zerżnę ci Milenkę! – Ryknął na całe gardło. Nie wiedząc co zrobić z kilkoma pozostałymi ziemniakami, wrzuciliśmy je na balkon (na pierwszym piętrze) i poszliśmy szukać innego zajęcia.

Kamil oczywiście obraził się na nas, ale po tygodniu pustelnictwa, postanowił pogodzić się z paczką. Wtedy też powstały dwa powiedzenia, których używaliśmy w późniejszych latach – „Kamil, nie mamy ziemniaków” oraz „zerżnę ci Milenkę” (czego Emil oczywiście nie zrobił).

Zdjęcia Mileny nie mam, ale opiszę ją mniej więcej w tej opowieści. Ot, taka zadbana kobitka przed czterdziestką, całkiem zgrabna.

W podstawówce i gimnazjum, gdy mieliśmy tylko ku temu okazję, lubiliśmy nocować w namiocie. Rodzice Kamila zawsze służyli tutaj pomocą, oferując miejsce w swoim ogródku i obiecując opiekę (o czym dalej). Ogólnie, pomysł bardzo szybko przypadł do gustu innym dzieciakom z okolicy – w okresie wakacyjnym widywaliśmy więc inne namioty w ogródkach, a późnymi wieczorami widać było palące się ogniska. Byliśmy z tego powodu nieco niezadowoleni – bo z założenia, chcieliśmy trzymać się z dala od cywilizacji, zamiast wysłuchiwać żałosnych żartów posłyszanych na religii dochodzących zza płotu. Tolerowaliśmy to jednak, przynajmniej dopóki, dopóty Michałek nie rozłożył u siebie własnego namiotu. Wtedy miarka się przebrała. Powinniście wiedzieć, że domy Kamila i Michałka praktycznie ze sobą sąsiadowały – działki znajdowały się może sto metrów od siebie i wychodząc tylną furtką na jednej z nich, można było dostać się na drugą, przechodząc przez nieuczęszczaną ścieżkę, snującą się między dwiema równoległymi ulicami przy których owe domy stały.

Podczas wieczornego ogniska, słyszeliśmy odgłosy dochodzące z ogródka Michałka – „wrogowie” bawili się w dom. Tak jest, gimnazjaliści bawili się w dom, a Michałek robił za ojca. Paranoja. - Ej, nie wiem jak was, ale mnie wkurwił ten pedał. – Zaczął Sperma, zagryzając pieczoną kiełbaskę. - No, zajebał nasz pomysł z namiotowaniem (xD). – Dodał Kamil. - Mniejsza o namiotowanie. Słyszeliście, w co oni się tam bawią? – Powiedziałem z zażenowaniem. - Dobra, to co robimy? – Zapytał dotąd cichy Emil. Nastała chwila niezręcznej ciszy. - Kurwa, nie mam pojęcia. – Rzekł w końcu Sperma. – No ni chuja, nie wiem. Przecież nie zrobimy mu przekopki, bo będziemy mieli mekeke (potocznie przechlapane). - No, jak mu najebiemy, to będzie ogień i smalec (takie samo znaczenie jak mekeke). Musimy zrobić to z ukrycia. – Kontynuował Kamil. - Jebać tego pedała, ciśnie mnie sraka. Idę do kibla. – Podsumował dyskusję Emil i wstał. Całą naszą trójkę nagle olśniło. - Emil! Czekaj! – Krzyknąłem do niego. I tu nastąpiła prezentacja planu.

Jak się okazało, Emil wcale nie żartował – przez kilka następnych godzin, po prostu wił się i produkował gazy, nie mogąc wytrzymać parcia. Ale wizja dokuczenia Michałkowi była silniejsza. W tym czasie ja, Sperma i Kamil opróżniliśmy butelkę wody i napełniliśmy ją świeżym moczem – z tym akurat nie było problemu. Ukryliśmy broń pod namiotem i postanowiliśmy zabić czas, grając w karty.

Gdy zapadł zmrok, przyszła do nas matka Kamila – czyli oczywiście Milena. Sprawdziła, czy dogasiliśmy ognisko i czy nie zostawiliśmy jakichś brudnych naczyń. Potem, tak jak za każdym razem, kiedy biwakowaliśmy w ogrodzie, powiedziała, byśmy w żadnym wypadku nigdzie nie wychodzili, a w razie jakiejś potrzeby, żebyśmy zadzwonili do drzwi domu. Znaliśmy doskonale tą procedurę. Kobieta wzięła talerze i sztućce, po czym wróciła do domu, kręcąc biodrami. - Stary, jakbym miał taką starą, to bym ją upił i wydupczył. Z całym szacunkiem xD – Zażartował Sperma. Emil spojrzał na idącą w oddali ciocię. - Milena, jebałbym cię w tą blond kapę. – Chłopak pomacał się po kroczu i oblizał, gdy Milena zniknęła za rogiem. - Kurwa, Emil! Jesteś popierdolony! I ty Sperma też! – Oburzył się Kamil. – Odjebcie się od mojej starej, co? - Stary, ale oni mają rację. – Dodałem. Emil i Sperma wybuchnę li śmiechem, a z tym drugim skleiłem żółwia (bro fist). Kamil wszedł do namiotu, mrucząc coś, że wszyscy jesteśmy pojebani.

Dla bezpieczeństwa, poczekaliśmy mniej więcej do północy. Wyłączyliśmy latarkę zaczepioną u góry i zaczęliśmy cicho rozmawiać – tak, by ktoś niewtajemniczony pomyślał, że śpimy. Jak to grzeczne dzieci. Gdy byliśmy pewni, że wokoło wszyscy już spali, po cichu wyszliśmy na zewnątrz. Sperma wyjął spod namiotu butelkę. - Dobra, ruszamy? – Zapytał Emil. – Już długo tak nie pociągnę. Zesram się kurwa w spodnie i tyle. - Spoko, już idziemy. – Zakomenderował Kamil. – Tylko najpierw sprawdzimy, czy moi rodzice już śpią. Może są w salonie. - To ja pobiegnę. Jakby coś, to powiem Milence, że złapała mnie sraka. Emil pobiegł, cicho stąpając po trawniku i chowając się w cieniu. Wrócił dosłownie po upływie sekund. - Kurwa, jebią się xD - Co? Kto? – Pytaliśmy. - Ciocia i wujek, słyszałem jakieś jęki z sypialni! Mimo protestów Kamila, czym prędzej pobiegliśmy za Emilem, aż pod sam dom. Ponad nami znajdował się balkon sypialni. Rzeczywiście, dochodziły z niego ciche, miarowe jęki – ale nie było to właściwie nic specjalnego. Poza Emilem, nikt z nas specjalnie się tym nie podniecił – sądziliśmy zapewne, że Milenka będzie krzyczeć jak jedna z aktorek porno w filmach, które oglądaliśmy. Ku radości Kamila, olaliśmy jego rodziców i pobiegliśmy w stronę ogrodu Michałka.

Aż trudno opisać, jak ogromne wrażenie zrobiła na nas wszechobecna pustka i cisza. Zero świateł w oknach, zero dźwięków silników samochodów – z oddali dochodziło jedynie wycie psa lub dwóch, ale nic więcej. Przeszliśmy cicho przez zamkniętą furtkę do ogrodu Michałka – kolejno ja, Kamil, Sperma i Emil – w kolejności zwinności, by w razie czegoś pomóc pozostałym. Namiot znajdował się w cieniu dwóch drzew – otoczony różnymi krzewami (ku naszemu fartowi, znalazł się też jeden nieco oddalony, za którym się schowaliśmy). Kucnęliśmy i zaczęliśmy nasłuchiwać, czy przypadkiem nasze niedoszłe ofiary nie śpią. Okazało się, że na szczęście wszystko idzie po naszej myśli. Zdecydowaliśmy, że ja prześlizgnę się bliżej i ukradnę jeden z butów Michałka, leżący przed wejściem do namiotu. Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, to Sperma przeprowadzi natarcie z butelką. Praktycznie na czworaka, przebiegłem do namiotu – dochodziły z niego odgłosy oddychania. Przy wejściu były starannie ułożone cztery pary butów – trampki Michałka, jakieś sandały (z koziej pały, jak to skwitował później Sperma), bazarowe adidasy i buty młodszej siostry Michałka – Marlenki. Wziąłem jeden z przerośniętych trampków i wróciłem za krzew, za którym schowana była reszta naszej brygady operacyjnej. - Emil, sraj waść, wstydu oszczędź xD – Powiedziałem. Dałem znak Spermie, który z butelką w dłoni, pobiegł na miejsce. Odkręcił ją i zaczął powoli wylewać na plac przed wejściem namiotu – całe półtorej litra moczu. W tej samej chwili, Emil kucnął nad trampkiem Michałka i próbując się nie śmiać, zaczął się wypróżniać. Kamil położył się na trawie, ze świeczkami w oczach, przygryzając przedramię, by tylko nie wybuchnąć śmiechem. Kilkunastocentymetrowy stolec wylądował w bucie, końcówką zahaczając o język i sznurówki. Emil podciągnął spodnie i potrząsnął trampkiem – gówno opadło w głąb. Bez słowa wziąłem but i trzymając go za końcówki sznurówek, pobiegłem do Spermy, który akurat skończył rozlewać mocz. Placyk przed namiotem przypominał małe bagienko. Położyłem trampek, po czym uciekliśmy.

Następnego ranka, nim zdążyliśmy się obudzić, do naszego namiotu wtargnęła matka Kamila, z zatroskanym, ale surowym wyrazem twarzy. Powiedziała, żebyśmy wyszli na zewnątrz – tak zrobiliśmy, rozczochrani, z podpuchniętymi oczyma. Przed nami stał zapłakany Michałek (w klapkach xD), jego wściekły ojciec i przestraszona Marlenka. - Który z was urządził taki numer mojemu synkowi?! – Ryknął. Milena stanęła w naszej obronie. - Proszę na nich nie krzyczeć! Skąd pomysł, że to któryś z nich? - Bo te łobuzy nienawidzą Michała! Dokuczają mu! Michałek jeszcze bardziej się rozpłakał. Łzy ciekły po jego policzkach. My zaś, udawaliśmy zaskoczonych tak samo, jak on, choć trudno było nam zachować powagę, myśląc o tym, jak Michałek wkłada stopę wprost w gówno Emila. - Nawet, jeśli z jakichś powodów za sobą nie przepadają, to żaden z chłopaków nie posunąłby się do takiego obrzydlistwa! – Milena rzeczywiście się wściekła, ale nie na nas. – Znam ich odkąd bawili się razem w piaskownicy i jestem pewna, że są niewinni! - To kto zesrał się do buta Michała?! Teraz już nie wytrzymaliśmy. Jak jeden mąż, ryknęliśmy śmiechem. Zaraz potem zaczęliśmy dopytywać się, jak to możliwe, dlaczego ojciec Michała chce zwalić winę na nas i tak dalej, i tak dalej. - Może to jakieś zwierze? – Zapytała w końcu zmęczona Milenka. Dopiero teraz zauważyliśmy, że ona też miała niezapowiedzianą pobudkę – pod szlafrokiem miała jedynie krótką koszulę nocną, a jej krótkie włosy sterczały we wszystkich kierunkach, jak u nas. - Jakie zwierze?! To był ludzki stolec! Ludzki! Kolejna salwa śmiechu. O dziwo nawet Milena nieco się uśmiechnęła. Ojciec szarpnął za rękę szlochającego Michałka i odszedł bez słowa. - Ciociu, czy my dobrze słyszeliśmy? Kobieta przestąpiła z nogi na nogę, poprawiając japonki. - Niewiarygodne – żeby od razu posądzać sąsiadów? Co za ludzie… Przytaknęliśmy, co wzbudziło wątpliwości Milenki. - Ale to nie wy, co? Bardzo bym się na was zawiodła. - My? Skądże znowu! Przecież byłaś całą noc w domu i nas pilnowałaś (xD), więc wiesz, że nigdzie się nie ruszaliśmy. – Bronił się Emil, przy okazji żartując hermetycznie. - No… Tak. Rzeczywiście, miałam na was oko. Zaraz przyniosę wam jakieś śniadanie, chłopaki.

Kamil i Emil mieli wyjątkowo negatywnie nastawioną do świata babcię. Była wiecznie naburmuszona i uważała, że całe społeczeństwo nie zasługuje na jej uwagę. Tak też było z nami – kolegami jej wnuków. Z grzeczności kłanialiśmy się jej i w ogóle – ale nic poza tym. Była to kobieta, której po prostu lepiej było unikać, o ile ma się taką możliwość.

Emil, młodszy od wszystkich w naszej paczce o dwa lata, był z nas wszystkich najbardziej spaczony – a jeśli nie najbardziej, to z pewnością ex aequo ze Spermą. W żadnym wypadku, kiedy zaczął się z nami zadawać, nie zdeprawowaliśmy go jeszcze bardziej – w zasadzie było nawet chyba odwrotnie. Babci oczywiście, zmiany następujące we wnuku ani trochę się nie spodobały. Kilkukrotnie przeprowadzała pogawędki z obiema córkami, co uczynić z tym faktem (choć była na obie obrażona od niepamiętnych czasów), ale nic nie pomagało. Emil był jaki był. Mając te naście lat, przeklinał, po kryjomu podkradał dziadkowi papierosy i regularnie oglądał pornole. Dla dorosłych było to straszne – dobrze więc, że nie mieli pojęcia o bardziej ekstremalnych wyczynach, jak na przykład nasraniu do buta znajomego. No więc, babcia stwierdziła, że jeśli zmiany zachodzące we wnuku nie są jego winą, ani jego matki, to musi to być wpływ nieco starszych kolegów i kuzyna.

Gdy pewnego dnia wyszliśmy na dwór większością paczki, babcia zaczęła nas śledzić – nie mieliśmy pojęcia, że dorosły, a więc teoretycznie dojrzały człowiek jest zdolny do takich wyczynów, więc nawet nie oglądaliśmy się za siebie. - Młody, masz fajkę? Pojaraj. – Zaczął Emil. Młody wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni i podał mu ją. - Słuchajcie kurwa, wczoraj stara prawie mnie zczaiła jak waliłem gruchę. – Zaczął nas zabawiać swoją opowieścią. – Oglądała sobie telewizję w pokoju, a mnie zachciało się rżnąć. Myślę sobie „kurwa, jebałbym Milenkę od tyłu” no i od razu bum, wyjebało mi spodnie w górę. - Emil, jesteś chory, kurwa mać. – Powiedział Młody. Ja i Sperma szliśmy obok nie odzywając się ani słowem. Gdzieś tam za nami szła babcia, słuchając razem z nami. – Jak można chcieć zerżnąć własną ciotkę? - No to wychodzę z pokoju, lukam czy stara ogląda – oglądała, no to wbijam do kibla, bez przypału i zaczynam walić. Myślę o tej dupeczce, jak kurwa zrywam jej stringi a potem sadzam do loda, no ja pierdolę. Liże mi ser spod pały a potem spuszczam się jej do ryja. No i kurwa tak się spuściłem, że zachlapałem pół łazienki. Pokiwaliśmy głowami z dezaprobatą. Nawet jak na Emila, to było chore.

Stanęliśmy na skrzyżowaniu, gdzie miał dojść do nas Kamil. Z reguły się spóźniał, więc byliśmy przygotowani, że zabawimy w tym miejscu dłużej. - Wy srole! – Usłyszeliśmy zza pleców. Znikąd wyrosła babcia Emila. - Tak zdeprawować małego chłopca! Gnoje, kanalie! - Babcia? - Zamknij się, wnusiu! Babcia teraz mówi! Emil nawet nie wyrzucił z rąk papierosa. Stał zaskoczony, a my razem z nim, patrząc na wydzierającą się na nas bez powodu starą kobietę. - Takie rzeczy opowiadać, zachęcać do onanacji (xD) do swojej własnej ciotki, krew z krwi, boże miłosierny! Ja wam tego nie daruję! Sperma spróbował przerwać monolog wściekłej babci: - Ale… My… Ale… Nie… - Dosyć srole! Na milicję was podam, łobuzerio! - Kurwa mać, babciu, daj nam spokój! – Krzyknął wreszcie Emil. Rzucił dogasającego papierosa na ziemię, przydeptał go nogą i stanął między nami, a swoją babcią. - Nie wpierdalaj się w rozmowę, bo jestem z kolegami. Ładnie proszę! - Gnoje nauczyły cię przeklinać! Co to za język? Do kościoła, spowiadać się do baranka bożego! - Chłopaki, idźcie. Idźcie kurwa, ja zaraz was dogonię. Staliśmy jak wryci. Nie mieliśmy pojęcia, co robić. Z jednej strony chcieliśmy czym prędzej uciec, z drugiej nagły wybuch Emila był przekomiczny. W końcu jednak powoli zaczęliśmy się cofać, wciąż patrząc na „rozmówców”, by w razie czegoś interweniować. - Odpierdol się wreszcie ode mnie i od mamy, bo robisz nam tylko gnój w życiu! Gdyby nie ty, to ojciec by sobie nie znalazł innej. Teraz to babcia stała jak zamurowana. Emil odwrócił się bez słowa i poszedł w naszą stronę. - Idziemy. Babcia nie dała jednak za wygraną. Zrobiła krok do przodu i ryknęła: - Jesteś taki sam jak matka! Puściła się i teraz ja muszę za to płacić. Emil stanął. Nie musieliśmy się domyślać, że nerwy do końca mu puściły. Młody próbował go uspokoić. - Chodź, nie ma sensu. Pierdol to. Chłopak opuścił spodnie i wypiął się do babci. Dłońmi rozwarł pośladki, pokazując jej to, co miał między nimi.

Skończyło się niespecjalnie ciekawie. Babcia całkowicie zerwała kontakty z Emilem i jego matką i choć zachowała dla siebie historię o masturbacji pod wspomnienia o ciotce, ostrą wymianę zdań na ulicy oraz wieńczący nią odbyt wnuka, to jakimś cudem, wkrótce cała dzielnica znała tą historię od A do Z. Nie mam pojęcia, czy Milenka dowiedziała się o całej hecy, ale nawet jeśli, to nie dała po sobie niczego poznać. Dalej była dla nas uprzejma i miła, jak zawsze (dla Emila też). Po mniej więcej roku, babcia pogodziła się z matką Emila, a nam zaczęła odpowiadać, gdy się jej kłanialiśmy. Emila dalej pociągała ciotka i regularnie opowiadał o swoich fantazjach z jej udziałem. Za każdym wywoływało to u Kamila przerażenie zmieszane ze złością. Ale przynajmniej było śmiesznie.

Emil oczywiście NIE zaruchał Milenki, ale jest to idealny materiał do opowiadań fan fiction :P Mieliśmy z Mileną pewną ciekawą przygodę, ale o niej opowiem kiedy indziej.

Majówka była dla większości naszej paczki okresem leniuchowania i nicnierobienia. Biedacy tacy jak Sperma i Kamil (kolejno przez „nawiedzonych” matkę i ojca), byli na siłę ciągani do kościoła, ale poza tymi kilkoma zmarnowanymi godzinami, dalej mogli pożytkować czas na łażeniu z nami po rewirze i wymyślaniu coraz to nowych sposobów zabijania czasu. Nie inaczej wyglądała majówka, gdy powoli kończyliśmy drugą klasę gimnazjum. W końcu, pewnego popołudnia, spotkaliśmy się wszyscy na „rogu” (czyli skrzyżowaniu, na którym Emil pokazał tyłek babci), by zdecydować, co mamy zamiar robić. Nikt z nas nie miał funduszy na piwo (wtedy już było pożądane jedno na głowę, nie na kilka osób), palący nie mieli papierosów – więc postanowiliśmy pójść na spacer, w stronę naszej starej podstawówki, gdzie znajdował się malutki park, rzadko odwiedzany przez ludzi.

- A słyszeliście kurwa, co się stało w slamsach (kilkupiętrowe, stare kamienice, niezbyt przyjemna okolica) parę dni temu? – Zaczął dyskusję Sperma. Pokiwaliśmy przecząco głowami. - Policja wbija na chatę tego ćpuna, Gizma… - Gizmo? Ty, jak ten Gizmo z Władcy pierścienia (xDDD)! – Zawołał Emil w nagłym ataku olśnienia. - No, właśnie. No ale psy rozjebały mu drzwi jak kurwa w filmach, wiesz – taranem czy chuj wie czym, wbijają mu komandosi do mieszkania, z karabinami w rękach… Tutaj ja, Patryk i Kamil zaczęliśmy słuchać już uważnie. Nie znaliśmy Gizma, ale opowieść wydawała się ciekawa. - … Przeszukują wszystkie pokoje – a tu pusto. Nikogo i niczego nie ma – same puste ściany i podłogi. I w końcu wchodzą do salonu, a tam Gizmo, nagi siedzi po turecku na podłodze i wciąga LPG z butli jakby nigdy nic. Wyobraziłem sobie tą scenę. - No i co z nim? – Zapytał Patryk. - Wywieźli go w kaftanie bezpieczeństwa do wariatkowa. Przećpał się i zdałniał. Zaczęliśmy się śmiać.

Park, zgodnie z naszymi przypuszczeniami, okazał się całkowicie pusty. Usiedliśmy na dwóch ławkach, po przeciwległych stronach żwirowej dróżki i zaczęliśmy dyskutować o życiu. Paradoksalnie, zawsze, gdy chodziliśmy do tego małego parku (czy może raczej powiedzieć powinienem, skweru), wiązaliśmy z nim wielkie nadzieje. Finalnie, za każdym razem nudziliśmy się po kilku minutach i w końcu ze spuszczonymi głowami wracaliśmy do domów. Nie inaczej było w tym przypadku – w końcu temat rozmowy się skończył, a erotyczne żarty Emila nie uratowały sytuacji. Podjęliśmy decyzję, by wracać.

Pomiędzy naszą podstawówką a terenem, na którym mieszkaliśmy, stał stary kościół. Przez te sześć długich lat spędzonych w tych okolicach, dzień w dzień mijaliśmy ten budynek i nie mogliśmy pojąć, dlaczego niektóre „dobre” dzieci czerpią przyjemność z jego odwiedzania się i żegnania na pokaz, zawsze, gdy go mijały. Tym razem zwróciliśmy uwagę na coś jeszcze – szereg biało-czerwonych flag zawieszonych na ogrodzeniu. - Co to kurwa? Pogrzeb? – Zapytał zaciekawiony Emil. - Co za gebels! Trzeci maja, mówi ci to coś? – Oburzył się wręcz Patryk. - Nie. – Odparł Emil bez namysłu. Wzruszył ramionami. – Ale zajumajmy (potocznie ukradnijmy) jedną! - A po chuj ci flaga? - Nie wiem kurwa, nie wiem. Powieszę nad łóżkiem, podetrę dupę, zrobię z niej bieliznę dla Milenki! – Kamil dał kuzynowi kuksańca w ramię. - Dobra kurwa, to jak ją skit ramy? – Zapytał w końcu Sperma. Miał koszulkę z krótkim rękawem, więc nie mógł nigdzie schować łupu. Spojrzeliśmy na Patryka, stojącego jako jedyny w bluzie. Jego oburzenie nie miało żadnego znaczenia – był jedynym, który mógł to zrobić. I w końcu zrobił, mimo ogromnej niechęci.

Uciekliśmy bocznymi uliczkami i ścieżkami ciągnącymi się między ogródkami działkowymi. Patryk biegł z jedną sztywną ręką, trzymając w rękawie flagę (z zabawnie wystającym końcem u dołu). Po kilku minutach, przedostaliśmy się przez śmietnisko na łąki, gdzie bezpiecznie mogliśmy wyjąć flagę. Patryk szybko podał ją Emilowi, nie chcąc mieć z nią niczego do czynienia – dopadły go wyrzuty sumienia i wątpliwości. Jej nowy nabywca był za to zachwycony – wymachiwał nią na lewo i prawo, a od czasu do czasu używał ją jak maczety, uderzając w rosnące prze rzece trzciny. Dalej było jednak nudno.

Dotarliśmy na drugi kraniec jeziorka (z historii o lodówce), gdzie rozciągały się „górki” (obowiązkowy punkt do zjeżdżania na sankach). Usiedliśmy na szczycie, spoglądając na rozciągające się pod nami łąki oraz ślamazarnie płynącą rzekę. Emil wbił flagę w ziemię, ale po chwili się przewróciła. - Kurwa, kamień! Stój, ty kurwo! Druga próba. Flaga ponownie wbiła się końcówką w jałową ziemię, po czym opadła na bok. Emil spojrzał na nią, po czym wykrzyknął: - Na tej skale, zbudujemy Auschwitz nasz! Rzucił flagą z całej siły o ziemię. Odbiła się z łoskotem, ale nic się jej nie stało. Stoczyła się kilka metrów w dół, gdzie rosnęły „bambusy” (rdestowiec ostrokończysty jakby ktoś nie wiedział, rzeczywiście podobny do bambusa) . - Milena, wracaj! Pragnę cię! Emil pobiegł po flagę, podskakując i wydając z siebie nieartykułowane dźwięki. Kamil mocno się zdenerwował. - Emil, kurwa, odjeb się wreszcie od mojej starej! - Ale ja ją kocham xD - Jeszcze jedno słowo i ci zajebię! Emil wrócił z flagą w ręce. Otrzepał zwisający, już nieco ubrudzony materiał. - Widzisz, kochanie… Nikt nas nie rozumie.

Wtem, ni stąd, ni zowąd, odezwał się Sperma: - Mam pomysł! Bambusy! Odwróciliśmy się do niego, nie mając pojęcia o czym mówi. - Bambusy! W dole! Patrzcie ile rośnie tam tego kurestwa, chodźcie poskaczemy w nie sobie z tą flagą! Uznaliśmy, że to rewelacyjny pomysł. Jedynie Patryk był sceptycznie nastawiony – nie chcieliśmy nalegać, by skakał razem z nami, bo swoim pozornym patriotyzmem zepsułby nam jeszcze zabawę.

Reguły były proste – braliśmy rozpęd z górki, a potem skakaliśmy w głąb rosnących na stoku roślin, które amortyzowały nasze upadki. Wyborna zabawa. Każdy dostawał do rąk flagę, która upoważniała do wykonania jednego skoku. Patryk stał z boku, przyglądając się nam z zazdrością. - Patryk, chodź, zajebiesz sobie salto! – Krzyknął ktoś. - Nie chcę, nie mogę! To obraza kraju! - Ni chuj, ni dupa! Chodź, jest zajebiście! – Krzyczał Sperma. Patryk długo zwlekał – gdy wszystkie bambusy były już praktycznie połamane, zdecydował się wykonać swój skok. - Trzymaj Milenę. – Powiedział Emil z uśmiechem. Kamil spróbowało uderzyć, ale nie udało mu się. Przywołałem ich do porządku. Patryk wziął mały rozpęd i niczym Eddie z okładki singla Ironów - The Trooper, wybił się. Wylądował krzywo i zaplątał się w „bambusy”, śmiejąc do rozpuku. Spodobało mu się. - Stać, bandyci! Spojrzeliśmy w bok – z pobliskiej ścieżki biegł do nas jakiś podstarzały mężczyzna, w ciemnych okularach i koszuli wsuniętej w krótkie spodenki. Potem zobaczyliśmy, że miał również sandały ze skarpetkami. Zerwaliśmy się do ucieczki, ale po chwili przypomnieliśmy sobie o Patryku. Zawróciliśmy i pomogliśmy mu wydostać się spomiędzy roślin. Mężczyzna podbiegł do nas i zaczął siłować się z leżącym Patrykiem, trzymającym w dłoniach flagę. - Oddawaj to, kurwa! Gnoju jeden! Zaczęliśmy krzyczeć na szaleńca, ale ten, gdy wyrwał leżącemu flagę, zamachnął się w naszym kierunku. - Wypierdalać, smarkacze! Tak traktować swoje dziedzictwo narodowe! Co, w domu też skaczecie sobie z krzyżem?! - Tak. – Powiedział Emil – wcale nie żartował, bo przy mnie i Kamilu, wyrzucił krzyżyk znad swoich drzwi przez okno. Oponent, purpurowy na twarzy, pokręcił w niedowierzaniu wąsem, po czym bez odszedł. - I żebym was tu więcej nie widział, chuligani! Został pożegnany przez nas najgorszymi wyzwiskami, jakie znaliśmy. Emil zerwał jeden z pędów „bambusa” i rzucił nim w kierunku mężczyzny. Trafił go w nogę, poniżej kolana. Agresor zerwał się do biegu za naszą gromadką, ale po kilku sekundach dał za wygraną – nie miał z nami szans.

Flagi nigdy już nie zobaczyliśmy, jej nowego właściciela również (tutaj akurat na całe szczęście). Patryk dosyć długo miał po tym wydarzeniu traumę i nie mógł sobie darować, że zbezcześcił flagę własnego kraju. Mieliśmy z tego powodu niezłą bekę.

Patryk znalazł sobie dziewczynę – a przynajmniej tak mówił nam. W szkole czasami widywaliśmy go w towarzystwie rok starszej Anki, która rozmawiała z nim na osobności. Była to dziewczyna ładna, choć nieco wychudzona. Z pozoru zwyczajna – żadna z tych puszczalskich „świń” ubranych w miniówki i szpilki, z przekłutą wargą i natapirowanymi włosami, jakie widuje się coraz częściej. Po prostu normalna, porządna uczennica. Zauważyliśmy jednak, że nowi zakochani ani nie trzymają się za rączki, ani nie obściskują, ani tym bardziej całują. Znudzeni brakiem zajęć (kto chodzi do gimnazjum żeby się uczyć?), postanowiliśmy przeprowadzić śledztwo. Jako że Kamil utrzymywał z Patrykiem najbliższe stosunki, to od niego zaczęliśmy.

- Nie wiem, no kurwa, mówię wam… - Ale co, nie lizali się ani nic? – Zapytał Sperma. - Nie wiem, nie widziałem! - To co, może trzymali się za pały? – Zażartował Emil, który przyszedł do nas kilka minut wcześniej. Zaśmialiśmy się. Jak się okazało podczas przesłuchania, Kamil kilkukrotnie był z Patrykiem na randce, jako przyzwoitka (!), co wywołało w nas jeszcze większą salwę śmiechu – tym razem śmiechu politowania. - Nie pierdol, że robiłeś za ich przyzwoitkę! Ja jebię, jesteście kurwa niedopierdoleni! Wszyscy! – Żartował Sperma. - No Patryk powiedział żebym z nim szedł to poszedłem. Co w tym dziwnego? - Jeszcze pytasz, kurwa? – Zapytałem. – Kto chodzi na randki w towarzystwie ziomka? Kamil się zmieszał i spuścił głowę. Dotarł do niego absurd całej sytuacji. - Ty, to weź powiedz nam, jak będą szli na jeszcze jedno randez vois. – Dodał Sperma. Po chwili wahania, Kamil się zgodził.

Na kolejną randkę przyszło nam czekać kilka dni, ale w końcu Kamil podał nam godzinę i datę spotkania. Plan był prosty – spotkamy się „przypadkiem” z cała trójką, a potem podczepimy do nich, teoretycznie chcąc pogadać z Kamilem. Punktualnie o 17:00 schowaliśmy się w jednej z bocznych alejek w parku i wypatrywaliśmy nadchodzącej trójki. Ania zjawiła się pierwsza, a niedługo potem przyszli Patryk i nieco przestraszony Kamil. Kochankowie dali sobie buzi w policzek, po czym weszli do parku. Za nimi grzecznie dreptał Kamil. Zerwaliśmy się z miejsc i pobiegliśmy w stronę ofiar naszego żartu. Po chwili po raz kolejny schowaliśmy się, tym razem za drzewami. Patryk jako jedyny wydawał się zadowolony – wręcz promieniował radością. Co chwila szczerzył zęby do Anki, która raz na jakiś czas przytakiwała niemrawo i wypowiadała jedno-dwa zdania. - Kurwa, zesraj się a się nie osraj. – Zaczął z powątpiewaniem w głowie Sperma. Jego metafora miała sens – co jak co, ale na randkę to ta wyprawa nie wyglądała. Nie wiedzieliśmy tylko, czy to przez Kamila, czy może pomiędzy Patrykiem a Anką zwyczajnie nie ma uczucia. Przyszła pora żeby się ujawnić.

- Kamil! Hej, Kamil! – Krzyczeliśmy, biegnąc. Kamil odwrócił się z niedowierzaniem. - Cześć, stary. Co tu robisz? – Zagadnął wesoło Emil. - Zjeżdżajcie. Nie widzicie, co robię? - No właśnie widzimy. Dzisiaj robisz za przyzwoitkę, jutro może wskoczysz im do łóżka? – Odparłem. Rozmówca się zdenerwował. Patryk i Anka odwrócili się do nas. - Cześć! – Pomachał do nich Sperma. – Zobaczyliśmy Kamila, nie przeszkadzajcie sobie! - Ej, kuzyn… Co z nimi jest nie tak? - Ale co, co? - No wszystko, ja pierdolę. Spójrz na nich – więcej uczucia wkładam w sranie. Nie mogliśmy się nie zgodzić.

Tego dnia Patryk i Ania mieli aż cztery przyzwoitki – szliśmy kilkanaście kroków za nimi, obserwując, jak rozmawiają i od czasu do czasu chwycą za dłonie (naprawdę sporadycznie). Emil był najbardziej znużony z nas wszystkich. W pewnym momencie zaczął układać rymowanki. Cipka za mała, swędzi mnie pała, Gumka zużyta, zmoczona pita.

Skończyliśmy nim zegary wybiły 19:00 – Patryk pożegnał swoją ukochaną, która odeszła w przeciwnym kierunku. Zaraz potem podszedł do nas. - Co wy tu robicie? - A tak gadaliśmy z Kamilem. – Odpowiedział szybko Sperma. - Nie widzieliście, że miałem randkę? Jednocześnie ja, Sperma i Emil odpowiedzieliśmy przecząco, ku niezadowoleniu zakochanego. Wkrótce potem, nietaktownie, Emil rozpocząć wypytywanie o Ankę. - Ty, a to twoja dziewczyna, nie? Kochacie się? - Nie twoja sprawa. - No ale weź, nie bądź gebels, odpowiedz. - Znajdź sobie kurwa własną dziewczynę to będziesz wiedział! - Wiem, bo mam. Kocham Milenkę xD – Kamil popchnął kuzyna. - Emil, weź w końcu dorośnij. Idę z dziewczyną na randkę, a wy zwalacie się nam na głowy. Co z wami nie tak? - Z nami? – Zapytałem zaciekawiony. – W takim razie po co zapraszałeś na tą randkę Kamila? Patryk zbył moje pytanie. - Może to ta jedyna, a wy kurwa robicie mi takie numery… - Patryk, ogarnij się. Sorry, że to mówię w ten sposób, ale czy ty się kurwa teraz widzisz? I widzisz, co wyprawiasz? – Sperma był nieco zdegustowany, ale pytał poważnie. - No co? O chuj ci chodzi? - Czy ty nie widzisz, że ta laska trzyma cię na dystans? Za każdym razem, gdy próbowałeś się zbliżyć, ona robiła coś przeciwnego. I kurwa nie mówię tego żeby cię wkurwić! Stary, kurwa, przejrzyj na oczy, bo póki co, jesteś w niej ślepo zakochany. Nic dobrego z tego nie będzie. Wszyscy byli zaskoczeni nagłą powagą Spermy. Nikt nie spodziewał się, że udzieli Patrykowi rady od serca. - A ty co, ekspert? - Twój kumpel. – Rzekłem. – Sperma dobrze mówi. Nie daj się ponosić emocjom. - Jebcie się, zazdrościcie, bo mam dziewczynę, a wy nie. Idę na chatę.

Nim minął tydzień, związek umarł. Zakończył się, zanim zaczął. Anka w rzeczywistości użyła Patryka, by poznać jego brata, starszego od niej o dwa lata (który finalnie nawet nie zwrócił na nią uwagi). Patryk nieco się załamał, ale po kilku wypitych piwach i słowach pocieszenia ze strony nas, czyli swoich kumpli, wrócił do normy i w końcu zapomniał o nieszczęśliwej miłości. A przynajmniej pozornie. Co się tyczy Ani, to niedługo potem poznała dwudziestokilkuletniego dresa, będącego w posiadaniu starego, zdezelowanego BMW, z którym wpadła, nim poszła do szkoły średniej. I prawdopodobnie nie poszła tam w ogóle.

Dzień dobry. Dzisiaj porozmawiamy o narkotykach. Jeden z anonów zapostował wczoraj zdjęcie z tatuażem. Zatem, proszę bardzo:

Niektórych zioło jara – dosłownie. W naszej paczce, przynajmniej w czasach gimnazjum, nikt nie mówił o marihuanie, bo wystarczały nam fajki i/lub alkohol (ze szczególnym uwzględnieniem piwa). Jakoś w trzeciej klasie, pod koniec roku, Sperma i Patryk postanowili spróbować czegoś nowego. Zgadali się więc z Włochatym (tym od statku widmo), który w okolicy jako jedyny im znany, miał co dzień do czynienia z trawą. Mieli spotkać się w „nawiedzonym domu” – czyli ruinie stojącej w odosobnieniu po drugiej stronie łąk. Tego samego popołudnia, ja i Emil spotkaliśmy idących Spermę i Patryka. Po krótkiej rozmowie postanowiliśmy zabrać się z nimi, bo i tak nie mieliśmy żadnego zajęcia.

Nawiedzony dom był miejscem szczególnie odwiedzanym przez ćpunów – w pokojach po kątach walały się zużyte strzykawki i reklamówki (z warstwami kleju osadzonymi na wewnętrznej stronie). Pośrodku salonu, na starych samochodowych kanapach, w kółku, siedziało około piętnastu osób, z których większości w ogóle nie znaliśmy. - Siema, Włochaty. Co to, imprezka? Włochaty siedział w kącie z nieco spuszczoną głową i czerwonymi oczyma. - Siadajcie, siadajcie. Bierzcie i palcie z tego… Wszyscy. – Po czym wyciągnął z kieszeni sporego skręta. Naćpani nieznajomi zaczęli się śmiać, opierając jeden na drugim. Skręt poszedł w obieg. Po chwili dotarło do mnie. - Eee, ja dziękuję, ale chyba spasuję. Sąsiad, mierzący około dwóch metrów wzrostu, spojrzał na mnie czerwonymi oczyma – ale w żadnym wypadku nie chciał mnie nastraszyć. - No dawaj, stary. Małego Buszka, na zdrowie. A co, nigdy nie paliłeś? - No… Nie, nie miałem okazji. - Sponio, wszystko ci wytłumaczymy, nie? – Spojrzał na siedzących kolegów. Wszyscy spojrzeli na mnie z pozytywnym przejęciem. Wierzcie – pod taką presją się nie odmawia. - No, dobra. No to co robić? Dostałem do ręki skręta. - No to słuchaj. Zaciągasz się tak jak fajką. Wiesz jak, nie? - No, powiedzmy. - No, to zaciągasz się i nie wypuszczasz dymu. Liczysz do trzech i dopiero. Łapiesz? - Chyba tak. - No to dawaj. Zaciągnąłem się zbyt mocno. Kłujący, ostry dym wywołał u mnie atak kaszlu. Nie spodziewałem się tak mocnego smaku. - Sponio, jeszcze raz, tylko mało xD Druga próba. Cała sala zaczęła odliczanie. Jeden. Dwa. Trzy. Dym wyleciał, a ja poczułem, że mięśnie mi flaczeją. - Przeszedł chrzest! – Zostałem przywitany falą oklasków. – Zajebisty towar, nie? - Kurwa, nie czuję nóg. - Haha, nasze najlepsze ziółko. Mózgojeb!

Tego dnia wszyscy przeszliśmy chrzest. Największy ubaw mieliśmy z Emila, który po kilku buchach zaczął usypiać. Ktoś puścił z telefonu muzykę – chyba coś Peji. Zaczęliśmy bujać się w rytm, niektórzy znali również słowa. Wokoło panowała przyjacielska, pokojowa atmosfera, ku mojemu zdziwieniu. W ruch poszedł kolejny skręt. Tym razem całą naszą czwórkę mocno trafiło. Emil praktycznie zasnął i od czasu do czasu poruszył głową, Sperma położył się na ziemi, ja bujałem się w rytm muzyki z innymi, a Patryk zaczął zielenieć na twarzy. - Patryk, co ci? - Kurwa bede rzygał. Dwóch trzeźwiejszych chłopaków wzięło go pod ramię i zaprowadziło do sąsiedniego pokoju, gdzie usadzili go na krawędzi dziury w ścianie, w której kiedyś było okno. Patryk usiadł i spuścił głowę między nogi. Szarpnęło mokre sprzęgło. Raz, drugi. Jednak nie zwymiotował. Wraz ze Spermą, weszliśmy do pomieszczenia. Trzeci zryw – tutaj już konwulsje opanowały całe ciało Patryka. Po chwili zaczął się śmiać, charczącym, nieprzytomnym głosem. - Przycisz to przycisz. – Wyszeptał, po czym zwymiotował pod siebie. Sperma podszedł bliżej i nachylił się, by sprawdzić, czy z kolegą wszystko w porządku. Zaraz potem jeszcze opuścił głowę jeszcze niżej. - Ja pierdolę co to, marchewka, szynka, ogórek?

Nim minęło pół godziny, postanowiliśmy wrócić do domu. Patryk i Emil byli nieprzytomni, a chcieliśmy wrócić przez zmrokiem. Logicznym było, że musieliśmy obrać drogę przez łąki, żeby w razie czegoś nie złapała nas policja. - Było miło, dziękujemy za gościnę! Kochamy was! – Krzyknąłem, gdy odchodziliśmy. Pożegnały nas wiwaty, śmiechy i machające serdecznie ręce. Sperma odwrócił się, by pomachać nowym znajomym, przy okazji puszczając ramię Patryka, który jak szmaciana lalka, przewrócił się i zarył twarzą w ziemię. Emil, prowadzony przeze mnie, odzyskał już nieco przytomność i zaśmiał się. - Kurwa co za gebels xD

Nie udało nam się wrócić przed zmrokiem. Droga przez łąki była nieco wyboista, co dawało się we znaki podczas prowadzenia dwóch naćpanych kolegów, a dodatkowo sami ze Spermą byliśmy dosyć mocno ujarani. Ogólnie, trasa, która zazwyczaj zajmowała nam pół godziny, tego dnia zabrała nam prawie dwie godziny z życia.

Właściwie, to był jedyny raz, kiedy paliłem trawę. Okazała się niepociągająca i niewarta straty pieniędzy, więc poprzestałem na tej jednej próbce. Spermie również marihuana niezbyt przypadła do gustu. Dla odmiany, Emil po paru latach, zaczął regularnie palić zioło i zachwycać się jego działaniem. Bezapelacyjnie jego najlepszym numerem było ukrycie towaru podczas wyjazdu na wakacje – gdzie pokaźny worek zielska owinął folią aluminiową i zapakował razem z kanapkami na drogę. Patryk był przez długi okres czasu ofiarą żartów o wymiotach i narkotykach.

Nadchodziły walentynki. W szkole mieliśmy specjalną urnę, wystawianą na tą okazję, do której uczniowie mogli wrzucać anonimowe liściki i takie tam. Tradycja nie utrzymywała się długo – gdy byliśmy w pierwszej klasie gimnazjum, miała miejsce pierwsza taka zabawa, rok później ostatnia. Ale, na to miało wpływ kilka wydarzeń – w tym nasza „interwencja”, o której opowiem.

Doskonale wiedzieliśmy, że taka okazja się już nie powtórzy. Postanowiliśmy wkręcić więc Tymka i Michałka, którzy oprócz utrzymywania z nami wojennych stosunków, byli jednocześnie zagorzałymi wrogami. Geneza konfliktu nie jest znana, ale prawdopodobnie Tymek chciał w ten sposób stać się „fajny” – co oczywiście nigdy się nie wydarzyło. Michałek zaś, będący stereotypową ofiarą losu, w tym przypadku nie do końca dawała wygraną – nawet on nie mógł pogodzić się z zaczepkami ze strony równie wielkiego klasowego „nieudacznika”. Wpadłem więc na pomysł, żeby zrobić zrzutkę na dwie kolorowe pocztówki walentynkowe i umówić dwóch chłopaków w jednym miejscu i czasie. Pomysł przypadł do gustu paczce, ale pozostawało pytanie, co potem? - Może ich przekopiemy, po prostu? – Zasugerował Sperma. - Nie, potem będziemy mieli przejebane. Pozostaniemy w ukryciu. – Odparował Młody. - A jakby dać im jakiś prezent? – Wtrącił Kamil nieśmiało. - Na przykład? – Zapytałem. - Nie wiem, no… Postawmy pudełko i jak je otworzą, to wybuchnie albo coś takiego. - A niby jak chcesz kurwa zrobić, by wybuchało? – Zaczął powątpiewać Młody. Rzeczywiście, koncepcja była niewykonalna. - A jakby po prostu wziąć to pudełko i tam nasrać? Proste. – Wpadł na pomysł Sperma. To było to.

Jeszcze tego samego dnia, kupiliśmy dwie pocztówki i wypełniliśmy je. Kaligrafią zajął się Patryk, który jako jedyny z nas, potrafił zmienić nie do poznania swój charakter pisma, w dalszym ciągu pozostawiając go czytelnym.

Drogi Tymku, Od pierwszej chwili wejrzenia kocham cię. Miłość rozpiera moje serce i każdego dnia myślę tylko o tobie. Proszę, spotkaj się ze mną…

Mniej więcej tak wyglądała gotowa walentynka. Miejscem spotkania miał być nawiedzony dom, stojący za łąkami. Dosyć niecodzienne miejsce, ale tylko tam mogliśmy być pewni, że nikt nie przeszkodzi nam w misji. Podobną kartkę wyprodukowaliśmy również dla Michałka. Po namyśle, Sperma na wyrwanej z zeszytu stronie napisał coś jeszcze dla nauczycielki fizyki (pani Ani). Gdy korytarz był zupełnie opustoszały, podkradłem się do urny i wrzuciłem trzy wiadomości. Teraz nie było już odwrotu.

Następnego dnia, 14 lutego, lekcję języka polskiego przerwało pukanie do drzwi klasy. Do środka weszło dwóch uczniów trzecich klas, ubranych na czerwono, z papierowymi serduszkami przyczepionymi do piersi. - Dzień dobry, poczta walentynowa. Możemy podzielić się miłością? Klasa zaśmiała się. Nauczycielka też, po czym skinęła młodocianym listonoszom. Kolejno wyczytywali oni adresatów, którzy podnosili do góry ręce. Jakieś klasę opanowało zdziwienie, gdy padło imię i nazwisko Tymka. Dziewczęta zaczęły klaskać (nie, nie miało to niczego wspólnego z rzeczywistą radością – śmiały się Tymkowi w żywe oczy) i gwizdać. Chłopcy skandowali jego imię. Adresat spojrzał na kartkę i szybko ją schował. Jego twarz nie zdradzała emocji, choć na policzkach wykwitł mu spory rumieniec. Niedługo potem swoją walentynkę otrzymał Michałek. Tutaj reakcja otoczenia ograniczyła się raczej do męskiego grona. - Haha, Michałek ma chłopaka! - Będzie kuting! - Michałek, nie daj dupy na pierwszej randce! Nauczycielka przywołała klasę do spokoju. Gdy już mieliśmy świętować połowiczny sukces, jeden z listonoszów chwycił pęk około piętnastu walentynek i podał je jednej z dziewcząt. I wiedzcie, że nie była to wcale piękność – choć sama uważała inaczej. W szkole była to praktykująca katoliczka, pomagająca potrzebującym, poza szkołą zwykła plotkarą. Znany typ. Karolina, bo tak miała na imię, rozpromieniła się od razu i ujęła wszystkie kartki. - No to chyba mamy właśnie królową walentynek. – Zażartował listonosz. Dziewczyna przytuliła się do siedzącej w ławce koleżanki i obie zaczęły cieszyć się jak opętane.

Tymek i Michałek w samotności kontemplowali swoje walentynki, zastanawiając się, kim są ich wielbicielki. Karolina zaś chwaliła się swoimi kartkami wszystkim. Wokół jej ławki zgromadziły się prawie wszystkie dziewczyny z klasy, a wkrótce nawet kilku chłopaków. - Stary, nie wierzę, że ta pizda dostała tyle walentynek. – Powiedział mi Kamil. - Tia… Przecież to zwykła deska (potocznie kobieta z bardzo małymi piersiami). - To, to nie wszystko. Przecież każdy wie, jaka jest zjebana. Tylko te jej psiapsiółki tak wokół niej skaczą. - A pamiętasz, co się działo w podstawówce z Młodym?xD – Zapytałem. Młody przez całe sześć lat starał się „chodzić” z Karoliną, ale bezskutecznie. W końcu wygarnął jej to i owo, po czym ich znajomość burzliwie się zakończyła.

Podeszliśmy do ławki, przy której „królowa” czytała na głos miłosne wierszyki skierowane do jej osoby. Teatralnym gestem przytuliła jedną z kartek do piersi. - A wy co, chcecie posłuchać? Bo chyba nie dostaliście walentynek w tym roku, co? Jaka szkoda… - Zaczęła. Niezbyt przejąłem się jej zaczepkami – dobrze wiedziałem, że takie osoby trzeba ignorować. Kamil jednak zacisnął wargi i przymrużył oczy. - A tak przyszliśmy, pocieszyć się razem z tobą. – Powiedział w końcu. Nikt poza mną nie odnotował, że jest wkurwiony. Karolina zaczęła czytać. Inne dziewczęta łapały się za serca i „ochały”, gdy padały pojęcia „kocham”, „miłość” czy „na zawsze”. Żałosne. Kamil podszedł bliżej, gdzie na biurku leżało kilka walentynek. Gdy Karolina nie patrzała, podniósł jedną z nich i obejrzał. Jedna z koleżanek po chwili wyrwała mu kartkę z rąk, jak gdyby zbezcześcił ją swoim dotykiem. Kamil się nie zraził. Po chwili kąciki jego ust nieco się podniosły. Otworzył zeszyt dziewczyny siedzącej w ławce z Karoliną - Iwony. Ponownie wziął walentynkę. - Karolina, jak tam twoja tajemnicza wielbicielka? – Na dźwięk tych słów, Karolina przerwała recytację i spojrzała na niego wrogo. Kilku chłopaków podeszło bliżej, wyraźnie zainteresowanych. - No jak tam twoja wielbicielka? A może sama napisałaś te durne wierszyki? Rozmówczyni wyrwała się z ławki. - Jak śmiesz?! Oddawaj to, to moje! - Dobra już, dobra. Oddaję. Iwona, gdzie jesteś? Iwona doskoczyła do niego. - Czego chcesz, Kamil? Chłopak wziął z ławki wszystkie walentynki i podał je Iwonie. - To chyba należy do ciebie. Potem odwrócił się do Karoliny: - Uszy do góry, za rok może dostaniesz prawdziwą walentynkę xD Odszedł, żegnany brawami chłopców i wygwizdywaniem dziewcząt. Tego dnia Karolina go nienawidziła.

Kamil został bohaterem dnia. Jeszcze po lekcjach, biegnąc do nawiedzonego domu, gratulowaliśmy mu rozprawienia się z Karoliną. Piękne było to zagranie.

Do nadejścia Michałka i Tymka mieliśmy około godziny. Znaleźliśmy miejsce za małą górką od strony łąk, gdzie postanowiliśmy obserwować nasze ofiary. Sperma wyjął z plecaka stare prześcieradło, którym mieliśmy się przykryć, tekturowe pudełko oraz wycięte z czerwonego papieru serce. W saloniku, gdzie za nieco ponad rok mieliśmy upalić się trawą z Włochatym, rozpoczęliśmy przygotowania – znaleźliśmy drewnianą skrzynkę, która posłużyła nam za stolik, a potem Młody poszedł do sąsiedniego pomieszczenia, żeby wypróżnić się do pudełka. - Ja pierdolę, nadchodzi! – Krzyczał. Po minucie wrócił. - Sperma, teraz ty. Takiego batona dawno nie jebnąłem. Ale jest okazja. Sperma poszedł do pokoju – usłyszeliśmy jego charakterystyczny, koński śmiech. - Ale kurwa miałeś mi zostawić trochę miejsca! - Sraj nie pierdol! – odpowiedział Młody. - Kurwa chwila, muszę się skupić! Czekaliśmy minutę, drugą. - Sperma, szybciej! Zaraz tu przyjdą pedały! - No mówię, chwila! Już prawie! Usłyszeliśmy głośne, mokre pierdnięcie. Kamil wybuchł śmiechem. Zaraz potem nastąpił kolejny „wybuch”. Żaden z nas nie stał już spokojnie. - Sperma pruje dupę xD – Krzyknął ktoś.

Zamkniętą paczkę, przyozdobioną serduszkiem, położyliśmy w salonie i przyozdobiliśmy serduszkiem. Kamil zaproponował, by dopisać na nim „otwórzmy to razem” – na wypadek, gdyby jedna z naszych ofiar zjawiła się wcześniej od drugiej.

Wybiła chwila prawdy. Leżeliśmy wszyscy w śniegu, przykryci prześcieradłem Spermy, oglądając wnętrze nawiedzonego domu przez częściowo wyburzoną ścianę i dziurę, będącą niegdyś oknem. Usłyszeliśmy dźwięki kroków dochodzące z drugiej strony domu, po chwili głosy. - Kurwa, nie udało się. – Powiedział Kamil. Tymek i Michałek spotkali się po drodze i głośno wymieniali swoje uwagi dotyczące drugiej osoby. - Wiem, że to ty, pedale! – Zawołał Tymek. - Tymek! Zajebać ci?! Chłopcy weszli do budynku, zgodnie z instrukcjami podanymi w naszych walentynkach. Może jeszcze, chociaż częściowo, łudzili się, że to nie jest żart. Michałek zobaczył pudełko. - Patrzcie, kurwa, patrzcie! Zaraz je otworzy! Tymek podszedł bliżej. Oboje czytali napis na serduszku. Po chwili Michałek podniósł pokrywkę. Krzyk obrzydzenia. Tymek przewrócił skrzynkę z pudełkiem. Ofiary głośno się kłócąc, odeszły w stronę domów.

Po kilku minutach czekania, postanowiliśmy wrócić do nawiedzonego domu. Żart nie do końca się udał – spodziewaliśmy się chyba efektowniejszych reakcji. Sperma wziął do ręki pudełko – teraz nieco przemoknięte od dołu (bowiem jeden z odchodów był bardzo rzadki) i podpalił. Tektura tliła się i przygasała co chwila, więc po kolejnych kilku minutach, Młody wziął je do ręki i rzucił o ścianę, pozostawiając na niej brązową smugę.

Na długich przerwach, gdy na dworze było już/jeszcze ciepło, bardzo często biegaliśmy do pobliskiej Biedronki, by kupić sobie coś do picia. Z reguły była to Tęcza Cola – czyli napój cocacolopodobny, najtańszy ze wszystkich możliwych. Jego wypicie skutkowało rozwolnieniem, ale po kilku butelkach można było się przyzwyczaić i uodpornić na jego działanie. Zresztą – kto pamięta Tęczę, doskonale to wie.

Jedno, czego nigdy, przenigdy nie robiliśmy, to mieszanie Tęczy z Be Powerem, czyli napojem energetycznym z Biedronki. Wiedzieliśmy, że może się to skończyć źle i jakoś nikt z paczki nie palił się do potwierdzenia lub obalenia naszych przypuszczeń.

- Sperma, ale weź z nami tą Tęczę. – Powiedział Młody, gdy wybieraliśmy butelkę. - Dostałem od babci trochę kasy, kupię sobie Bi Pałera. – Odparł. Skwitowaliśmy go ciszą – co oznaczało, że nadmiar pieniędzy uderzył mu do głowy i zamiast tak jak my, sięgać po półtorej litra napoju naraz, on woli kupić małą puszkę i spożyć ją samodzielnie. Bo tak, Sperma nigdy nie dzielił się z innymi jedzeniem i piciem. - No daj spokój, zawsze bierzemy Tęczę. Pojebało ci się w dupie od dobrobytu? – Zapytałem retorycznie. - Ej no, nie mów tak. Wiecie, że kurwa nie jestem taki. - Brakuje nam kurwa 20 groszy. Weź nie bądź pazera. – Argumentował Młody, już wyraźnie nieco poirytowany zachowaniem kolegi. - No dobra, dorzucę się do tej Tęczy, ale pojaracie mi. - Dobra, ale na twoją własną odpowiedzialność. - Stoi.

Następną lekcją miał być W-F. Przez lekcyjną godzinę graliśmy w piłkę nożną, na sali gimnastycznej. Była to gra uwielbiana przez większość chłopaków – szczególnie Patryka i Kamila. Dlatego grając, dawaliśmy z siebie naprawdę wszystko – a jeśli Michałek i Tymek zaczynali spacerować po boisku albo robić za słupek na bramce, potrafiliśmy przerwać grę, by ich nastraszyć. Zazwyczaj po kilku ciosach kopniętą piłką, wracali do życia. Po 45 minutach byliśmy więc skrajnie wykończeni. Ostatkiem sił przegraliśmy się w szatni i wyszliśmy przed szkołę, by ochłonąć. Młody wyciągnął butelkę Tęczy i otworzył ją. Charakterystyczny dźwięk. Usiedliśmy na ławce – kolejno Młody, Kamil, ja, Patryk i Sperma. Ten ostatni wyciągnął puszkę napoju energetycznego i wypił ją jednym haustem. Aluminiową puszkę wrzucił pod żywopłot rosnący za nim. - Co, mało tego picia, co? Sperma beknął głośno. - Kurwa przyjebałem go na raz i nawet nie czuję różnicy. Myślałem, że mi od razu przyjebie energią po pale. Kamil, który teraz pił z butelki, zakrztusił się. Młody klepnął go po plecach. Tęcza przeszła do mnie. - Chłopaki, pojarajcie. Dorzuciłem się. - Spoko, ale kolejka jest. – Oburzył się siedzący przy nim Patryk. Nikt nie chciał kończyć Tęczy, bo na dnie zbierał się paskudny osad, zwany przez nas siarką lub siarą. Nawet największe dusigrosze tego nie piły. Butelka trafiła w końcu w ręce Spermy. Dotarł do siary. - Ktoś chce? - Ej, kurwa, ale to mieliśmy robić drugą kolejkę! – Krzyknął zdenerwowany Kamil. Było już jednak za późno. - Weź to wyjeb, kurwa. Co teraz mamy? – Zapytał Młody. - Chemię z Pijaczką. – Odpowiedziałem mu zmęczony. - Kurwa! Na horyzoncie pojawił się Tymek, któremu na poprzedniej lekcji daliśmy niezły wycisk. Jego koszulka, opięta ciasno na brzuchu i piersi, była cała mokra, a z czoła kapały mu krople wody. - Cześć chłopaki. Niezły mecz. Dacie się napić? Kamil już zaczął wypowiadać słowo „spier…”, gdy Młody uśmiechnął się do przybysza i powiedział: - Jasne. Sperma, podaj Tymkowi butelkę. Dobrze broniłeś dzisiaj xD - Dzięki. – Tymek wypił całą siarę. – Dobre. Dzięki. Patryk spytał, czy wyrzuci butelkę, po czym poszliśmy na chemię.

Jak zawsze, spóźniliśmy się kilka minut. Razem z nami szedł Tymek. Nikt w gimnazjum nie lubił chemii (poza Czterookim, który zawsze i wszędzie siedział w pierwszej ławce, a na W-Fie nie ćwiczył w ogóle), więc młodzież sama lgnęła do dalszych ławek – nawet dziewczęta, które zgrywały pozory kujonek i lizusek. Jak się okazało, cały tył klasy był już obsadzony. Chcąc nie chcąc, musieliśmy usiąść z przodu, chociaż tyle, że przy oknie. Ja i Młody w drugiej ławce, Patryk i Kamil w środkowym rzędzie, obok nas, a Sperma, który wszedł do klasy ostatni, musiał zająć miejsce tuż przed biurkiem Pijaczki, razem z Tymkiem. - Och, zaszczyciła nas śmietanka towarzyska. Nie przeszkadzam wam, panowie? - Nie, proszę kontynuować xD – Powiedział… Tymek! Klasa wybuchła śmiechem, a zadowolony z riposty chłopak odwrócił się do mnie i Młodego, po czym przybiliśmy piątki. Lekcja się zaczęła.

Pijeczka była nazywana Pijaczką nie bez powodu – wszyscy wiedzieliśmy bowiem, że ma mniejszy lub większy problem alkoholowy, od dawna. Słyszeliśmy opowieści starszych kolegów jakoby przychodziła pijana na lekcje, ale nasza klasa nie uświadczyła takich wydarzeń. Fakt, kilkukrotnie była mocno skacowana i na kilometr śmierdziało od niej gorzałą, ale raczej zachowywała pozory trzeźwej. Niemniej jednak, lekcje u pijaczki wyglądały praktycznie tak samo – najpierw trochę teorii, potem przykłady przy tablicy. To w końcu chemia w Polsce, więc o jakichkolwiek przykładach praktycznych nie mogło być mowy. Osoby były wybierane w kolejności nazwisk (chyba, że zgłosiły nieprzygotowanie albo były nieobecne) i naprawdę niewielu osobom udało się wywijać z odpowiedzi. Z jakiegoś powodu, większość klasy panicznie bała się przykładów przy tablicy – sam nie mam pojęcia dlaczego – w końcu rozchodziło się o plus albo minus z aktywności, wielkie mi halo. Tego dnia kolej wypadła na jedną z dziewczyn, będącą dwa numerki w dzienniku przed Spermą. Były panicznie przestraszona, ale ze wsparciem koleżanek, żegnana uściskami dłoni i słowami otuchy, w końcu wyszła na środek klasy. Takiego teatrzyku nie widzieliśmy dawno. No więc owa ofiara spróbowała cokolwiek wydedukować, ale poległa już na samym początku. - Proszę pani, mogę iść do łazienki? – Zapytał nagle Sperma. - Nie żartuj, Patryk. Za chwilę idziesz do tablicy. Znam te numery. - Ale naprawdę, ja muszę! - Pójdziesz na przerwie. Mniej więcej w momencie Sperma puścił pierwszą falę gazów. Młody, który siedział bezpośrednio za nim, zakrztusił się i spróbował otworzyć okno. Bezskutecznie – było zabite gwoździami. Poczułem duszący smród gnijącego mięsa i siarki. Zaszkliły mi się oczy i naciągnąłem koszulkę na nos. Tymka tez fala nie ominęła – po chwili przesiadł się do środkowego rzędu, zatykając nos i usta dłonią. - Co się dzieje? – Zapytała rozdrażniona Pijaczka. Po chwili i ona chyba poczuła odór. Ale po męsku, nie dała po sobie niczego poznać. Sperma głośno i wyraźnie powiedział jej prosto w oczy: - następnym razem będzie mokry. Kobieta dała mu znak, by szedł, po czym sama poszukała okna, które dało się otworzyć. Do Sali wpadł świeży podmuch wiatru.

Sperma wrócił po kilku minutach. Łazienka była oddalona od Sali chemicznej dosłownie o parę kroków, ale i tak uwinął się dosyć szybko – a przynajmniej tak nam się wydawało. - Już ci lepiej? – Spytała Pijaczka. - Tak, wypędziłem demona xD – Klasa po raz kolejny zarechotała. Kujonki udały, że są zażenowane. Jedna z nich dostała papierową kulką w głowę, prawdopodobnie od Kamila. - Siadaj. Dzisiaj już nie będę cię męczyła przy tablicy. Sperma rozpromienił się od ucha do ucha i usiadł w swojej ławce.

Gdy zadzwonił dzwonek, Sperma szybko odwrócił się do nas. - Chodźcie ze mną, beka jak sam skurwysyn xD - Czego chcesz, śmierdzielu? – Zapytał Młody. - No chodźcie, szybko. Całą paczką wyszliśmy z klasy i skręciliśmy w jeden z bocznych korytarzy. Stał tam spory kwiat (zwany przez nas palmą), w kamiennej, wielkiej donicy. - Patrzcie, kurwa. Z początku niczego nie zobaczyliśmy – ale gdy Patryk podszedł bliżej i zachłysnął się, zrozumieliśmy, co leży koło rośliny. Gówno. Sperma zamiast do łazienki (cuchnącej i brudnej palarni), załatwił potrzebę na korytarzu, do donicy. Teraz tłusty stolec leżał w brunatnej ziemi, wyglądając jak jakiś błyszczący korzeń albo rozpuszczony baton. - Kurwa, nie piję już Tęczy i Be Powerów. Nigdy razem.

O dziwo, stolec pozostał w donicy przez kilka dni, omijany szerokim łukiem przez uczniów i nauczycieli. W końcu, gdy wysechł, został prawdopodobnie usunięty przez jedną z woźnych. Sprawcy nigdy nie znaleziono, ale temat wypróżnienia poruszono na zebraniu rodziców.

Nawiedzony dom stał samotnie przy jednej ze starych, opuszczonych uliczek za łąkami. Niedaleko, bo przy równoległej, bliźniaczej dróżce, wybudowanych było kilka domów zamieszkałych przez ludzi. Nie chodziliśmy tam praktycznie w ogóle, bo nie było tam niczego interesującego. Przechadzaliśmy się łąkami, dzierżąc w dłoniach kije (znaczy się miecze), już nieco znudzeni katowaniem niewidzialnych przeciwników. Usiedliśmy przy jednym z malutkich jeziorek, głębokiego może na pół metra. - Co robimy? – Zapytał Emil. - Nie wiem jak wy, ale mnie się na dzisiaj znudziło. – Powiedziałem, siadając po turecku i kładąc broń na kolana. - Głodny jestem, kurwa. – Burknął Sperma. Młody przytaknął. Rzeczywiście, po kilku dniach z rzędu, zabawa w Diablo straciła nieco na uroku i potrzebowaliśmy przerwy. Chłopak rozejrzał się wokoło i nagle się uśmiechnął. - Mam kurwa zajebisty pomysł.

W dalszym ciągu uzbrojeni w kije, podkradliśmy się od tyłu do jednego z domostw. W tym momencie zrozumiałem, co miał na myśli Młody. Szklarnia. Był akurat okres hodowania wszelakich warzyw i owoców, więc mogliśmy wziąć trochę dla siebie. Ukryliśmy się w wysokich trzcinach i obserwowaliśmy otoczenie. Na zewnątrz nie było ani śladu żywej duszy. Lepiej było jednak dokładnie wszystko sprawdzić, żeby później nie żałować, podczas ucieczki łąkami. Emil zaśmiał się, po czym zaczął swoją opowieść: - Pokłóciłem się dzisiaj z nauczycielką. O co? No czapkę mi zabrała. Poza Młodym, wszyscy skierowaliśmy się w stronę Emila. - Wszedłem kurwa do klasy, nie? Widzę czapka na stole. Podchodzę do niej na kurwa chama, bo żem zdenerwowany był, nie wysrałem się rano dobrze… Sperma już nie mógł powstrzymać się od śmiechu. - Kurwa do klasy, tak patrzę na nią, jakbym chciał ją zajebać. Nie odda mi pani czapki, prawda? No nie. To mi oddasz pieniądze. Wszyscy dosłownie padliśmy na ziemię, rżąc na całe gardła i krztusząc się co chwila. - To mi oddasz pieniądze, o kurwa! – Wyszeptał zapłakany Sperma. – O chuj! Młody zaczął przywoływać go do porządku. - Sperma! Zamknij ryj, kurwa! Zaraz ktoś nas zczai!

Posiedzieliśmy w ukryciu jeszcze kilka minut, powtarzając cytaty z opowieści Emila, a gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, ruszyliśmy do akcji. Prowadził Młody, zaraz za nim ja, potem Sperma i na samym końcu Emil, ubezpieczający tyły. Wejście do szklarni znajdowały się od strony domu, więc musieliśmy okrążyć całą konstrukcję, a potem ostrożnie przekraść się do środka.

Warzyw było stosunkowo mało, a te, które rosły, były jeszcze niedojrzałe, małe. Emil rozgniótł kilka papryk kijem. - Co ty odpierdalasz, Emil? – Zapytał Młody. - No tak se rozjebałem gruszkę kurwa. - Chyba paprykę. – Poprawił Sperma. - Jeden chuj. Ładuj w kiejdy (potocznie kieszenie) co popadnie. Juma nie śpi. Wszyscy zaopatrzyliśmy się w papryki i kabaczki. Młody pobiegł na drugi koniec szklarni, gdzie rosły przerośnięte bakłażany. - Chodźcie, szybko! Patrzcie co tu mają! Bez słowa zerwaliśmy po jednym bakłażanie i uciekliśmy z powrotem na łąki. Obyło się bez pościgów.

Będąc w bezpiecznej odległości, czyli przy jeziorku, gdzie rozpoczęła się nasza misja, sprawdziliśmy, czego i ile mamy. Jednak za nic nie mieliśmy pomysłu, co z warzywami możemy zrobić. - Ty, weź kurwa przekrój tą paprykę, to się do niej zesram! – Zaproponował Emil Młodemu. - Nie mam kurwa noża. - To może kurwa zrobimy z nich coś do żarcia? – Tutaj chłopak wziął paprykę i ugryzł ją. Po chwili wypluł wszystko, co miał w ustach. - Chujowe, gorzkie! - A jakbyśmy zrobili jakąś procę albo katapultę? – Zapytałem. Pomysł przypadł do gustu pozostałym. - Ładujemy pociski i na śmietnisko!

Gdy dotarliśmy na miejsce, było już ciemno. Wśród śmieci znaleźliśmy jakąś dętkę, czy kawał cienkiej gumy oraz metalową sklepową półkę, wysoką na mniej więcej metr. Mieliśmy chyba wszystko. Pierwsze próby przeprowadziliśmy na kamieniach – jako tako latały (a przynajmniej przelatywały na drugą stronę rzeki). Warzywa jednak za nic nie chciały iść w ich ślady. W ten sposób, zmarnowaliśmy dwie papryki. - Ej, kurwa, to Michałek? – Zdumiał się Sperma. Rzeczywiście, Michałek przechodził właśnie przez most na naszą stronę. - Jebać procę, będziemy rzucać xD – Padł pomysł. Wzięliśmy warzywa, naciągnęliśmy kaptury na głowy i pobiegliśmy w stronę Michałka.

Dziewczęcy pisk. Potem drugi, trzeci, czwarty. Za każdym razem, gdy jakieś warzywo uderzało w ciało Michałka, wydawał z siebie wysokie krzyki. Staraliśmy się celować w nogi, ale i tak połowa warzyw trafiała w plecy uciekającego chłopca. W końcu Młody wybiegł do przodu i cisnął w niego bakłażanem. Strzał za dziesięć punktów – pod prawe kolano. Michałek upadł. Uciekliśmy z miejsca ataku na łąki i ukryliśmy się w pobliżu zbiornika wodnego. - Kurwa, Młody. Piękny strzał. – Pogratulowaliśmy mu. - Ładnie dostał. Emil śmiał się jak opętany. - Emil, co ci? – Zapytałem, ale po chwili zdałem sobie sprawę. Na jasnych spodniach Emila wykwitła pośrodku plama. Chłopak płakał ze śmiechu i ocierał łzy rękoma. - Ja… Kurwa… Zejszczałem się ze śmiechu… - Każde słowo oddzielone było rechotem. Co mogliśmy zrobić? Zaczęliśmy śmiać się razem z nim.


Dawno temu mało kto posiadał własny komputer, nie mówiąc już o połączeniu z internetem. Od czasu do czasu odwiedzaliśmy więc pobliska kafejkę internetową, gdzie ściągaliśmy śmieszne obrazki, które później zgrywaliśmy na dyskietki. Na tym jednak nie poprzestaliśmy – szukaliśmy zabawnych filmików, których w sieci nie brakowało – najlepszym tego przykładem była przerobiona reklama Ery Omnix. Jakimś cudem zdobył ją Sperma, który przekazał plik Kamilowi, ponieważ nie mógł ryzykować, że jego rodzice znajdą na dysku coś takiego.

Jakiś czas później, w szkole zaczepiła nas Ada (siostra Tymka). Rodzeństwo było ze sobą skłócone, praktycznie od zawsze i wszyscy o tym wiedzieli. Co gorsza, mieli w domu jeden komputer, który żeby było uczciwie, przechodził z pokoju do pokoju co tydzień. Wyjątek stanowiły szlabany dla jednego z użytkowników – a te zdarzały się często. - Ostatnio Tymek naskarżył, że dostałam dwie pały z majmy i miał kompa tydzień dłużej. – Mówiła. Słuchaliśmy wszystkiego z uśmiechem na ustach, bo chociaż nie mieliśmy problemów z Adą i w gruncie rzeczy nawet ją lubiliśmy, to zwyczajnie bawiła nas ta wojna domowa i podchody. - To co, pomożecie mi? - No ale co my możemy? – Zapytał Młody. - No przyjdziecie do mnie jak starych nie będzie w domu i zgracie na kompa jakieś pornosy albo coś. Dobra? Zapowiadała się niezła zabawa.

Ada zadbała o najmniejsze detale – dostarczyła nam kilka dyskietek Tymka, jego zeszyt (dzięki któremu Patryk był w stanie podrobić jego charakter pisma na etykietach dyskietek) i powiedziała dokładnie, kiedy będzie zupełnie sama. Mieliśmy całe popołudnie, by spreparować dowody zbrodni – Kamil wykorzystał swoją bibliotekę zdjęć porno (z Sexplanety, a jakżeby inaczej) i dorzucił gratis filmik Ery Omnix. Potem wszyscy (czyli ja, Młody i Kamil) udaliśmy się w stronę blokowiska, na którym mieszkali Tymek i Ada.

Lokatorka otworzyła drzwi sekundy po tym, jak Młody zapukał. Wyczekiwała nas. - Chodźcie, szybko. Mamy pół godziny. Przeszliśmy do pokoju Tymka, gdzie na małym biurku z kółkami stał komputer i ogromny, kineskopowy monitor. Włączyłem go, a Ada wyjęła z szafki pudełko po butach, z którym pełno było dyskietek i płyt CD. - To rzeczy Tymka. Wrzućcie tu parę dyskietek – jedną zostawcie mi. Podrzucę ją staremu. Kamil zgrał zawartość wszystkich dyskietek na dysk komputera, po czym podał Adzie jedną z nich, z wdzięcznym dopiskiem „Pornole Tymka”, wykonanym przez Patryka. - Haha, nawet ja nie rozpoznałabym, że to nie Tymek pisał xD - Mamy swoich fachowców. – Odparł Młody. – Kamil, weź się pospiesz. Zaraz musimy się zbierać. Ada pobiegła do pokoju rodziców i zapewne chowała dyskietkę wśród tych, które należały do Adolfa. - Ada, patrz, czy nikt nie będzie wchodził do bloku! My tu sobie damy radę! – Krzyknął Młody. - Dobra! – Usłyszeliśmy głos z pokoju. Chłopak podszedł do szafy i otworzył ją. Na wieszakach wisiało kilka koszulek i bluz Tymka, a w głębi znajdowała się reklamówka z ubraniem na W-F. - Kiedy mamy W-F? - Jutro, na trzeciej lekcji. – Odpowiedziałem, patrząc, jak Kamil tworzy folder na pulpicie, do którego ładował jak popadnie wszystkie zdjęcia. Dla niepoznaki, zaznaczył, by był ukryty, po czym we właściwościach wyświetlania zaznaczył, by system pokazywał ukryte pliki i foldery. Młody zaczął się śmiać. Stał nad reklamówką z ubraniami i sikał do niej, pilnując, by nie trafiło do niej zbyt dużo moczu. Tymek nie mógł się dowiedzieć, że ktoś ruszał jego rzeczy. - Skończyłem. – Powiedział Kamil. Młody wstrząsnął reklamówką i schował ją tam, gdzie była wcześniej. - Ada, będziemy lecieć. Wszystko gotowe. Dziewczyna podeszła do nas: - Dzięki, chłopaki. Jestem waszą dłużniczką. Dam wam znać, jak ojciec urządzi piekło Tymkowi. - Dobra. Narka. Pożegnaliśmy się i wyszliśmy. Żeby uniknąć ewentualnego spotkania z Tymkiem albo Adolfem, zeszliśmy schodami – całe cztery pietra w dół. Na szczęście, nie wpadliśmy na nich.

Następnego dnia, Ada opowiedziała nam, że komputer stoi bezpiecznie w jej pokoju, a Tymek ma szlaban na dwa miesiące. Przy okazji porządnie oberwał kablem od żelazka. Ucieszyliśmy się z powodzenia misji. Wtem, Młody przypomniał nam coś jeszcze. - Na następnej lekcji W-F. Zrozumieliśmy od razu, co miał na myśli.

W szatni dla chłopców byliśmy jako pierwsi, wyprzedzając nawet Czterookiego i Michałka, którzy wręcz biegali z klasy do klasy i ZAWSZE robili wszystko, by wejść na lekcję pierwsi. Tymek zjawił się nieco później, nieco przygaszony i smutny – zapewne przez karę i lanie, jakie dostał dzień wcześniej. - Co jest, Tymek? – Zapytał Młody. Był rozbawiony całą sytuacją, ale w tym momencie po części był również poważny. Tymek był wytykany palcami i wszyscy robili sobie z niego żarty, ale chcąc nie chcąc, był częścią klasy. - Nic. Przez siostrę mam przejebane. - A co się stało? - Pokazała jakieś gówna staremu i powiedziała, że to moje. - Gówna? - No jakieś filmiki i zdjęcia. Zawołała go do pokoju i mówi, że coś jej wyskoczyło. A tu nagle „Era Omnix, nie ma chuja”. Roześmialiśmy się. - Ty, a może to jakiś wirus? – Zapytał Patryk. Znał szczegóły naszej akcji doskonale. - Nie mamy Internetu… W tym momencie zadzwonił dzwonek. Weszliśmy do szatni i zajęliśmy „swoje” miejsca. Młody był „sąsiadem” Tymka. Zaczęliśmy wyciągać z plecaków krótkie spodenki i koszulki. Tymek wyjął swoją reklamówkę – poznaliśmy ją od razu i odwróciliśmy głowy, by ukryć uśmiechy. Ofiara nie zorientowała się, że coś jest nie tak. Włożył ubranie i wyszedł. - O kurwa mać xD - Ja pierdolę! - Haha! – Śmiała się większość chłopców i skandowała kolejne przekleństwa. Tymka unikaliśmy jak ognia podczas gry tego dnia oraz na wszystkich późniejszych lekcjach.

Matematyka nie była mocną stroną Spermy i Młodego. W pewnym momencie przestawali sobie radzić, chociaż (jeśli uważali na lekcjach i robili cokolwiek), jakie takie podstawy łapali. Ich najsłabszym punktem była chyba geometria – tutaj po prostu leżeli i kwiczeli. Raz na jakiś czas przychodzili więc do mnie (też nie należałem do orłów z tego przedmiotu, ale z geometrii byłem NAJlepszy), żeby nieco się poduczyć. Tak też było dzień przed jedną z kartkówek.

- Kurwa, ni chuj tego nie rozumiem dalej. – Bulwersował się Sperma. - No spójrz, to łatwe. – Próbowałem zachęcić go do jakiejkolwiek pracy, ale piwa zdążyły już podziałać. Bo wiecie, takie spontaniczne korepetycje w rzeczywistości były spotkaniami w pobliskiej piaskownicy, gdzie sączyliśmy browary i dopiero w drugiej kolejności, staraliśmy pomóc sobie w nauce. - Sperma, a jakbyśmy się jutro pochorowali? - No co ty, będziemy mieć przejebane. Teraz poleci nam już sprawowanie i Prukwa (przezwisko wychowawczyni) będzie nam robić gnój. - A jak pójdziemy na matmę, to nie zdamy. Ta kartkówka to być albo nie być. - Ale będzie jakaś klasówka jeszcze potem przecież! - I kurwa sugerujesz, że napiszesz ją na trójkę? Musimy teraz zaliczyć, żebyśmy potem mieli łatwiej na klasówce. - To co proponujesz? – Zapytał Sperma poirytowany. Ja powoli piłem sobie piwko, przeglądając jeden z prawie pustych zeszytów chłopaków. - Zajebiemy jej te kartkówki albo podrzucimy własne.

Sala do matematyki sąsiadowała z salą od języka polskiego. Lekcje, na szczęście następowały zaraz po sobie, a w dodatku, po godzinie polskiego mieliśmy mieć godzinę wychowawczą (drugi polski, w zasadzie). Kartkówka, zgodnie z założeniami, nie poszła Spermie i Młodemu. Byli jednak na tyle sprytni, by sporządzić kopie zapasowe zawierające pytania, nazwy grup oraz miejsca na odpowiedzi (które powstały w grupie kilku osób na polskim). Podkradł się do nas Tymek: - Chopacy, wiem co knujecie. Dajcie mi też zamienić kartkę. Młody uciszył go gestem. - Będzie przypał. Ty nie jesteś zagrożony, więc nawet jak dostaniesz teraz pałę, to zdasz. - Zdać zdam, ale stary mnie zajebie. Młody dał mu kartkę ze swoimi pytaniami, spisanymi na brudno i odesłał go do swojej ławki, gdzie ten rozpoczął szybki proces przepisywania. Czasami nawet Tymek był częścią naszej klasowej wspólnoty.

Gdy zadzwonił dzwonek, praktycznie cała klasa wyszła. Zrobiliśmy wokół wychowawczyni sztuczny tłum, by osłonić kryjących się w tym momencie Tymka, Spermę i Młodego (za zasłonami z tyłu pomieszczenia). Franca, jak zwana była nauczycielka matematyki, trzymała swoje kartkówki w szufladzie biurka – co ciekawe, nie była ona zamykana. Nigdy nie zdarzyło się bowiem, by w ciągu pięciominutowej przerwy ktoś włamał się do klasy, podmienił kartki i uciekł. Przynajmniej do teraz. Gdy klasa została zamknięta z zewnątrz, Młody otworzył szerzej jedno z okien i wyszedł na parapet – był to parter, więc gdyby spadł, mógłby bez problemu wdrapać się z powrotem. Okno sąsiedniej klasy również było otwarte – zresztą nie było to niespodzianką. Na dworze było już prawie kalendarzowe lato.

Według opowieści Młodego, misja poszła szybko i sprawnie. Zaraz po nim, do klasy wszedł Sperma, z którym razem rozpoczęli przeszukiwanie kartkówek. Gdy znaleźli swoje prace, podmieniali je na nowe, rozwiązane. Na parapecie pojawił się Tymek: - Hej, chłopaki! Zrobiliście to już? - Tymek, kurwa, zamknij się, bo ktoś nas zczai! Wracaj do klasy, zaraz wracamy. Sperma podszedł szybkim krokiem do okna i kazał Tymkowi wracać. Ten, nieostrożnie, spadł z parapetu, wydając przy upadku charakterystyczne „Ooo!”. Zadzwonił dzwonek. Sperma wyszedł przez okno i wszedł do Sali obok. Młody został sam – znalazł kartkówkę Tymka, podmienił ją i wyskoczył przez okno. Nie było już czasu na powrót na godzinę wychowawczą parapetem, bo do klas zaczęli wchodzić uczniowie. Skoczył więc w dół, do Tymka, po czym ruszyli w stronę wejścia do szkoły, przemieszczając się ja najbliżej okien, by nikt ich nie zauważył.

Następna matematyka była próbą nerwów dla trzech włamywaczy. Okazało się, że Sperma dostał trójkę plus, a Młody czwórkę minus. Franca była zaskoczona i niedowierzała. - Chłopcy, nie wiem, jak to zrobiliście, ale… Nauczyliście się. - Tak, proszę panią! Dzięki pomocy kolegów! – Krzyczał szczęśliwy Młody, wskazując mnie rękoma jak prestidigitator. Uśmiechnąłem się i pomachałem. Dostałem tego dnia piątkę, chyba jedyną w semestrze z matmy. - Wspólna nauka? – Zapytała w końcu Franca, wyraźnie ucieszona z osiągnięć swoich uczniów. - Tak, trochę razem powkuwaliśmy. – Cieszył się Sperma, wpatrując w śliczną liczbę 3 napisaną czerwonym długopisem. - No dobrze. Ale nie ze wszystkich jestem zadowolona. Ktoś w tej klasie wczoraj próbował mnie oszukać. Czy ta osoba mogłaby wstać, czy nie ma odwagi? Nikt nie wstał, ale klasę przecięły przyciszone rozmowy. - Tymek. Wstań. Chłopak stanął na baczność, cały biały na twarzy i ociekający potem. - Ty, ale żeby nas kurwa nie wsypał. – Szepnął Sperma. - Spoko, nikt nas nie złapał za rękę. A jakby coś, to mu wpierdolimy za to, że jest konfidentem. - Masz coś do powiedzenia? – Franca podniosła głos i stanęła przed Tymkiem. - Ja… Nie… Bo… - Myślałeś, że nie dowiem się o twojej sztuczce? – Tymek zaczął trząść się jak galareta. – Kartkówki miałam ułożone tak, jak siedzieliście w ławkach. Myślałeś, że nie zauważę, że jak napiszesz drugą grupę, to nie zauważę? Pała. Tymek jęknął przeciągle.

Jedna z sąsiadek Spermy miała wyjść za mąż. Zgodnie z proletariackim zwyczajem, przed dom wychodziła osoba z koszem pełnym butelek wódki, które ofiarowywał tym, którzy przyszli życzyć wszystkiego najlepszego młodej parze. Wśród nich byli oczywiście Sperma i Młody, chcący wyłudzić dwie flaszki. Skończyli na wyżebranej jednej, bo i tak wszyscy wiedzieli, że mają zaledwie piętnaście lat.

W drodze na łąki, gdzie miała odbyć się kameralna libacja, spotkali mnie, Kamila, Emila i Patryka, a potem jeszcze Michałka. Mimo protestów, Młody zaprosił tego ostatniego do naszego grona, bo według niego, mogło być przez to zabawniej. Jak wszyscy bowiem wiedzieliśmy, z nas wszystkich Michałek jako jedyny nie pił nigdy alkoholu – nawet lekkiego. - No nie wiem, tata kazał mi się tu bawić. - Michał, daj spokój. Jest ciepło, idziemy na łąki, będzie fajnie! – Mówił Młody. Emil pokazał za jego plecami gest wymiotowania. - No… To dobra, chłopaki. – Michałek uległ, ale wciąż czuł się niepewnie w towarzystwie osób, które maltretowały go od czasów wczesnej podstawówki. – Ale na krótko. - Dobra, jak wolisz. Poszliśmy na łąki.

Po drugiej stronie jeziora, skryliśmy się wśród „bambusów” – wycięliśmy w nich sobie tunel prowadzący w głąb, gdzie zaś utworzyliśmy okrągłe „pomieszczenie”. W takim miejscu nikt nie mógł nas znaleźć. Młody wyciągnął wódkę. - To co, lecimy? - Ja… Ja nie piję. – Odpowiedział Michałek. - Nie wypijesz zdrowia młodej pary? – Zapytał ostro Sperma, siedzący obok. Młody w tym czasie zdjął małą kokardkę z szyjki butelki. Emil po chwili wplótł ją w swoje krótkie włosy. - No… Dobra… Ale jeden kieliszek. - Będziemy jebać z gwinta, nie mamy szkła. – Powiedział Młody. – Prowizorka, ale nie bójcie nic. Pierwsza kolejka poszła w ruch. Emil przegryzał wódkę liśćmi, ku obrzydzeniu wszystkich zgromadzonych wokół. - Co ty odpierdalasz? – Zapytał zdegustowany Patryk, wycierając szyjkę rękawem i biorąc łyk. - A ty, kurwo? Czyścioch się znalazł. Co, może złapiesz od nas jakąś mendę, co? - Ej, spokój, kurwa! Jak chcecie robić burdy, to wypierdalać, obaj. – Zakończył kłótnię Młody. Konflikt został zażegnany, Patryk wziął łyk. Emil dokończył zagryzanie liścia i uśmiechnął się – zdecydowanie, miał już dość picia, ale należał do osób, którym stanowczo nie należy mówić, że ma dość. Dlatego kolejka szła dalej.

- Ej, Michałek… A ty walisz gruchę czasem? – Zapytał Emil kilka kolejek dalej. Był już wstawiony, zresztą jego rozmówca również. Wbrew temu co mówił, nie poprzestał na jednym łyku. - A… Co? - No tak… Się pytam. - No walę. Czasem. - A to ty nie jesteś pedałem, nie? - Nie… - Michałek czknął głośno. Kamil zaśmiał się, też już nieco sfatygowany piciem. - No to… Ile waliłeś najwięcej? Bo ja to cztery razy. - Nie wiem… Ja… - A wy? No, dawajcie, kurwa! Sami swoi tu są. - Tryb zwierzania się Emilowi włączył xD – Zaśmiał się Młody. - No kurwa, dajcie spokój. Sperma, ty jesteś taki zboczony. Ile? - Ja nie wiem… Siedem? Byliśmy zszokowani, bo w takich chwilach ludzie nie kłamią. Wydawało się zatem, że Sperma mówi prawdę. Wypowiedź przywitały oklaski i wiwaty. Kamil zaczął nucić pod nosem „jebać, jebać, PZPN”. - Ty… Ale to już się chyba spuszczałeś wodą, nie? - No na koniec to miałem już flaka, ale myślę „muszę kurwa muszę, ona tak ładnie bierze w dupę”. – Kolejna salwa śmiechu. Nawet Michałek się do nas przyłączył. - No, Michał. Dawaj. Ile? – Zapytał teraz Patryk. - Trzy. Kolejne brawa i wiwaty. W końcu wszyscy zwierzyliśmy się ze swoich przygód – w większości ograniczających się do dwóch-trzech razy, nie więcej. - A próbowaliście czegoś innego? – Emil dalej podtrzymywał dyskusję. - Jak co? – Zapytał ktoś. - No nie wiem. Jakieś chuje muje, dzikie węże. Palec w dupie albo co. - No to ja jebałem butelkę płynu do kąpieli. – Powiedział Sperma. Młody położył się, zanosząc ze śmiechu. Poczułem, że po policzkach spływają mi łzy. – No co, kurwa? Nikt nigdy nie wpychał pały w takie miejsca? Młody, nie śmiej się kurwa, bo ty nie jesteś lepszy. Zaciekawiło nas to. Nikt nie wiedział, co Sperma ma na myśli. Nachyliliśmy się do przodu, nasłuchując. - No dobra, kurwa. Odkurzacz. Sprzątałem pokój i tak mnie naszło, bo żem oglądał dupcocha wcześniej. W końcu wszyscy opowiedzieliśmy swoje historie. Ja wkładałem między poduszki, Patryk miał w pokoju miejsce pod dywanem, gdzie regularnie się spuszczał, Emil walił pod zdjęcia ciotki z wakacji (jak powiedział, to lepsze niż porno), a Kamil został przyłapany przez matkę, gdy próbował dojść. - Kurwa, musisz kiedyś opowiedzieć to ze szczegółami. – Powiedziałem mu. - A Michał? – Zapytał Młody. – Masz jakieś pojebane doświadczenia? - No… W sumie to mam jedno. Ale to nie walenie konia. - Nieważne, dawaj! – Ponaglił go Emil. - No to… Siedziałem w wannie. I pomyślałem, że fajnie byłoby wsadzić sobie coś w tyłek. Włożyłem palec – ale to nie był to… Wsadziłem kciuk… Też nie. W końcu… Wsadziłem dwa palce i zacząłem przeć do przodu… I tam była taka… Gąbeczka. - O kurwa! Fuj! – Krzyczeliśmy. – To było gówno! - Nie gówno! Gąbeczka! Taka miękka i fajna… Ale na drugi dzień już jej nie mogłem znaleźć… Może jest głębiej? - Wysrałeś ją! Ja pierdolę! – Śmiał się Sperma. Historia życia Michałka. Wkładać palce we własne gówno. A raczej „gąbeczkę”.

Każda paczka przyjaciół, ma swoje „coś”. Dla jednych jest to po prostu wspólny sekret, postanowienie lub pogląd, dla innych oznacza to charakterystyczny sposób witania się, a dla pozostałych, grupę może identyfikować jakiś przedmiot. Przez jakiś czas mieliśmy własne, namacalne „coś”, co utworzył nie kto inny, jak Sperma. A wszystko zaczęło się niepozornie, podczas jednego z zastępstw w bibliotece, w drugiej klasie gimnazjum.

Pomieszczenie nie należało do wielkich – były tam trzy, najwyżej cztery stoliki, każdy z czterema dosuniętymi krzesłami. To niewiele, jeśli na zastępstwo przychodziła cała klasa. My, jako „niegrzeczna” część klasy (czyli większość chłopców – bo tylko dziewczęta były doskonałe, nieskazitelne i najwspanialsze), siedzieliśmy za biurkiem bibliotekarek, oparci o półkę z książkami. Kilkoro z nas, w tym Sperma, siedziało pod parapetem, co wywołało falę żartów i śmiechów. - Patrzcie, patrzcie, znaleźliście miejsce dla siebie? – Zapytała jedna z dziewczyn siedzących przy stolikach. Ola – jedna z najbardziej fałszywych, dwulicowych i antypatycznych osób, jakie zdarzyło nam się poznać w życiu. Oczywiście jej najlepsze koleżanki skwitowały uwagę uśmieszkami i chichotami. - Spierdalaj, kurwo. – Odkrzyknął Sperma, przeżuwając kanapkę. Widać, nie miał nastroju. - Powiem pani, jak ładnie się odzywasz! - Powiedz swojej starej jak będę u niej w nocy, dziwko. Co to dużo mówić – Sperma nigdy nie pierdolił się w tańcu i mówił wprost, co mu na sercu leżało. Ale trzeba przyznać, że siedzenie pod parapetem było dobrym tematem do dowcipów. Młody wyciągnął największą i najgrubszą książkę jaką znalazł na półce i uroczyście wyrecytował. - Wielka księga parapeciarzy. Sperma, to o tobie xD - Eee, odjebcie się ode mnie. Już ta pizda mnie wkurwiła. Ola odbąknęła coś pod nosem i popatrzyła z pogardą na Spermę. Ten zaś otworzył usta wypełnione kanapką i poruszał językiem. Dziewczyna odwróciła się, obrzydzona widokiem. - Ale w sumie możemy zrobić własną knigę. – Powiedział w końcu.

Sperma posłużył się swoim praktycznie nieużywanym zeszytem do religii, by stworzyć księgę. Na pierwszej stronie, właściciel wypisał własnym alfabetem (domyślenie się, co oznacza dany znak było dziecinnie proste, ale teoretycznie wszystko było zaszyfrowane) słowa „wielka księga parapeciarzy”. Założenie było bardzo proste – każdy członek paczki posiadł jedną kartkę, którą miał wypełnić w dowód przyjaźni. U góry widniało więc jego imię lub pseudonim, rzecz jasna „zaszyfrowany”, poniżej zaś znajdowały się puste pola, w których znaleźć się miały fragmenty jego samego. - Chyba cię pojebało, Sperma. – Zbulwersował się Młody. - No kurwa, chłopaki. Przecież jest w tym cel. - Jaki cel? Po chuj ci nasze łoniaki? – Zapytałem. - Żeby pokazać, że jesteśmy przyjaciółmi! To dowód. - Spermie odjebało xD – Zaśmiał się Kamil. W końcu jednak jakoś wszyscy ulegli.


Na każdej kartce znalazła się kolejno kropla krwi, kępka włosów łonowych (poza Emilem, który jeszcze nie doczekał się własnych xD), kilka włosów z głowy, „smark” oraz podpis – wszystko, poza tym ostatnim, zaklejone taśmą klejącą, w celu zabezpieczenia. Pakt został podpisany – byliśmy teraz formalnie przyjaciółmi, jakkolwiek irracjonalnie by to nie brzmiało.

Wielka księga parapeciarzy przetrwała kilka miesięcy. Wszyscy znudziliśmy się i zapomnieliśmy o tym dziwnym wybryku Spermy, ale on sam podszedł do tematu poważnie i profesjonalnie. Jak więc zdziwiliśmy się, gdy pół roku później, ponownie zobaczyliśmy księgę. Sperma wyjął ją ze swojego plecaka na jednej z lekcji. - Oto i jest. - Stary, jeszcze to masz? – Zapytał Patryk, choć dobrze znał odpowiedź. - Postanowiłem, że to odpowiedni moment żeby wykorzystać wiedzę zawartą w księdze. Wymieniliśmy z Patrykiem i Młodym zaniepokojone spojrzenia. Sperma zaś, kolejno odklejał kępki włosów łonowych i usypał z nich górkę na ławce, zasłoniętą piórnikiem. Chwilę potem wysypał wszystko niepostrzeżenie na głowę Oli, która siedziała ławkę przed nim.

Haha, na razie nie ma sensu spieszyć się z oprawianiem w skórę :) Jeszcze trochę "rozdziałów" przybędzie, mam nadzieję. Pomysł z Mikołajkiem też jest ciekawy, a jakże, ale wymagałby trochę pracy - ktoś musiałby narysować wszystkie te postaci i sytuacje.

Gdy nastawał okres lata, Michałek lubił spędzać czas, jeżdżąc po naszej dzielnicy na rowerze, często w towarzystwie swoich znajomych lub siostry Marlenki. Zdarzało się, że był obrzucany kamieniami i gałęziami przez okolicznych łobuzów, takich jak choćby Emil, ale były to przypadki raczej sporadyczne. Sęk w tym jednak, że brak agresji nie oznacza obojętności – cało to „robienie kółek” nie podobało się Spermie, Patrykowi i Kamilowi. Z jakichś powodów, podczas jednej z naszych rozmów, doszli do wniosku, że trzeba ukrócić praktyki znajomego. Michałek każdego dnia, regularnie i punktualnie, o 14:00 wracał do domu na obiad, który jadł mniej więcej pół godziny. Swój rower (w tym okresie jeszcze zbyt duży – kupiony na wyrost) zawsze przypinał do krat w oknie piwnicy domu. Było to podwójne zabezpieczenie – bo jako tako, nikt nie kradł niczego, co znajdowało się na posesji innej osoby, ale Michałek był dosyć ekstremalnym przypadkiem.

- Kurwa mać, jak ten pedał jeździ sobie na tym jego pedalskim rowerku, to mnie chuj strzela. – Zaczął Kamil. - Po kiego w ogóle się nim przejmujesz? – Zapytałem go. Michałek jeździł sobie od dawna i właściwie nikomu nie robił tym krzywdy. - Bo nam się buja po rewirze jakby nigdy nic. – Tym razem odezwał się Patryk. Spośród wszystkich w naszej paczce, on miał najrzadsze, ale najmocniejsze wahania nastroju. Jednego dnia potrafił spisywać od Michałka na klasówce, w drugim planować… No właśnie, co? - Ej, zróbmy mu jakiś żart, co? On niedługo pójdzie na obiad, więc możemy zajebać mu siodełko albo coś. - Stary wyjebie mu liścia (uderzenie w twarz otwartą dłonią) za to, że je zgubił i tyle będzie. Potrzebujemy czegoś lepszego. - A jakbyśmy odkręcili mu koła? – Wtrącił Sperma w nagłym olśnieniu. - Jak to odkręcili? – Kamil był niepewny. - No odkręcimy mu śruby – jak gdzieś wyskoczy, to koła mu odpadną i się wyjebie. Przynajmniej jego stary nie będzie wtedy nas ścigał, żebyśmy oddali mu siodełko. Czysty wypadek. - Dobre. Ale odkręćmy tylko koło z przodu – jak nagle wyjebie mu oba, to od razu się kurwa połapie, że ktoś mu to zrobił i będzie przypał. - Ty, ale to już kurwa nie będzie żart, jak coś mu się stanie. – Pomyślałem głośno. Rzeczywiście, gdyby Michałek zrobiłby sobie coś poważnego podczas jazdy, mielibyśmy problem. - Daj spokój, jak on kurwa jeździ jak baba. Ja go truchtem mogę wyprzedzić. Jak się wypierdoli, to najwyżej potłucze sobie ten pedalski ryj. – Powiedział Kamil. Czyli postanowione.

Sperma wziął z piwnicy komplet kluczy ojca i rozdzielił je równo między całą naszą czwórkę, żeby było łatwiej nam je transportować. Wejście do domu Michałka nie było osłonięte od strony ulicy, ale o tej porze raczej nie spodziewaliśmy się przechadzających się zastępów pieszych. Dla bezpieczeństwa jednak, stanąłem przy bramie na czatach, w bluzie Spermy z kapturem naciągniętym na głowę. Na szczęście, było bezpiecznie – ani w domach naprzeciwko, ani na ulicy, nie pojawił się nikt, kto mógłby przeszkodzić zamach na Michałka. Po upływie kilku minut podszedł do mnie Kamil. - Kitramy się. Patryk i Sperma już poszli inną drogą.

Siedzieliśmy na ławce w cieniu jednego z niskich bloków mieszkalnych, czekając, aż Michałek wyjedzie na ulice swoim rowerem. Sperma zebrał wszystkie swoje klucze do worka i położył go obok nogi. Po kilkunastu minutach, wypełnionych rozmowami na przeróżne tematy, zobaczyliśmy Michałka. Jechał w towarzystwie Marlenki – nic jednak się nie działo. - Ej, a to koło to dobrze odkręciliśmy w ogóle? – Zapytał Sperma zaskoczony. - No tak, jasne. Ale musimy czekać, aż koło oder… W tym momencie przednie koło Michałka dosłownie wyskoczyło do przodu, a on sam przewrócił się z łoskotem do przodu. - No, zadziałało xD – Powiedział Kamil z entuzjazmem. Michałek podniósł się, cały zapłakany. Nie widzieliśmy, by miał jakieś poważniejsze obrażenia – z daleka zauważyliśmy większe odarcie na przedramieniu i właściwie to wszystko. Marlenka zaczęła wzywać pomocy, ale nikt się nie zjawił. Potem dziewczynka pobiegła po odczepione koło, leżące kilka metrów przed nią. Tak też zakończyły się rowerowe wycieczki Michałka.

Dziadek Kamila i Emila był posiadaczem garażu – jednego z typowych, szeregowych betonowców, wybudowanych z myślą o mieszkańcach bloków. Od najmłodszych lat marzyliśmy o tym, by założyć tam klub lub bazę – ale bez skutku. Trudno się dziwić – kto pozwoliłby dzieciom bawić się w pobliżu dziwnych łatwopalnych chemikaliów i części samochodowych. Jednak kiedy mieliśmy te piętnaście-szesnaście lat, będąc w drugiej klasie gimnazjum, dziadek poprosił nas o pomoc ze sprzątaniem garażu. Właściwie poprosił Kamila i Emila, Ele zabrali ze sobą mnie i Młodego.

Dziadek standardowo ostrzegł nas, byśmy nie otwierali żadnych butelek, słoików i puszek, a także uważali, by się nie przeciąć. Na nas, młodych, gadka była tylko formalnością – i kiedy tylko starszy mężczyzna zniknął na horyzoncie, zaczęliśmy poszukiwania czegokolwiek, co mogło wydać się nam przydatne. Ja trafiłem na kilka nakrętek, które miały stać się magicznymi artefaktami, Młody przygarnął złamany kij od miotły (późniejszy miecz), Kamil łańcuch, a Emil natrafił na gumową „gruszkę”. - Emil, co znalazłeś? – Zapytał Młody. - Ja pierdolę! Kamil, patrz! Grucha! Emil próbował ścisnąć ją w dłoni, ale nie udało się. Guma była już nieco stwardniała i popękana, ale nie to sprawiało, że nie dało jej się zgnieść. Wewnątrz była do połowy czymś wypełniona. - Emil, czy to to, co myślę? – Teraz odezwał się Kamil, któremu ku górze podniosły się kąciki ust. - Kurwa, to to! Skąd grucha się tu wzięła? - Co to za grucha, kurwa? – Zapytałem śmiejących się kolegów. - Jak byłem mały, nie? To babcia dała mi tą gruchę żebym sobie odsysał katar. No i tak się kurwa zapełniała tak xD - Czyli sugerujesz, że to coś ma wewnątrz twoje smarki? – Młody niedowierzał. - No kurwa! Dziadzia bawi się w doktora Melange xD

W końcu przystąpiliśmy do właściwych porządków. Stare słoje i butelki wrzucaliśmy do jednego kartonu, wszelakie metalowe przedmioty do drugiego, a puste butelki po piwach do kilku kolejnych (zawsze znajdowały się nowe, na półce, poukrywane w starej meblościance, za nią, w starych reklamówkach…). Po mniej więcej godzinie zmęczyliśmy się. Kamil postanowił iść do domu, żeby przynieść nam jakieś picie i przekąski. Postanowił towarzyszyć mu Młody, który przy okazji chciał po drodze zapalić. Zostaliśmy w garażu sami z Emilem. Opłukaliśmy ręce zimną wodą z kranu i usiedliśmy na progu, wpatrując się w idących daleko ulicą kolegów. - Kurwa, myślałem, że nigdy nie pójdą. Muszę ci coś pokazać. – Rozentuzjazmował się Emil. - Co jest? - Chodź, kurwa. Weszliśmy do środka. Emil dokładnie obejrzał swoje ręce (względnie czyste, zważywszy na rodzaj pracy, jaki wykonywaliśmy) i zaczął grzebać w kieszeni spodni. Po chwili wyciągnął z nich kobiece stringi – czarne, z prześwitującym przodem wykonanym z materiału podobnego do pończochy lub rajstopy. Chłopak powąchał je i wywrócił do góry oczy, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. - Chcesz powąchać? - Nie, dzięki. Skąd je wytrzasnąłeś? - Od Milenki xD – Po raz drugi powąchał bieliznę i otarł nią policzek. Poczułem, że rozmowa zmierza ku niezręcznym tematom, nawet jak na Emila. – Byłem jakiś czas temu u Kamila, jak miał wolną chatę. No i powiedziałem, że idę do kibla, a wiesz, że jest na piętrze, koło sypialni jego starych. - I co? Włamałeś się jej do szafy i zajebałeś majtki? – Zacząłem się śmiać. - No xD Ale stary, żebyś widział co ona ma pochowane po szufladach! Majteczki, stringi, pończochy nawet! Kurwa, ile ja bym dał, żeby ją w tym zobaczyć a potem wydupczyć. O chuj, stanął mi. Chyba zaraz se zwalę. - Kurwa, Emil. Nie przy mnie. - No i wiesz, otwieram szufladę, patrzę – majtki, staniki. No to kurwa od razu zanurkowałem, patrzę – a tam z tyłu te śliczności leżą, to je od razu zjumałem. Najlepsze kurwa. Emil po raz kolejny powąchał materiał. Zauważyłem, że rzeczywiście, bielizna jest odważna i nie powstydziłaby się jej żadna aktorka porno. - Tylko nie mów Kamilowi, bo mnie zajebie! Nikomu kurwa nie mów! - Spoko, Emil, kurwa. Znasz mnie przecież.

Gdy wrócili Kamil i Młody, mogliśmy w spokoju napić się i zjeść. Emil opanował się po nagłym ataku podniecenia – schował stringi ciotki do kieszeni i praktycznie nie wspominał o nich już tego popołudnia. Wkrótce potem, wznowiliśmy porządki. W barku starej meblościanki stojącej w głębi garażu, natrafiliśmy na kilka ciekawych znalezisk – a zaczęło się od szklanki wypełnionej papierosami. - Kamil, Emil, nie pogniewacie się? – Zapytał Młody, wyciągając swoją prawie opróżnioną paczkę papierosów. - Nie, spoko. Częstuj się. – Odpowiedział Kamil i wzruszył ramionami. Z nas wszystkich, tylko Młody palił nałogowo (Emil w tych czasach jedynie popalał od czasu do czasu), więc jako jedynemu, znalezisko by się na coś przydało. Chłopak wyciągnął kilka pierwszych fajek. - Kurwa! – Rzucił je na ziemię z obrzydzeniem. – Spójrzcie tylko na nie! Papierosy od dołu pokrywała warstwa zielonej pleśni, a bibuła była odbarwiona mniej więcej do połowy wysokości. - Grubo. Sperma i tak by je spalił xD – Zaśmiał się Emil. Kamil wziął do ręki szklankę i opróżnił ją do jednego z podstawionych worków na śmieci. - Zygi (dziadek) przesadził. Kto trzyma takie rzeczy w garażu? - Kurwa. Obrzydliwe. To tak, jakbyś zajebał komuś majtki. – Emil uśmiechnął się do mnie. Tylko ja załapałem, co miał na myśli. Młody i Kamil zignorowali jego żart, nie rozumiejąc przesłania i wrócili do sprzątania barku.

Z tyłu, przykryte starymi serwerkami, leżało zamknięte pudełko. Kamil wyciągnął je na zewnątrz – było zaskakująco ciężkie, więc pomogłem mu przenieść je na stolik. - Ciekawe, co to jest? – Zapytał głośno Kamil, po czym podniósł pokrywę. - Ja jebię, skarb! – Krzyknął uradowany Emil. W pudełku schowana była sterta przegniłych Playboyów, na oko dwudziestoletnich, z wyblakłymi obrazkami i kruszącymi się rogami. Nie mogliśmy nie przejrzeć całej kolekcji – wbrew pozorom nie była specjalnie ciekawa dla chłopców przyzwyczajonych do nieco bardziej ekstremalnych odmian pornografii, prezentowanych na znanej i lubianej Sexplanecie. Mimo wszystko, Kamil przygarnął tajemnicze pudło i przez następnych kilka lat, leżało u niego w szafie, ukryte przed światem.

Ostatnim znaleziskiem był stary album ze zdjęciami. I o ile żadnego z nas nie zainteresowały fotografie rodzinne, o tyle Emil uparł się, że weźmie znalezisko do domu, żeby pokazać je matce, a potem dziadkom. Nikt nie protestował, nawet Kamil. Niedługo potem zakończyliśmy sprzątanie garażu. Poustawialiśmy pudła przy ścianie, żeby dziadek Kamila i Emila mógł później się nimi zająć, a sami zamknęliśmy drzwi i udaliśmy się w stronę domów. Każdy niósł jakiś swój nowy skarb, na czele z Kamilem, taszczącym pudło pełne nadgniłych czasopism. - Ciężki dzień. – Powiedział w końcu. – Ale było warto chyba. Przytaknęliśmy. Wspólna robota nie była męcząca – przeciwnie. Większość czasu była dla nas właściwie zabawą.

Gdy już odchodziłem do domu, dogonił mnie Emil. - Co jest? – Zapytałem go, nie wiedząc, dlaczego się cieszy bez powodu. - Stary, popatrz. – Otworzył album rodzinny. – To ciocia Milena, jak była młodsza. Ja pierdolę, ale świnia. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Po prostu przytaknąłem rozmówcy. - Popatrz tylko na nią. Nic się kurwa nie zmieniła, jebana. To chyba przez ostre dupczenie. Będę męczył pałę dzień w dzień, do usranej śmierci, waląc pod te zdjęcia. – Emil dotknął jednego ze zdjęć, na którym kilka dziewcząt w wieku około 20 lat stało obok starego Malucha. – Nawet nie wiedziałem, że MIlenka miała kiedyś długie włosy. - Emil, dobrze się czujesz? – Chłopak spojrzał na mnie zaskoczonym wzrokiem, jakbym wyrwał go z transu. - Tia, ja spierdalam. Widzimy się jutro. Idę spuścić się w stringi Mileny. - Nara. – Powiedziałem cicho, tak, że sam ledwo się dosłyszałem. Tego dnia naprawdę bałem się o zdrowie psychiczne Emila.

Rodzice Spermy byli dumnymi posiadaczami Fiata 125p, znanego również jako Duży Fiat. My nazywaliśmy go Parchem, Zgnilcem albo Szrotem. I faktycznie nowe nazwy pasowały do niego wręcz idealnie – owy samochód był bardzo zaniedbany i jak to stwierdził kiedyś Młody, „aż słyszę jak go rdza wpierdala”. Ponadto, w korytarzu piwnicy właściciela, stał stary blok silnika i orurowanie wydechu – tak na czarną godzinę. Swego czasu była tam też tylna kanapa, przeżarta przez mole albo inne robactwo, którą udało nam się „pożyczyć”, by później wykorzystać w szałasie (do którego wrócimy za chwilę).

Żart polega na tym, że ojciec Spermy znalazł dla siebie nowy samochód – pewnego dnia zabrał więc Parcha i odjechał nim w tylko sobie znanym kierunku. Czekaliśmy z wytęsknieniem pół dnia, doglądając z pobliskiej ławki, czy nie nadjedzie jakimś sportowym coupe albo luksusowym sedanem. Nic takiego jednak się nie stało. - Kurwa, nudzi mi się. – Powiedział Emil. - Co ty nie powiesz. Siedzimy tu już… Sześć godzin? – Odpowiedziałem. - Spoko, niedługo przyjedzie. – Sperma się nieco oburzył, choć widać było, że podobnie jak my, jest zmęczony. - Mówiłeś to kilka godzin temu. – Dodał ktoś. Na parking przed blokiem wjechał w tym momencie Fiat 125p Spermy. - Co jest, kurwa? – Powiedział sam do siebie. - To co, wreszcie niczego nie kupił? – Zapytał Młody, zeskakując z trzepaka stojącego przy ławce. Poszliśmy w stronę ojca Spermy, który zadowolony wyszedł z samochodu i… Zamknął go z pilota. - Cześć tata, co się dzieje? – Zapytał zaskoczony Sperma. - Kupiłem dzisiaj to cudo. Prawda, że podobny do poprzedniego? – Zaśmiał się. Przytaknęliśmy grupowo, nie wiedząc, jakiej reakcji od nas oczekuje.

Nowy Parch był identyczny – miał taki sam kolor, bagażnik dachowy… Na pierwszy rzut oka, nie do odróżnienia. Po kilku minutach zaczęliśmy dostrzegać pewne małe detale – obicia foteli i kanapy (w jednakowych kolorach), brak zielonego paska folii u góry przedniej szyby oraz brak rdzy w niektórych miejscach. I rzecz jasna, centralny zamek. - Czyli twój stary kupił takie samo auto, tak? – Zapytał Młody. - Na to wygląda. Ale spójrz tylko, ma zamykanie z pilota xD – Entuzjazmował się Sperma.

Następnego dnia, poszliśmy na śmietnisko, gdzie wcześniej ukryliśmy starą kanapę z samochodu Spermy. Mieliśmy budować szałas – czyli w wolnym tłumaczeniu, budowlę wątpliwej wytrzymałości, zbudowaną z gałęzi i wszystkiego, co udało nam się znaleźć. Postawiliśmy kanapę i zaczęliśmy znosić śmieci. Trafiła się nam maska Trabanta, płyta z dykty, a także sporo folii i mniejszych drobiazgów. Po kilku godzinach wszystko było gotowe i względnie stabilne – o ile oczywiście nie dotykało się ścian i dachu. Nie był to nasz najlepszy szałas – ale ważne, że mieliśmy własny kąt, odcięty od reszty świata. - Hej, chłopaki! – Krzyknął ktoś. - Cicho, kto to? – Szepnął Młody. Wyjrzał przez dziurkę w ścianie. – Kurwa, Algier. - Udajemy, że nas nie ma? – Zapytał Emil. - Nie, przecież już nas pewnie widział. – Odpowiedziałem mu. - Dobra, wychodzimy. Nie ma wyjścia. – Wyszeptał Sperma.

Algier dołączył do naszej grupy w szałasie. Było ciasno i niewygodnie, ale na upartego, dało się wytrzymać. - Czemu nie macie tu kominka? – Zapytał Algier. - Mamy na zewnątrz miejsce na ognisko. - No to chodźmy zrobić grilla xD Wyszliśmy na zewnątrz i usiedliśmy w kółku wokół prowizorycznego dołka w ziemi, w którym przy pomocy uschniętych trzcin i gałązek, rozpaliliśmy ogień. - Ale powinniście zrobić kominek w środku. Co będzie jak będzie deszcz? – Algier kontynuował swoje wywody. - Chuj będzie, posiedzimy, nie zmokniemy. - Ale będzie zimno. Dajcie mi zrobić kominek, mam pomysł. W końcu ulegliśmy. Towarzystwo Algiera było męczące, a chcieliśmy po prostu posiedzieć w hermetycznej grupce. - Ale nie rozpalaj tam ognia. Tylko buduj. I nie rozjeb niczego. – Powiedział w końcu zrezygnowany Młody.

Siedzieliśmy tak kilkanaście minut, delektując się brakiem Algiera, gdy nagle zobaczyliśmy, że z szałasu wydobywa się dym. Sekundy później razem ze ścianą wypadł na zewnątrz sam Algier, krzycząc jak dzikie zwierzę. Stara, sucha gąbka i obicie kanapy zajęło się, a razem z nimi foliowe elementy ścian i dachu. Mogliśmy tylko patrzeć, jak nasz nowo wybudowany szałas powoli się zapada, przy towarzyszących temu czarnych obłokach dymu. Oczywiście gdy tylko otrzeźwieliśmy, zaczęliśmy gasić nasz „dobytek” przy pomocy butelek po wodzie mineralnej, które kolejno napełnialiśmy w rzece. Niestety, nie udało nam się niczego uratować, a kolejna budowa nie wchodziła w grę – wszystkie cenne śmieci już wykorzystaliśmy.

Wracając wolnym krokiem do domów, ubrudzeni, cuchnący dymem i wściekli, czuliśmy, że już nigdy nie wybudujemy niczego tak doskonałego (źle myśleliśmy – bo kilka miesięcy później powstał lepszy i stabilniejszy szałas, bez kominka). Sperma wspominał kanapę z Fiata ojca, a Emil po raz pierwszy odkąd pamiętaliśmy, nie mówił kompletnie niczego. Pierwsze słowa wypowiedział do zupełnie obcej, przypadkowej starszej pani, która zmierzyła nas wzrokiem, jakbyśmy byli mordercami. - O kurwa, z mojej dupy cieknie chuj! – Wykrzyczał jej praktycznie prosto w twarz. Kobieta uciekła, przeklinając naszą grupę.

dam swoją krótką historię też z gimnazjum. Byłem (wstyd się przyznać) takim typowym odludkiem, nie należałem do żadnej grupy a może i należałem do każdej po trochu jakby nie patrzeć nie miałem swojej grupki.

Pewnego pięknego wiosennego dnia umówiłem się z "kumplami" (piotrek, krystian, adam, dawid, kacper, rafał) na wypad nad rzeke na piwo zamiast iść do szkoły. No i jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy. Spuszczaliśmy się nad nowymi grami, nad Adą którą większość z nas pamiętała jeszcze z czasów podstawówki (Sic!) itp itd. Idąc między blokowiskami zauważyliśmy zieleniaki czyli ludzi z zieleni miejskiej którzy ogarniali trawniki itp. Patrzymy i sie z nich smiejemy ze wykonują babską robotę pielenia w ogródkach, jakieś tam bluzgi i rzuty kamieniami w naszą stronę oczywiście wyśmialiśmy. W tem w mojej głowie zrodził się plan. Otóż zieleniaki miały do swoich kosiarek paliwo które zostawili na końcu dużego trawnika -oni byli w połowie- no i powiedziałem:

-chłopaki… -no? -patrzcie, baniaki z benzyną chyba xD -ni chuj nie zajebiesz -ja nie zajebie?

Dalej się domyślacie, wziąłem podbiegłem zajebałem ten baniaczek i długą między blokami w dół rzeki. Po chyba 5 minutach się zieleniaki kapneli bo zaczeli nas -właściwie mnie- bo wszyscy sie rozbiegliśmy byle w dół do rzeki, ścigać wysłużonym gównokolorowym -brązowym- polonezem. Jak to się mówi głupi ma zawsze szczęście i gdy dobiegłem do pomnika dookoła którego pod murem były krzaki, wbiłem się tam przy okazji wbijając sobie gałąź w żebra, no nic po chwili obok pomnika znalazł się polonez który niczym zomo, wolnym ruchem okrążył strefę. Gdy polonez się ulotnił postanowiłem wygrzebać się z krzaków, lekko pojękując (na nastepny tydzien siniak wielkości męskiej pięści) dotarłem do umówionego miejsca czyli starej fabryki traktorów nad rzeką. Spotkałem tam oczywiście całą paczkę, gratulacje śmiech i owacje na stojąco no i zabawa. Baniak na oko tak 5-7 litrów benzyny, zaraz zaczeliśmy rozpalać ognisko ze śmieci i pić browka po kilku piwkach zaczeliśmy bawić się benzyną, właściwie ja zacząłem i chlapałem nią do ookoła, wszyscy się odsuneli tylko odważny rafał został na swoim więc co? chlup w jego strone znad ogniska, benzyna sie w locie zapaliła i wylądowała prawie na nim gdyby nie odskoczył byłby nieźle przyjarany. Po tym wybryku schowaliśmy benzynę za płytą z betonu mówiąc sobie że za tydzień wrócimy. Niestety części kolejnej nie było wymyśliliśmy troszkę inną zabawę która nie była już tak owocna we wrażenia jak zabawa z benzyną. Co się stało z baniakiem? chuj wie.

Nie myślcie, że Antek był jedynie ofiarą losu. Fakt – większość jego wyborów i świadomych decyzji stawiała go w takim świetle, ale gdzieś tam w środku, był najbardziej wyrachowany i bezwzględny. Można wiele zarzucić Kamilowi i Patrykowi, którzy przywłaszczyli sobie, a potem zniszczyli jego telefon, ale po latach, na równi z nimi zaczyna stawiać się osobę, która wolała zostać pobita, niż skrzyczana przez ojca. A to, choć zdecydowanie najbardziej ekstremalna jego przygoda, stanowi ukoronowanie dokonań Antka.

Każdy ma jakieś słabości – w przypadku Antka były to klocki Lego. Zawsze, gdy był z rodzicami w supermarkecie, rozpruwał małe zestawy i kradł woreczki z częściami, które się w nich znajdowały. Były to już czasy gimnazjum – i choć wielu osobom może wydać się to nieco dziwne, to te kilka czy kilkanaście lat temu, mentalność młodzieży była nieco inna, bardziej… Niewinna i niedoświadczona. Tak więc, Antek wciąż bawił się w tych czasach klockami i pożądał ich tak, jak niektórzy papierosów czy alkoholu. Jakoś nie zdziwiłem się więc, gdy pewnego dnia, spostrzegłem, że wśród starych zestawów schowanych w szafce, a które poprzedniego dnia pokazywałem Antkowi, brakuje jednej z moich niegdyś ulubionych figurek. To oznaczało wojnę.

Kilka dni później odwiedziłem Antka w towarzystwie Kamila. Standardowe weekendowe odwiedziny, wspomagane kilkoma rundkami w Tonym Hawku 3 i prezentacji postaci w Diablo II (słabych, swoją drogą). W końcu Kamil podszedł do okna, gdzie za firanką, na parapecie, była wystawa złożonych zestawów Lego. - Patrz, czy to nie twoja figurka? Nieco się zirytowałem – gdy wtajemniczałem Kamila, mówiłem mu, by trzymał język za zębami, bo jeśli znajdę owego „ludzika”, to odzyskam go w taki sam sposób, w jaki przywłaszczył go sobie Antek. - No patrz, a zginęła mi parę dni temu. Antek podbiegł do firanki i zasunął ją, odsuwając Kamila do tyłu. - Ukradłem ją… Ale nie tobie. – Chłopak mocno się zmieszał. Był słabym kłamcą. - Tak? A skąd, jeśli można wiedzieć? - Ze… Sklepu. Tak, ze sklepu, jak byłem ostatnio z rodzicami. - Nie wiedziałem, że produkują jeszcze takie figurki. – Zaznaczył Kamil. - Bo… Ja ukradłem kilka i ją… Złożyłem. - Dobra, kurwa, Antek. Nie pogrążaj się. Nie potrafisz po prostu powiedzieć mi w twarz, że mi ją zajebałeś? Musisz wymyślać jakieś historyjki o sklepach? – Spojrzałem na niego z pogardą i odwróciłem się. Podniosłem swój plecak z podłogi. – Będę leciał. - Czekaj, proszę! Mama upiekła ciasto, spróbuj go chociaż. Nie rób jej przykrości. Kamil podszedł do mnie i powiedział Antkowi: - Nie zrobimy, ale i tak niedługo się zbieramy żeby zdążyć na obiad. Gospodarz szybko wybiegł z pokoju. Usłyszeliśmy tupot na schodach – pobiegł do kuchni. - Co ty robisz? Nie chcę mieć z tym kutasem nic wspólnego. Widziałeś, co odjebał przed chwilą? Ukradłem, ale nie tobie. Kurwa! Mam w dupie tą figurkę, chodzi o honor. - Wyluzuj. Jesteś wkurwiony. Oko za oko. Załapałem. Kamil specjalnie chciał zostać dłużej, żebym odegrał się na Antku. On sam podszedł do meblościanki (której każda półka była zapełniona niezliczoną ilością starych zdjęć, pamiątek i zabawek) i wziął z niej resoraka. - Zawsze taki chciałem. Jumasz też coś? - Oko za oko. Kumpli się nie okrada. – Spojrzałem na półki. Same zabawki i bezużyteczne graty. Nic ciekawego. Przy którejś z kolei „rundce”, natrafiłem wzrokiem na białe pudełeczko stojące w centralnej części. Różaniec z pierwszej komunii. Zaśmiałem się i pokiwałem z aprobatą głową. - Co jest, masz coś? - Pewnie, że mam. – Otworzyłem pudełeczko i wrzuciłem jego zawartość do kieszeni. Kamil zaniemówił. – No co, przecież i tak nikomu nie jest potrzebny. - Ale to… Nie przesada? - To jest tylko zemsta. Za okradanie i okłamywanie własnych ziomków. Zresztą, takiemu grzesznikowi i tak się te koraliki nie przydadzą. - W sumie tak xD Genialne.

W drodze powrotnej, Kamil przystanął na moment. - Czekaj, mam tu coś… - Zaczął grzebać w kieszeni spodni i po chwili wyjął moją figurkę Lego. – Olałeś ją, ale taka pizda jak Antek na nią nie zasługuje. Kolega podał mi ją. Momentalnie poczułem ulgę i jakieś wyrzuty sumienia z powodu różańca. – A tak w ogóle, potrzebny ci ten różaniec? - Nie, ani trochę. Zajebałem go dla zasady. Chcesz? - A daj, będę miał się czym bawić. Może sprzedam jakiemuś dziecku? Różaniec drugi raz tego dnia zmienił właściciela. Nigdy później już go nie zobaczyłem. Antek też.

Od incydentu z figurką i różańcem, Antek trzymał się naszej paczki raczej na dystans i nigdy nie odważył się ukraść niczego, co należy do mnie lub Kamila. Oczywiście środowisko dowiedziało się, że w klasie jest osoba, która lubi okradać kolegów, co jeszcze bardziej odizolowało Antka – który teraz starał się wszystko obrócić w żart (bezskutecznie, swoją drogą).

Najbliższą okazją do zrekompensowania swoich win stał się koniec roku szkolnego. Dla wielu wiązało się to z problemami w domu, z powodu niskich ocen na świadectwach. I o ile większość klasy mogła pogodzić się z koleją rzeczy, o tyle Antek po raz kolejny obmyślił szalony plan. - Mam na kompie zestaw kręciwała – do podrabiania dokumentów. Wydrukuję sobie świadectwo i starzy się nie połapią, że mam parę dwójek i trójek. Mogę też wam wydrukować jak chcecie. – Zrozumiałem, że Antek za wszelką cenę próbuje ponownie wkupić się do paczki. W końcu uległ Patryk i Kamil. Reszta, czyli ja, Młody i Sperma, nie była zainteresowana drukowaniem świadectw w ten sposób. - Przecież to będzie wyglądało zupełnie inaczej. Świadectwa mają inny papier, inne kolory… Chcesz kurwa na domowej drukarce zrobić coś takiego? – Zapytałem. - Yyy… No tak. Muszę spróbować. - A nie możesz po prostu pokazać starym normalnego świadectwa? Ja pierdolę, zachowujesz się jakbyś miał pięć lat. – Argumentował Młody, zgadzając się ze mną. – I nie mówię tego żeby cię wkurwić czy coś, ale zastanów się, co robisz. Co, mama da ci klapsa za złe oceny? - Nie chcecie, to nie. Ja drukuję. Kamil, Patryk, chodźcie. Musicie powiedzieć mi, jakie chcecie oceny. Odeszli.

Zakończenie roku jak zawsze przebiegło szybko – darowaliśmy sobie uroczystą akademię i poszliśmy jedynie na rozdanie świadectw w klasie. Byliśmy ubrani średnio formalnie, wyglądając nieco „dziko” na tle wszystkich tych grzecznych chłopców i dziewcząt, udających najgrzeczniejszych i najmądrzejszych. Sperma miał na sobie jeansy i białą koszulę, ja garnitur z mocno poluzowanym pod szyją krawatem i trampkami na nogach, Młody czarne spodnie, marynarkę i koszulkę Slayera, Kamil szary garnitur (krawat schował w kieszeni, żeby nie wyglądać zbyt poważnie na tle kolegów), a Patryk… Przyszedł w krótkich spodenkach i koszulce piłkarskiej xD Podeszła do nas Ola. - Uch, zero taktu. Jak można przyjść na zakończenie roku tak ubranym? – Spojrzała na nas. - Ja tam miałem garnitur, jak ostatni raz patrzyłem. – Odrzekłem. - Ty może tak, ale Patryk… Czy to wygląda jak boisko? Patryk rozejrzał się. - A bo ja wiem, może i wygląda. Ty za to możesz być piłką. – Kamil i Sperma roześmiali się i przybili Patrykowi piątki za udany żart. - Albo ty, Patryk. – Tutaj spojrzała na Młodego. – Przynosić szatana do szkoły. – Razem z ofiarą tej „uwagi” zaczęliśmy się śmiać. Jako jedynie wiedzieliśmy, że zespół nie ma niczego do czynienia z satanizmem. - Ola, idź stąd. Nie musisz czasem podlizać się wychowawczyni albo coś? Dziewczyna odeszła obrażona. My zostaliśmy, siedząc na ławkach i czekając na świadectwa.

Antek był podniecony, gdy wyszliśmy na zewnątrz. Kamil i Patryk dreptali za nim, czekając na swoje fałszywe świadectwa. Przeszliśmy przez ulicę do parku, gdzie usiedliśmy na murku. Na niebie zaczęły zbierać się chmury, więc chcieliśmy szybko wrócić do domów, by nie zmoknąć. - Dobra, mam je tutaj. – Antek wyciągnął trzy kartki i podał dwie z nich kolegom. Wyśmialiśmy bezlitośnie jego twory. Nawet z daleka, widać było, że kolory są nienaturalne, a różowy wzorek tła, ledwo widoczny na oryginale, tutaj odwraca uwagę od tekstu. - Biologia - dobry. Chemia – dobry. Fizyka – dobry. Myślisz, że ktoś w to uwierzy? – Powiedział Sperma Patrykowi. Znikąd pojawił się Emil, ubrany w zbyt duży garnitur. - Siema, co odpierdalacie? - Hej. Antek fałszuje świadectwa. – Powiedziałem. - Nie pierdol. To są one? – Zapytał, po czym podszedł bliżej i spojrzał na nie. – Przecież kurwa to jest drukowane na atramentówce. Co wy, chcecie kurwa nabrać dzieci z Bullerby? - Nie zapeszaj, jest dobrze! – Oburzył się Antek. Z nieba spadły pierwsze, pojedyncze kropelki deszczu. Jedna z nich trafiła w podrobione świadectwo. Różowy atrament rozmył się. - O kurwa xD – Krzyknął ktoś, a zaraz potem wszyscy zgromadzeni (oprócz Antka i Kamila, bo jak się okazało, było to jego świadectwo) wybuchnę li śmiechem. - Zombie co nie je a dupczy xD – Wymyślił Emil. - To co, chcecie te świadectwa? – Zapytał Antek, pospiesznie chowając swoje do papierowej teczki. - A daj. – Powiedział Patryk, obojętnym tonem. Nikt z nas nie wierzył, że w dalszym ciągu chce on podmienić swoje świadectwo.

Jak nietrudno się domyślić, przekręt Antka wyszedł bardzo szybko na jaw. Jego ojciec był tak wściekły, że zaraz po skatowaniu syna, pojechał do szkoły żeby dowiedzieć się, jakie rzeczywiście ma oceny na koniec roku. Te informacje poskutkowały ponownym pobiciem. Przez nieco ponad dwa miesiące wakacji, widywaliśmy Antka tylko jeżdżącego na rowerze do lub ze sklepu. W następnej klasie obniżono mu sprawowanie, a cały jego plan związany z podlizywaniem się nauczycielom, nagle spalił na panewce – i z grzecznego, sumiennego Antusia, stał się „tym gnojkiem, który sfałszował świadectwo”. Kamil i Patryk pokazali rodzicom swoje prawdziwe świadectwa. Nawet, jeśli dostali jakieś kary, to nikt z nas nawet ich nie zauważył – Patryk po kilku dniach znów pojawił się na dworze, a Kamil musiał przez tydzień wracać wcześniej (przynajmniej, gdy ojciec był w domu – Milena nie miała w zwyczaju wymierzać kar). Do obiegu powiedzeń, został wprowadzony termin „tak iż ciebie XXX, jak z Antka fałszerz”. Mieliśmy z niego bekę przez kilka następnych lat.

Zbliżała się klasowa wycieczka do kina. Była to rzadka okazja do zerwania się z lekcji i spędzenia trochę czasu na nicnierobieniu. Siedzieliśmy na murku w parku, planując, co zamierzamy zrobić kolejnego dnia – czyli w dzień wyjazdu. Bo tradycyjne oglądanie historycznego filmu było zdecydowanie beznadziejnym pomysłem. - Musimy skołować jakieś alko. – Zaczął Sperma. - No, trzeba. Tylko co i skąd? – Zapytał Młody. - Mnie tam wystarczy piwo. – Wzruszył ramionami Kamil. - Mnie w sumie też. – Zgodziłem się z poprzednikiem. Było ciepło, świeciło słońce, więc nie widziałem sensu picia czegoś mocniejszego. - Piwo przed seansem powinno spokojnie wystarczyć. - No dajcie kurwa spokój, piwo? – Oburzył się wręcz Sperma. – My tu mówimy o kołowaniu jakiejś wódy, a wy chcecie piwa. - Stary, a po chuj pić więcej? Obalę sobie piankę przed filmem i spokój. A z mocniejszych rzeczy to jak chcesz, to widziałem ostatnio w Biedrze dinx (potoczna nazwa denaturatu, ewentualnie również „dykta”). - A ty Kamil? – Młody zwrócił się do Kamila. - No… Nie wiem… Ja chyba też wypiję piwo… - Kurwa. Patryk. Powiedz, że ty się z nami najebiesz. – Sperma wydawał się mocno poirytowany. Ku zaskoczeniu Kamila, Patryk przytaknął. - No widzicie? Jest nas trzech! Chodźcie, kupimy sobie wódkę! - Ja naprawdę spasuję tym razem. Dzięki. – Powiedziałem grzecznie, ale stanowczo. Młody uszanował decyzję. Kamil w końcu uległ – a więc zostałem jedynym, który nie będzie z nimi obalał flaszki.

Spotkaliśmy się następnego dnia pod lokalnym sklepikiem, do którego zawsze chodziliśmy po alkohole – sprzedawczynie z reguły nie pytały o dowody osobiste, a nawet jeśli, to Sperma albo Młody (bo to oni zawsze kupowali trunki), mogli odpowiedzieć, że nie biorą dokumentów na libacje, żeby ich nie zgubić. Do rąk dostałem Żubra (wtedy jeszcze miał lepszy smak), a Sperma schował do plecaka zero-siódemę jakiejś średniej jakości wódki. Przed pójściem na miejsce spotkania z klasą, czyli parking przy parku, udaliśmy się na pobliskie ogródki działkowe, by w spokoju spożyć to, co mieliśmy.

Mimo wczesnej pory (była to mniej więcej 8:00 rano), piwo weszło mi raczej bezproblemowo. Zakąsiłem je kanapką i przyglądałem się, jak pozostała czwórka obala z gwinta butelkę. - Chcesz gula? – Zapytał Młody. - Nie, dzięki. Nie chcę mieszać. - Mądrze, mądrze… Konsumpcja przebiegła raczej w ciszy i zakończyła się po upływie kilkunastu minut. Patryk i Kamil, niewprawieni w piciu tak wysokoprocentowych trunków, poczerwienieli nieco na twarzach, a ich oczy zalśniły się.

Gdy dotarliśmy na miejsce, Kamil miał już nogi z waty. Posadziliśmy go na murku i czekaliśmy na przyjazd autokaru. Podszedł do nas Antek: - Siema chłopaki. A temu co? – Wskazał palcem na siedzącego ze spuszczoną nieco głową Kamila. - Cicho bądź. Trochę za dużo wypił, nikt nie może go zobaczyć. – Odpowiedział mu Młody. - Coście pili? - Czystą. - No to długo to on tak nie pociągnie. Niech się wyrzyga czy coś, bo każdy pozna, że jest najebany. - … NIE! Ja… Nie bede rzygał. – Odezwał się Kamil. Próbował, by jego słowa brzmiały poważnie – ale był to zwyczajny bełkot pijanego.

Autokar wjechał na parking, na horyzoncie pojawiła się wychowawczyni z listą obecności. Kamila ukryliśmy za murkiem, a Patryk wziął jego plecak. Gdy nazwisko Kamila zostało wywołane, odpowiedzieliśmy, że jest, ale poszedł na chwilę do łazienki. Patryk pokazał plecak, na dowód. W autokarze, standardowo zajęliśmy ostatnie siedzenia – czyli pięć foteli na samym końcu. Kamila posadziliśmy z boku, by w razie czegoś, nikt go nie zobaczył. Pojazd ruszył.

Piwo powoli zaczęło przestawać działać – wciąż czułem charakterystyczne ciepło w żołądku, ale z każdą minutą zdawało się maleć. Podobnie mieli chyba Młody i Sperma, którzy nabierali barw na twarzach. Patryk trzymał się średnio, a Kamil odpłynął zupełnie. - Przypał jak chuj. Przecież nie wypił dużo – tyle co my. – Stwierdził Młody po chwili namysłu. - Może pił szybko czy coś? Poza tym jest chudy – to też robi swoje. – Zauważyłem. - No. Problem w tym, że jak wychowawczyni go zobaczy, to będzie miał przejebane. My zresztą też. - To co proponujesz? - Nie wiem, kurwa, nie wiem. Na razie niech trzeźwieje, nic nie zdziałamy. Kamil czknął. Spojrzał na nas niewidzącym wzrokiem. - Nie, kurwa. Kamil, nie rzygaj. Kolejne czknięcie, tym razem mokre. Ciało Kamila podskoczyło. Pokazałem siedzącym przed nami osobom, że nie dzieje się nic niezwykłego i żeby wrócili do swoich spraw. Młody zajrzał do swojego plecaka. Wyjął reklamówkę po kanapkach. - Ja pierdolę, dziurawa. Macie coś? Wszyscy zaczęliśmy przeszukiwać plecaki. Patryk znalazł worek z butami na zmianę. Kamil czknął po raz kolejny – fala wymiotów zbliżała się nieuchronnie. - Nie mogę, to na buty. Zapomniałem ich wyjąć wczoraj… - Patryk, ogarnij się. Włożę do worka reklamówkę, na wszelki wypadek. A ten kurwa głupi głupek jebany wypierze ci to albo odkupi. – Argumentował Młody. W końcu jego reklamówka po drugim śniadaniu wylądowała w worku na buty, który zaś podstawiliśmy pod usta Kamila. Z siedzenia przed nami odwróciła się jedna z koleżanek. - Co wy robicie? Słyszałam przekleństwa i kłótnie… - Nie teraz. Odwróć się, nic się tu nie dzieje. Kamil czknął głośno. - Czy on się dobrze cz… - Tak. A teraz daj nam spokój! Dziewczyna wróciła na miejsce. Kamil chwycił worek i nachylił się nad nim. Kilkukrotnie czknął, ale nic się nie wydarzyło. Patryk, siedzący obok, otworzył jego plecak i włożył do niego worek. - Co ty robisz? – Zapytałem. - Jak narzyga do samego worka, to będzie jebać. A tak jakoś się to stłumi. Dziewczyna z przodu po raz kolejny się odwróciła. Tym razem podała nam grubą reklamówkę z Biedronki. - Dzięki. – Powiedział Sperma. – Przyda się. Tak więc, tym razem worek trafił do reklamówki. Kamil nachylił się nad nim i czknął. Usłyszeliśmy bulgot dobiegający z jego trzewi. Zakręciło mi się od tego w żołądku. - Kurwa, Kamil, jakby cię teraz Minetka widziała xD – Zażartował Młody, rozładowując nieco atmosferę. Kamil spróbował coś powiedzieć, ale nie był w stanie. Po raz kolejny czknął, a potem usłyszeliśmy odgłos wymiocin opuszczających jego usta. Powietrze wypełnił odór przetrawionego pokarmu i alkoholu. Sami zaczęliśmy walczyć z odruchem wymiotnym, ale daliśmy radę. W tym czasie, Kamil opadł bezwładnie na siedzenie.

Na miejsce dojechaliśmy po kilkunastu minutach – do tego czasu, Kamil był już w stanie chodzić o własnych nogach. W ręku dzierżył reklamówkę z Biedronki (wyrzucił ją przy najbliższej okazji w toalecie kina, ku ogromnemu sprzeciwowi Patryka). Żadne z nas nie przejmował się tego dnia filmem – wspominaliśmy odlot Kamila i staraliśmy się wzajemnie pilnować, by nie zrobić niczego, co mogłoby zdradzić, że jesteśmy wstawieni (o ile jeszcze byliśmy). W trakcie seansu, wszyscy przynajmniej raz wyszliśmy do łazienki, przez co następnego dnia mieliśmy pogadankę u wychowawczyni, o zakłócaniu spokoju. Chyba tylko ja mogłem bronić się, że byłem jeden, jedyny raz. Kamil dał kilka złotych Patrykowi w ramach rekompensaty za utracony worek na obuwie, ale ten nigdy kupił nowego. Od pamiętnego wyjazdu do kina, zawsze nosił trampki w jednorazówce. Do kina nie pojechaliśmy już nigdy podczas edukacji w gimnazjum.

W całej naszej klasie, jedną z najbardziej nieakceptowanych osób był Czterooki - największy spośród kujonów, lizusów i paradoksalnie - oszustów.

Patryk, bo tak miał na imię (czwarty z kolei w klasie), był stereotypowym nieudacznikiem, który swoje życie poświęcił nauce. A może nie tyle poświęcił, co od najmłodszych lat był przymuszany przez swoją matkę, Zytę, do niekończącej się nauki. Tym sposobem, gdy w jednej z wczesnych klas podstawówki, zadano nam pytanie, kim chcielibyśmy zostać w przyszłości, odpowiedział, że kardiochirurgiem. Wtedy nie wiedział jeszcze, że za kilka lat będzie panicznie bał się krwi i skaleczeń.

Taka osoba oczywiście unikała jakiegokolwiek wysiłku fizycznego - Czterooki nie ćwiczył na lekcjach W-Fu, nie grał z nami w piłkę na okolicznym boisku, nie jeździł na rowerze (nie potrafił, nawet w gimnazjum!), a nawet nie wychodził na spacery. Jedynym kontaktem z przyrodą były jego wyjścia na balkon, gdzie z zegarkiem w ręku odliczał pięć minut, po czym wracał do domu (widzieliśmy na własne oczy, my też liczyliśmy czas).

Cała ta pseudonaukowa otoczka, niechęć do ćwiczeń fizycznych i ogólne zarozumialstwo sprawiły, że Czterooki po prostu nie był częścią klasy, w przeciwieństwie do takiego Michałka czy Tymka, z którymi od czasu do czasu dało się porozmawiać (choć z tym drugim należało uważać, z powodu jego upośledzenia umysłowego). Była to po prostu osoba z zewnątrz, nie biorąca udziału we wspólnym życiu. I wszystko byłoby we względnym porządku, gdyby nie był "kablem".

Gdy jego oczy, ukryte za okularami przypominającymi denka od butelek, natrafiły na kogoś, kto pomagał sobie na kartkówce, od razu w górę wystrzeliwała jego ręka, a on sam krzyczał: - Proszę pani, on ściąga! Szybko więc z neutralności, przeniósł się w obszar wrogości - w tym Młodego i Spermy, na których regularnie donosił.

- Słuchaj Patryk, rozmawiamy z tobą tylko dlatego, że znamy się te siedem czy osiem lat. - Mówił spokojnie Młody. Ja oraz parę innych osób stało z boku, jako świadkowie dobrej woli naszego kolegi. - Co z tego? - To, że nie możesz sprzedawać każdego, kto spojrzy na bok na klasówce! Myślisz, że nauczyciele będą cię przez to lubić bardziej? Czterooki spróbował odejść, ale Sperma oparł się ręką o ścianę, uniemożliwiając mu ucieczkę. - Daj mi przejść! - Nie, dopóki nas nie wysłuchasz. - Sperma kiwnął Młodemu, by kontynuował. - Mam gdzieś, czy chcesz być najlepszy ze wszystkiego, ale w tej klasie jesteś sam. Gdybyś był obcy, dostałbyś już dawno po ryju - a wierz mi, wielu osobom podpadłeś tym kablowaniem. - Dajcie mi spokój! Czterooki w panice uciekł. Następnego dnia, Młody i Sperma zostali wezwani do szkolnego pedagoga za domniemane znęcanie się nad innymi uczniami. Szykowała się kolejna wojna.

- I widzicie, co się dzieje, jak się odezwie do Czterookiego. - Powiedział Kamil. - To co, mamy pozwolić, żeby sprzedawał wszystkich w klasie? To nienormalne. - Młody się bulwersował. - Powinniśmy mu już dawno wpierdolić. - Siedzący z papierosem w ustach Sperma rozciągnął dłonie i ułożył je w pięści. - I wyrzucą was ze szkoły. Poszliście z nim pogadać i pomimo kilku świadków, próbujących was wybronić, wychowawczyni uznała rację tego kutasa i jego starej. - Powiedziałem spokojnie. - Ale musimy coś zrobić. Ostatnio Pijaczka zabrała mi kartkówkę, bo pożyczyłem długopis Antkowi. Zgadnijcie, kto mnie sprzedał? - Tutaj odezwał się Kamil, który powoli dawał się ponieść emocjom. - Ty, ale jak coś zrobimy, to będziemy mieli przejebane do końca szkoły. Cały rok. - Teraz to Sperma mówił spokojnie. - Cały rok… Mam pomysł. - Młody uśmiechnął się szeroko i przymrużył oczy.

Czterooki zawsze wracał ze szkoły w towarzystwie Michałka - ta dwójka starała się trzymać razem, choć trudno powiedzieć, by byli przyjaciółmi. Obydwoje wychodzili ze szkoły bardzo szybko, prawie biegnąc, by uciec od wszystkich innych uczniów, stanowiących potencjalne zagrożenie.

Tego pamiętnego dnia, również wyszliśmy wcześniej - na godzinę przed ostatnią lekcją, odebraliśmy z szatni buty, jeśli ktoś takowe miał (było już ciepło, więc większość nie przejmowała się przebieraniem) i czekaliśmy z wytęsknieniem na dzwonek. Gdy ten nadszedł, Czterooki w ciągu kilku sekund spakował się i wyszedł z klasy, a zaraz za nim, Michałek, dreptając jak piesek.

Trzymaliśmy się z dala od tej dwójki - na tyle, by żaden z nich nie mógł powiedzieć, że braliśmy udział w całej aferze, która miała nastąpić w przeciągu kilku następnych minut. Tak więc gdy Czterooki i Michałek weszli na jedną z bocznych uliczek, prowadzącą na nasz "rewir", zwolniliśmy kroku jeszcze bardziej. Chwilę potem, znikąd pojawił się Algier, w bluzie z kapturem naciągniętym na twarz i kopnął w plecy Czterookiego tak, że ten odbił się od betonowej latarni jak szmaciana lalka. - Jebać konfidentów! Chłopak upadł na ziemię, zanosząc się płaczem, a z jego nosa pociekła krew. - Michał, pomóż… Algier zmierzył wzrokiem Michałka, który zostawił leżącego kolegę i uciekł w popłochu, ratując swoją skórę.

Następnego dnia, w szkole zjawiła się matka Czterookiego - Zyta. Stanęła na środku klasy obok wychowawczyni i mierzyła wszystkich lodowatym wzrokiem. - Wiem, że maczaliście w tym palce. - Tutaj spojrzała na Młodego i Spermę, siedzących razem w ostatniej ławce. - Mój Patryk trafił wczoraj do szpitala, bo został napadnięty na ulicy! Wychowawczyni poprosiła, by kobieta się uspokoiła. Ta jednak jeszcze bardziej podniosła głos: - Jeśli jest w tej klasie ktoś, kto brał udział w tym incydencie, niech wstanie! - Cisza, nikt nie wstał. - Kryjecie się nawzajem, co? Nienawidzicie Patryka, bo jest mądrzejszy od was? - Ja sobie wypraszam. Pani chce nam ubliżyć? - Odezwał się Sperma. Wychowawczyni pokazała mu, by niczego więcej nie mówił. Zyta wystąpiła naprzód, czerwona na twarzy. - A co, nie ma lepszych ocen od was? W dodatku wy… Ściągacie! - Oceny nie świadczą o mądrości. - Odezwał się spokojnie Młody, patrząc kobiecie prosto w oczy, bez lęku. - Tak? To dlaczego wczoraj pobito mojego syna na ulicy?! - Skąd mielibyśmy to wiedzieć? Może komuś się nie spodobał? Może na kogoś doniósł? Wina może być taka sama jak tych, którzy go pobili. - Argumentował Młody. - Tam był jeden bandyta. - Więc to chyba dowodzi o mojej niewinności.

Nie dowiodło. W ciągu kolejnych dni, wszyscy chłopcy z klasy (poza Michałkiem), byli wzywani na rozmowy z pedagogiem. Oczywiście, niczego nie dowiodły, bo ustaliliśmy plan naszych wypowiedzi. Michałek i Czterooki stali się w klasie symbolem dbania o własny tyłek zamiast o przyjaciół. Tak więc, gdy ktoś zrobił coś źle, potknął się lub potrzebował pomocy, oznajmiał: "Michał, pomóż!", piskliwym, wysokim głosikiem. Co się tyczy Czterookiego, to po powrocie ze szpitala przestał donosić na innych, obawiając się kolejnego ataku. Mimo usilnych starań Zyty, zbrodniarza (czyli Algiera) nie udało się znaleźć.

Niedaleko śmietniska, znajdowała się dosyć stroma górka, gdzie zimą zawsze chodziliśmy na sanki (lub "dupoloty"). I mimo, iż wysokością owy spad nie dorównywał doskonale znanej wszystkim okolicznym dzieciom Górce Śmierci, znajdującej się daleko na łąkach, za jeziorem, to tutaj również, gdy tylko pozwolił na to śnieg, bawiła się niezliczona ilość młodych. W końcu łatwiej było przejść te kilkadziesiąt metrów niż kilometr (?) w drodze na Górkę Śmierci.

Naszym zadaniem było urozmaicenie mniejszej górki - jak na razie nieposiadającej nazwy. Jeszcze w podstawówce zawiesiliśmy więc na jednej z gałęzi okolicznych drzew oponę na gumowym wężu, tworząc tym samym huśtawkę (przy wychylaniu, można było poczuć, jakby się latało). Później, gdy na dworze zaczęło robić się zimno, pomyśleliśmy nad poprawieniem zjazdu - w tym momencie mocno wyjeżdżonego, z wąskim korytem i odsłoniętymi korzeniami drzew. Po kilku dniach intensywnej pracy, ukończyliśmy budowę. Poza "naprawionym" zjazdem, stworzyliśmy dużą skocznię u dołu. Górkę ochrzciliśmy mianem… Górki.

Gdy spadłe pierwsze śniegi, a ziemia pokryła się warstwą lodu, wzięliśmy sanki i poszliśmy na Górkę. Kamil zadzwonił do Antka, by zaprosić go na nasz stok, a reszta paczki, tradycyjnie spotkała się na skrzyżowaniu. Byliśmy tego dnia wszyscy - ja, Młody, Patryk, Kamil, Sperma, a nawet Emil i Antek. Uzbrojeni w sanki i dupoloty, ruszyliśmy na Górkę.

Zjeżdżaliśmy po kolei, żeby nie stwarzać niebezpieczeństwa. Większość z nas omijała jak na razie wielką skocznię, bojąc się upadku. Jedynymi, którzy skorzystali z niej tego dnia byli Młody i Patryk (ten drugi akurat upadł tak boleśnie i zabawnie zarazem, że do końca dnia zaprzestał zjeżdżania). Gdy czekaliśmy tak na swoją kolej, Kamil wskazał nam na horyzoncie Adolfa, idącego z psem. - Patrzcie, Adolf idzie xD - Olej go. – Powiedział Patryk, masując udo. - W życiu! Zróbmy mu jakieś mekeke. Jakoś nikt nie palił się do pomocy. Sperma właśnie zjechał w dół, ja i Emil czekaliśmy na swoją kolej, Młody tarzał się w śniegu na dole stromizny, a Antek stał z założonymi za plecy rękoma. - Nikt? Kurwa… Adolf zbliżał się. Szedł drogą, która dosłownie sąsiadowała z Górką. Jakoś specjalnie nie paliliśmy się do zaczepiania go – woleliśmy po prostu skoncentrować się na zjeżdżaniu. Kamil nabrał śniegu w dłonie i ulepił śnieżkę. Po chwili, gdy Adolf nie patrzył w naszą stronę, cisnął nią w idącą ofiarę. Trafił w głowę, strącając zimową czapkę. - Który to, kurwa?! – Krzyknął Adolf i podniósł czapkę z ziemi. Kamil odwrócił się do niego tyłem, zanosząc śmiechem. - Pytam się kurwa, który rzucił we mnie śnieżką?! – Spojrzał kolejno na mnie i Emila, siedzących na sankach, Kamila odwróconego do niego tyłem i w końcu Antka. – Ty chuju! Adolf rzucił się na Antka – ten momentalnie skoczył w dół i wylądował w głębokim śniegu, na własnych nogach. Adolf, który z ofiary stał się oprawcą, rzucił się za nim – przy pierwszym kroku potknął się jednak i spadł w dół, lądując twarzą, „na Jezusa” w białym puchu, przy towarzyszącym temu głośnym jęku. Pies stoczył się razem z nim, przytrzymywany smyczą. - Zabiję cię, chuju! Antek gnał jak szalony – w ciągu sekund zaczął wspinać się na przeciwległą górkę, a gdy był już na szczycie, obejrzał się za Adolfem i uciekł drogą w stronę domu. Mężczyzna wstał i pobiegł za nim, ale gdy wszedł na drogę, Antek był już na jej końcu. - Wy! – Odwrócił się do nas. – Powiecie mi, kto to jest! - Jugend Ojrent Dem Firer! – Krzyknął Emil i wyprostował prawą rękę w górze. – Zig Haj! Adolf zaczął iść w naszą stronę, już wyraźnie zmęczony. My zaś, szybko i zwinnie, wzięliśmy to, co nasze i uciekliśmy, wykrzykując losowe niemieckie słowa, których znaczeń większość nawet nie znała.

Adolf nie dopadł Antka – tak jak w większości przypadków, skończyło się na pogróżkach i wyzwiskach. Ten drugi jednak już nie zawitał na naszej górce tej zimy. Górka i skocznia przetrwały kilka lat – w końcu naturalnie wyrównały się, gdy zaprzestano jej pielęgnacji.

Co do Algiera, to żyje i ma się całkiem dobrze. Miał swego czasu spore zatargi z prawem, więc wyjechał z kraju na kilka miesięcy - ale szczegółów nie znam. Obecnie jego głównym zajęciem jest picie i palenie. Milena nieco się postarzała, ale w dalszym ciągu jest MILFem (będzie miała coś koło 45 lat). Dosyć dawno jej nie widziałem (tak, żeby pogadać), ale jakiś miesiąc temu szła sobie ulicą, ubrana w jakąś letnią sukienkę, szpilki i okulary (takie wielkie, ciemne, jak oczy muchy :P) i szczerze mówiąc, pomyślałem, że to jakaś kobitka po trzydziestce.


Będąc w gimnazjum, cała nasza paczka regularnie robiła zakupy w Biedronce. Na przerwach biegaliśmy do niej po Tęczę, po lekcjach kupowaliśmy Top Chipsy i Tęczę. Gdzieś w tle przewijał się jeszcze napój winogronowy - nie pamiętam już jego nazwy, ale był tak paskudny i sztuczny, że chyba tylko nam, dzieciom, wydawało się, że jest smaczny.

No więc, jak to mieliśmy w zwyczaju, pewnego jesiennego popołudnia wybraliśmy się z Kamilem i Spermą do pobliskiej Biedronki, by kupić sobie na wieczór po paczce Topów. - Muszę jeszcze kupić trzy banany i dziesięć bułek… - Głośno myślał Sperma. - Jakbym zapomniał, to mi o tym powiedzcie, dobra? Przytaknęliśmy. Trzy banany, dziesięć bułek. Weszliśmy do Biedronki i przeszliśmy przez bramkę. Standardowo, po prawej stronie znajdowały się tanie napoje, po lewej zaś starannie wyselekcjonowane chipsy i chrupki. Na tym etapie, nawet nie przyglądaliśmy się niczemu innemu i po prostu braliśmy po paczce (z głębi paczki, żeby czasami nie była zgnieciona). Ja gustowałem w serowo-cebulowych, Kamil w paprykowych, a Sperma solonych. Poszliśmy po pieczywo i banany.

Sperma stał przy wadze i zaczął się zastanawiać. - Co jest? - Spytałem. - Kurwa, chłopaki, nie macie czterdziestu groszy? Zajrzałem do kieszeni. Była tam tylko dwuzłotówka - czyli tyle, ile kosztowały Topy. Pokiwałem głową. Kamil również miał zgodne. - Kurwa, to muszę coś wykombinować, bo mi nie starczy. - To weź może oddaj bułkę. - Zaproponował Kamil. - Nie, myślałem o tym. Musiałbym dwie wyjebać. Sytuacja patowa. Żaden z nas nie miał pieniędzy, a chodzenie do sklepu dwukrotnie tego samego popołudnia mijało się z celem. Sperma z roztargnieniem spuścił głowę i po raz drugi wcisnął przycisk odpowiadający za drukowanie naklejki z ceną - tym razem jednak, nieco podniósł banany - tak, by zmieścić się w swoim budżecie. Kamil zarechotał. - Kamil, cicho bądź, bo ktoś nas zczai! - Syknął Sperma. Przykleił fałszywą naklejkę na foliową reklamówkę, a poprzednią włożył do kieszeni. - Chodźcie jeszcze pod napoje. Na miejscu Sperma pozbył się naklejki - przykleił ją do jednego z kartonów Topów. Byliśmy gotowi do drogi - poszliśmy do kasy.

Kolejka ciągnęła się w nieskończoność. Czekaliśmy około kwadransa na swoją kolej - gdy jednak Kamil podał swoją paczkę Topów kasjerce, ta odłożyła je na bok. Znikąd obok nas pojawił się starszy, gruby mężczyzna w zapoconym garniturze. - Panowie, proszę ze mną. Wyrwał nam z rąk zakupy i położył na półeczce za kasą. Ludzie patrzyli się na nas jak na przestępców - odwróciliśmy się więc, by nikt nas nie poznał - a na co już chyba było zbyt późno. Poszliśmy na stronę z mężczyzną. - Myślicie, że nie wiem, co zrobiliście? - Spytał agresywnie. Nastała cisza. Nikt z nas nie miał zamiaru donieść na Spermę, choćby i wezwano szwadron antyterrorystów. - Podnieśliście te banany na wadze. Ukradliście je! Przestraszyliśmy się, ale jednocześnie dotarło do mnie, że raban dotyczy maksymalnie czterdziestu groszy. - Ty wykonywałeś brudną robotę. - Wskazał na Spermę. - Ty byłeś mózgiem operacji. - Tutaj skinął z pogardą na Kamila. - A ty obstawiałeś tyły. Moglibyśmy wezwać policję. - Proszę pana, no brakło mi paru groszy. - Milcz, bandyto! Nie pytałem cię o zdanie. Czy ja biorę z półek rzeczy, na które mnie nie stać? - Nie wiem, nie znam pana xD - Odpowiedział dziarsko Sperma. Wymieniliśmy z Kamilem spojrzenia typu "ten kutas zaraz nas pogrąży". - Wynocha mi stąd i nigdy nie wracajcie. Nie chcę was tu więcej oglądać, złodzieje.

Tego dnia musieliśmy obejść się smakiem. Sperma kupił banany i bułki w okolicznym sklepiku, ale mnie i Kamilowi nie starczyło na żadne "luksusowe" chipsy. Przez dłuższy okres czasu rzeczywiście nie chodziliśmy do owej Biedronki. Gdy pojawiliśmy się w niej jesienią, na jednej z długiej przerw, zauważyliśmy, że rolę kierownika przejęła jakaś kobieta - byliśmy więc bezpieczni i w dalszym ciągu mogliśmy robić zakupy. Szczególnie ucieszył się z tego powodu Sperma, który w tym czasie rozsmakował się w najtańszych możliwych nalewkach - biedronkowych Kelerisach (później przechrzczonych na Amareny).

Będąc w podstawówce, lubiliśmy bawić się w policjantów i złodziei, o ile akurat nie mieliśmy do dyspozycji gałęzi, które mogłyby zostać przerobione na wyimaginowane miecze i buławy i/lub w okolicy nie było interesujących śmieci do budowy szałasów. W bloku, w którym mieszkał Sperma, piwnica była zawsze otwarta - i właśnie tam, z jakiegoś powodu, często przychodziliśmy. Przy okazji, jeśli mieliśmy szczęście, udawało nam się wziąć jakiś drobiazg z jednej z zamkniętych piwniczek, prześlizgując się przez drzwi przypominające paletę przemysłową.

Po dłuższym pościgu pojmaliśmy Kamila i Emila. Problemy mieliśmy zwłaszcza z tym pierwszym, bo różnica wieku względem kuzyna była widoczna od razu - był od niego szybszy, zręczniejszy i mądrzejszy. Wtrąciliśmy obu do więzienia, które w rzeczywistości było ślepym korytarzem. - Poczekaj tu z nimi i ich popilnuj. Ja poszukam Patryka. - Powiedział Młody. Sperma również polował na ostatniego wolnego przestępcę. Spojrzałem na siedzącą ze spuszczonymi głowami dwójkę. Oboje mieli na dłoniach zaciśnięte plastikowe kajdanki - ale takie lepszej jakości. Dziecko nie było w stanie przeciwstawić się ich sile. - Srać mi się chce. - Powiedział Emil. - Wypuść mnie. - Tia, pewnie. Jeszcze czego? - Nie no, serio. Zaraz się zesram. Nogą podsunąłem mu pusty woreczek, który leżał przy jednej ze ścian. - Znaj łaskę pana xD Ale nie myśl, że ci wierzę. - Ej no, serio kurwa, sraka mnie ciśnie. Zdejmij mi te kajdanki to wrócę za pięć minut. Odszedłem kilka kroków do przodu. Nie chciałem wysłuchiwać prób wyrwania się z zamknięcia Emila. Nie byliśmy na tyle mali, by dawać się podejść w ten sposób… Usłyszałem histeryczny śmiech Kamila i odwróciłem się. Momentalnie sam również wybuchnąłem śmiechem. Emil kucał na środku korytarza, skutymi rękoma przytrzymując opuszczone krótkie spodenki i majtki. Wypróżniał się na leżący na ziemi foliowy woreczek. Ogromny stolec wysuwał się powoli, ale zdecydowanie. W końcu upadł z plaśnięciem na ziemię. Emil wstał i podciągnął spodenki, ze sporymi trudnościami. - Już nie muszę xD Oparłem się o ścianę, nie dowierzając, co przed momentem miało miejsce. W tym czasie Kamil wyczuł swoją okazję do ucieczki - mocno nacisnął kciuk swojej prawej ręki, aż ten odskoczył do środka, z głośnym trzaśnięciem. Dłoń z wybitym palcem wysunęła się z kajdanek, a potem Kamil uciekł.

Tego dnia policja jednak wygrała. Sperma został złapany kilka minut później, a Kamil w końcu zrezygnował z walki, tłumacząc się, że musi iść do domu (Milena odwiozła go do szpitala jeszcze tego popołudnia). Woreczek z odchodem wsunęliśmy do jednej z piwniczek, należącej do starszego mężczyzny, który miał z nami zatargi (po tym, jak udzielił nam reprymendy na temat sikania w piwnicach, kilka lat wcześniej).

Był to jeden z festynów, na które kiedyś chodziliśmy z rodzicami. Będąc tam samodzielnie, zaczęliśmy dostrzegać niski poziom całej imprezy oraz brak organizacji, którego nie zauważylibyśmy, mając kilka lat mniej i trzymając za ręce mamy. - Ty, kurwa, nie sprzedadzą nam piw. - Emil bulwersował się. - Tia, na pewno kupię kubek tych sików za dychę. Brakłoby mi na fajki. - Dodał Sperma. Staliśmy z boku, przy starym ogrodzeniu oddzielającym boisko od trawników i parkingów, na których odbywał się owy festyn. - Chodźmy pod scenę, może zagrają coś fajnego. - Zaproponował Patryk. Nikt z nas nie chciał słuchać wsiowego disco polo, które dobywało się z głośników, a tym bardziej brać udział w dzikich tańcach pod sceną, wraz ze zbieraniną naćpanego kwiatu okolicznej młodzieży klasy niskiej. No, przynajmniej do czasu, gdy nie zapowiedziano darmowych upominków. Na scenę wyszło kilka młodych kobiet w szpilkach i bikini, trzymając ogromne, pękate kosze wypełnione po brzegi owocami i ciastkami. - Ja pierdolę, lecę xD - Krzyknął nagle Sperma i pobiegł pod scenę. - Pierdolony sęp. Pazerny skurwysyn. - Rzucił Emil. Trafił w sedno - jeśli chodzi o jedzenie, picie i fajki, to Sperma nie miał sobie równych. Nikomu nie dawał tego co miał, ale jednocześnie brał od innych tyle, ile tylko się dało. W sytuacjach kryzysowych również kradł. Mimo wszystko, poszliśmy za nim.

Stanęliśmy z przodu, w centralnej części tłumu, czekając na darmowe żarcie. Z głośników dobywały się komentarze prowadzącego, które ledwo rozumieliśmy. - A teraz, wszyscy ręce w górę! Tłum posłusznie podniósł ręce. - Łapcie, łapcie! Kobiety zaczęły miotać ciastkami wielkości krążków hokejowych w tłum. Rozpoczęło się piekło. Wszyscy chcieli złapać lecące ciastka, więc w ciągu kilku sekund stojący do tej pory rozpoczęli coś, co mogłoby przypominać taniec pogo. Jakiś rosły mężczyzna wyrywał ciasto kilkuletniemu dziecku, które zanosiło się niesłyszalnym płaczem. Zewsząd padały "kurwy" i "chuje". Kobiety wyjęły owoce. Zaraz potem zobaczyłem, że w moją stronę leci jabłko - odsunąłem się na bok, by nie zostać trafionym. Owoc celnie uderzył w głowę dziecka stojącego do tej pory za mną. Osunęło się na ziemię i zostało zadeptane przez tłum (tego dnia na szczęście obeszło się bez ofiar śmiertelnych i poważniejszych urazów). - Łapcie! Banany! Sperma był w swoim żywiole. Zręcznie łapał lecące ku niemu fanty i chował je w dużej kieszeni bluzy, na brzuchu. Usłyszałem głos Emila. - Spierdalamy stąd! Pokiwałem mu głową z aprobatą. Szarpnąłem Spermę za rękaw i pokazałem, że odchodzimy. W tym momencie, w jego głowę trafił banan. Chłopak zatoczył się jak pijany, podniósł owoc i rzucił go w kierunku kobiet w bikini, trafiając jedną z nich w nogę. Dziewczyna potknęła się i upadła na ziemię, uderzając pośladkami o podłoże. - Pokaż cycki! - Krzyknął ktoś. Podczas ucieczki złapałem jeszcze jednego banana, po czym wszyscy, we czwórkę, uciekliśmy na bok. Tłum szalał jeszcze przez dobrych kilka minut, depcząc wszystko, na co natrafił. Znokautowana przez Spermę kobieta szybko wróciła do swojego zajęcia i dalej rzucała owocami - tym razem jednak z widoczną, nawet z daleka, agresją.

Bilans: - Po wyjściu z tłumu, miałem posiniaczone piszczele, żebra i zdeptane trampki. Zdobyłem jednego banana. - Patryk wyglądał podobnie. Złapał jabłko i ciastko. - Emil nie złapał nic. Na czole wykwitł mu guz wielkości pięści - ale sam nie miał pojęcia, co się stało. - Sperma obłowił się najbardziej. Zdobył kilka ciastek i owoców. Na głowie miał czerwony ślad po ciosie bananem.

- Wsadziłbym jej w pizdę tego banana, a sam zerżnął kapę (potocznie odbyt). - Skwitował całe wydarzenie. Już nigdy nie braliśmy udziału w zabawach pod sceną.

W Karolinie Młody podkochiwał się przez wszystkie sześć lat podstawówki. To była taka jakby jego… Wyimaginowana dziewczyna - jednostronne uczucie. Chociaż to za dużo powiedziane - trudno mówić o uczuciach w wieku 7-13 lat. Ich romans skończył się na początku gimnazjum, kiedy podczas rozmowy, Młody wreszcie się zdenerwował i wygarnął jej wszystko - na czele z ignorowaniem przez te wszystkie lata, trzymaniem na dystans i wykorzystywaniem (pożyczanie kredek, i takie tam). Nazwał ją kurwą i do końca szkoły nie zamienili ze sobą więcej niż kilku zdań. Karolina była kompletną dechą - jak też zresztą była często nazywana. W podstawówce rzeczywiście była całkiem ładna, ale potem, gdy koleżanki zaczęły rosnąć (bynajmniej nie mówię o wzroście), ona zatrzymała się w miejscu. Tak więc została wysoka, chuda (sucha) i płaska. Tyle w temacie. Jeśli chodzi o charakter, to była manipulatorką i dwulicową plotkarą - ni mniej, ni więcej. W szkole zgrywała grzeczną, miłą i religijną, poza nią głęboko w poważaniu miała los innych. Z uwagi na dosyć bogatych rodziców, okoliczne dziewczęta traktowały ją z szacunkiem, poważaniem. Pod jej wpływem, większość stała się podobna do niej - więc nikt nawet nie starał się z nimi flirtować.

Iwona była jedną z podopiecznych Karoliny. Taka najlepsza przyjaciółka, jeszcze z czasów przedszkola, o ile się nie mylę. Jeśli mam być szczery, to była chyba najnormalniejsza z całej tej fałszywej gromadki. Dało się z nią normalnie pogadać, chociaż na pewno nie na bardziej ambitne tematy. Raczej nie miałem z nią problemów - parę razy dałem jej ściągnąć na klasówce, z wzajemnością. I to właściwie tyle. Z wyglądu, Iwona była dosyć pulchna, przynajmniej w podstawówce i gimnazjum. Potem całkowicie się zmieniła - gdy zobaczyłem ją po paru latach, to nawet jej nie poznałem. Takie brzydkie kaczątko.

Było to jedno z tych nudnych popołudni, kiedy to nie mieliśmy do roboty dosłownie niczego. Siedzieliśmy na schodkach obok bloku Spermy, prowadzących na mały parking, skąd właśnie szła ku nam jedna z jego sąsiadek - rówieśniczka Emila, Kasia. - Cześć, chłopaki. Przywitaliśmy się wszyscy. Byłem tam ja, Młody, Sperma, Algier i Emil. - Co słychać? - Zapytała Kasia. Z jakiegoś powodu, niektóre z obecnych osób, miały o tej dziewczynie negatywne zdanie - w tym Algier. - Gówno. Kasia stanęła jak wryta. Spojrzeliśmy na kolegę z pewnym zniesmaczeniem. - Słucham? - Gówno. Umyj dupę, bo jebie xD Młody wkroczył do akcji: - Algier, kurwa, uspokój się! Co ty odpierdalasz? - Młody, wyluzuj. Kasia to lubi xD - Tutaj chłopak puścił oko do stojącej naprzeciw niego, oniemiałej dziewczyny. - Zobaczycie, jeszcze kiedyś zostanie kurwą. Kasia pożegnała się z nami (ale nie z Algierem), po czym poszła do domu. Emil i Sperma śmiali się wniebogłosy, ja i Młody byliśmy raczej w szoku.

Ciszę przerwał wreszcie sam Algier, bohater dnia. - No dajcie spokój. Kurwa, mówię wam, ona zostanie kurwą. To urodzona dziwka! - Algier, stary, zmień dilera albo bierz połowę. - Rzucił Emil między kolejnymi salwami śmiechu. - Jeszcze zobaczycie, wszyscy. Ona będzie puszczalską szmatą - ja wam to mówię! Ktoś chce się założyć? - Dawaj, ja się z chęcią założę. - Powiedział Sperma, który mieszkał piętro nad Kasią i znał ją z nas wszystkich najlepiej. - O co? - A o kratę Kenigerów. Przeciąłem ich uścisk dłoni - zakład został zawarty.

Jakieś więc było moje zdziwienie, gdy kilka lat później, spotkaliśmy grupą Kasię, która zmieniła się nie do poznania. Miała na sobie miniówkę i szpilki, wyprostowane i przefarbowane na blond włosy, kolczyk w języku i pępku (koniecznie odsłoniętym) i tatuaż na dolnej części pleców (wieśniacki tribal). Algier nie zapomniał o długu Spermy - ale ten, jak zawsze w takich wypadkach, wykręcał się do oporu (nigdy też kraty Kenigerów Algierowi nie dał).

Co do Kasi, to jeśli chcecie poznać jej historię, to zgodnie z przewidywaniami Algiera, została "puszczalską szmatą". Żeby było zabawniej, na jednym z Sylwestrów, przespali się ze sobą po pijanemu - według relacji Algiera, wziął ją od tyłu. Dziewczyna wyjechała po maturze - do tej pory widziałem ją może ze dwa-trzy razy.

Ogólnie rzecz biorąc, wraz z zakończeniem gimnazjum, nasza paczka rozeszła się w swoje strony - ja, Kamil i Sperma poszliśmy do jednej szkoły, Młody i Patryk do drugiej, a Emil został w gimnazjum (były między nami dwa lata różnicy, dodatkowo chłopak nie zdał dwukrotnie - ale to już temat na oddzielną historię). Razem z nami, do nowej szkoły poszła duża część znajomych z wcześniejszych lat - w tym Michałek i Antek.

Nowa szkoła źle wpłynęła na Młodego i Patryka, którzy stali się bardziej… nieprzewidywalni. Ten pierwszy zaczął dużo częściej pić i znikać na całe noce, ten drugi zaś po prostu się zmienił (trudno inaczej to nazwać, po prostu mu coś odjebało). Spermie nowy tryb życia Młodego przypadł do gustu - więc przez pierwsze dwa lata edukacji na poziomie średnim, byli nierozłączni (po lekcjach, rzecz jasna).

Pewnego jesiennego, poniedziałkowego ranka, gdy wszyscy czekaliśmy na autobus, zjawił się Sperma - z podkrążonymi oczyma, blady jak ściana, z plastrem przyklejonym na lewej brwi. - Siema, co ci się stało? - Przywitałem się. - Aaa… Nic. Takie tam. Nawet po dłuższej dyskusji, Sperma nie uległ - przynajmniej do czasu, gdy nie zajechaliśmy pod szkołę. Wtedy to też, tajemnica została zdradzona.

Staliśmy koło sklepu, który znajdował się centralnie naprzeciw szkoły. Sperma palił papierosa, a ja i Kamil spisywaliśmy jakąś pracę domową. - Ej, chłopaki. Macie dwójkę? - Zapytał cicho Sperma. - No może się coś znajdzie. A co? - Odpowiedziałem mu. - Tak… No… Wiesz, muszę coś… Kupić. - No, wykrztuś to z siebie w końcu xD - Zachęcił go Kamil. - Co się stało? Chwila ciszy. - No bo piliśmy z Algierem i Młodym u takiego ziomka. Odpadłem i poszedłem spać najebany, a oni mi ogolili brew. Sperma odkleił jedną stronę plastra. Rzeczywiście - ani śladu po brwi. Buchnęliśmy śmiechem. - To co, macie tą dwójkę? - Ale co ty chcesz z tym zrobić? - Zapytał Kamil. - Kupię kredkę do oczu.

Efekt był bardziej komiczny niż mogliśmy przypuszczać. Sperma pomalował skórę kredką, tworząc na niej "twardy" kształt, mający być brwią. Uwierzcie - daleko mu do niej było. Staliśmy koło niego - ja, Kamil, a nawet kilku innych chłopaków z klasy (w tym nawet Michałek!), śmiejąc się bez końca. - To nie przejdzie. - Zasmucił się Sperma. - To weź pomaluj drugą brew, do pary. Nikt nie pozna xD - Zażartował Michałek. Sperma nie miał nic do stracenia, więc zrobił to, bez wahania.

Tak też wyglądał dzień, w którym Sperma przywitał się na dobre z nową szkołą. Do końca nauki, był znany jako chłopak z pomalowanymi brwiami lub jednobrewy - nawet wśród nauczycieli.

Jeśli czytaliście poprzednią historię, to wiecie, że Emil nie miał raczej szczęścia w szkole - nie zdał dwa razy, w pierwszej i prawdopodobnie trzeciej klasie. Za pierwszym razem był całą sytuacją naprawdę przerażony - dostał bowiem terminy poprawkowe, czyli poniekąd szansę dalszej nauki z rówieśnikami. Emil jednak całe wakacje spędził w towarzystwie reszty naszej paczki, wychodząc rano i wracając wieczorem (z przerwą na obiad i na Dragon Balla czy tam Pokemony). Gdy więc pewnego wieczora wracaliśmy do domów z łąk, chłopak przypomniał sobie o komisie (potocznie egzaminie poprawkowym - komisyjnym), który miał mieć następnego dnia. - O kurwa, ej. Jutro mam komisa przecież. - Co ty gadasz? - Zapytał Patryk. - No kurwa komisa. Jak nie przyjdę to nie zdam i stara mnie zajebie. Znowu zabierze mi komputer do siebie, będzie se palcówkę strzelać pod moje pornole. Skwitowaliśmy jego dowcip uśmiechami, ale bardziej przejęliśmy się egzaminem. - To co, z czego masz tą poprawkę? - Zadałem mu pytanie. - A chuj wie, matma chyba. Jeszcze coś tam było, ale nie wiem. Biologia, przyroda? Tak jakoś. - To co, nie mówiłeś starej, że nie zdałeś? Nie połapała się, jak nie pokazałeś jej świadectwa? - Młody włączył się do dyskusji. - Była w pracy, wróciła na drugi dzień, a ja spierdoliłem na dwór wcześniej xD - Teraz będzie tylko gorzej. Co jej powiesz, jak będziesz wychodził w garniturze? - Zauważyłem. - A to trzeba iść w garniturze tam? Przytaknęliśmy, choć nawet nie byliśmy pewni, czy takie restrykcje obowiązują. Emil spuścił głowę i tak zakończyliśmy rozmowę.

Następnego dnia usłyszałem dzwonek do drzwi - wcześniej niż zazwyczaj - nieco po ósmej rano. Otworzyłem drzwi i do środka wszedł Emil, ubrany w garnitur. - Siema, widziałem Ewelinkę (moją mamę) jadącą do roboty przed chwilą, więc wiem, że masz wolną chatę. Masz chwilę? - No mam, co się dzieje? Nie idziesz na tego komisa? - No idę, idę. Pójdziesz ze mną? Kurwa, jestem zdenerwowany jak chuj. - No… Dobra, mogę iść. Daj mi tylko chwilę - zjem coś i się ubiorę. Ile mamy czasu? - A, coś koło godziny.

Jak się okazało, Emil nawet nie zajrzał do zeszytów, o ile nawet takowe posiadał - a w jego przypadku, nie byłoby niespodzianką, gdyby zwyczajnie ich nie miał. Szliśmy ulicą, rozmawiając o wszystkim, byle nie o komisie Emila, chociaż ciekawiło mnie, jak chłopak wybrnął z sytuacji ze swoim garniturem.

Egzamin przebiegł w kompletnej ciszy - razem ze mną, przyszły dwie towarzyszące osoby, więc siedzieliśmy przez jakiś czas na szkolnym, chłodnym korytarzu, gawędząc o przeróżnych rzeczach i czekając na tych, którzy za ścianą pisali w najlepsze. Po mniej więcej dwóch godzinach, które zdawały się być wiecznością, wyszli. Niektórzy z tarczami, niektórzy na tarczach. Emil należał do tych drugich, ale nie okazywał żadnego smutku. Zdjął z ramienia mały plecak, ściągnął spodnie od garnituru, pod którymi miał krótkie spodenki (ku zdziwieniu wszystkich zgromadzonych) i powiedział mi, że możemy iść. Po drodze, koło sali, nagle przystanął, otworzył drzwi i krzyknął głośno. Usłyszałem pisk przerażenia i zaskoczenia nauczycielek, a potem obaj uciekliśmy na dół.

Idąc w stronę domu, Emil powiedział mi w końcu, jak wykręcił się od tłumaczenia matce wczesnego wyjścia w garniturze. Oznajmił jej, że idzie na pogrzeb xD

Podczas naszego sześcioletniego pobytu w podstawówce, na prawie każdym W-Fie graliśmy w piłkę nożną. Większość chłopaków wprost uwielbiała ten sport, a cała reszta zwyczajnie musiała się podporządkować.

Z całej klasy, a może nawet szkoły, najlepszym graczem był Patryk - przez jakiś czas nawet wiązał z piłką swoją przyszłość. Każdą wolną chwilę poświęcał na treningi, ponadto regularnie uczęszczał do klubu piłkarskiego. Tak więc, zawsze pełnił rolę kapitana, atakującego, obrońcy - właściwie każdego, kogo tylko mógł.

Tego dnia, będąc w szóstej klasie, graliśmy na sali gimnastycznej - małej, ciasnej, dusznej i wyłożonej charakterystycznymi drewnianymi panelami (standardowo, jak wszędzie, wypadającymi). Nikt nie wie jak doszło do tego wypadku, ale w pewnym momencie, Patryk został podcięty i przewrócił się, uderzając głową w podłogę. Chłopak po jakimś czasie samodzielnie wstał, więc nauczyciel nawet nie silił się na wezwanie lekarza (pielęgniarka była u nas w szkole co drugi dzień). Była to ostatnia lekcja, więc po prostu zwolnił nas nieco wcześniej i nakazał odprowadzenie do domu poszkodowanego.

Zabawna, a wtedy straszna część, zaczęła się w szatni - gdzie wszyscy zabraliśmy się do przebierania. Wszyscy oprócz Patryka, który stał jak wryty przy wejściu. - Patryk, chodź, ubieraj się. Jak się pospieszymy, to złapiemy autobus! - Krzyknął Młody. Cisza. Patryk rozglądał się w panice po pomieszczeniu, wzrokiem zaszczutego zwierzęcia. - Gdzie są… Moje buty? - Zapytał cicho. Wszyscy przerwaliśmy przebieranie się - z początku myśleliśmy, że to jakiś żart, ale widząc twarz Patryka, szybko zmieniliśmy zdanie. Sperma ujął stojącego kolegę za ramię i poprowadził do miejsca, gdzie były jego ubrania i plecak. - Siadaj, to twoje buty. Patryk posłusznie usiadł, ale po chwili wybuchnął płaczem. - To… Nie są moje buty! - Ryczał przez łzy.

Jakimś cudem, nakłoniliśmy go do przebrania się, z naszą pomocą. Kamil pomógł mu wiązać buty, ja naciągnąłem bluzę, a Sperma i Młody wcześniej pomagali mu przy włożeniu spodni. Potem wspólnie wyruszyliśmy w stronę domów.

Jak się okazało, Patryk za nic w świecie nie pamiętał, gdzie mieszka. Pomogliśmy mu dojść na miejsce, gdzie odebrała go przerażona matka. Podziękowała nam za pomoc i dopiero wtedy wezwała karetkę.

Patryk dostał "reseta" - czyli mówiąc bardziej profesjonalnie, przy upadku i uderzenia czaszką o podłogę, dostał wstrząśnienia mózgu, co poskutkowało tymczasową utratą pamięci. Po dwóch dniach, chłopak wrócił do szkoły, gdzie na jego temat powstało już wiele alternatywnych, zabawnych historii. Chyba najbardziej komiczna był chyba Sperma, który na pytanie nauczycielki (na które rzecz jasna nie znał prawidłowej odpowiedzi), wymówił niczym robot: "gdzie są moje buty?".

Było to jedne z tych niezliczonych nudnych wakacyjnych popołudni, kiedy to siedzieliśmy na trawie porastającej łąki, myśląc, co moglibyśmy robić dalej. Nikt nie miał ochotę na budowę szałasu albo czegokolwiek innego, część obecnych odmówiła dalszej zabawy w nasz odpowiednik Diablo, a reszta nie miała ochoty na dalekie podróże - jak choćby do nawiedzonego domu. - Ej, zróbmy coś. Ile możemy tak siedzieć bezczynnie? - Zadałem pytanie, ale nie usłyszałem od nikogo odpowiedzi. Po dłuższej chwili milczenia, odezwał się Emil: - Wyruchałbym Milenkę. Zaśmialiśmy się. Kamil, jak zawsze w takiej sytuacji, oburzył się i spróbował uderzyć kuzyna. Ten jednak zgrabnie odskoczył w bok i uciekł. Kamil rzucił się w pogoń, bezskuteczną swoją drogą. - Emil jest ostro popierdolony, ale muszę przyznać, że tu ma trochę racji. - Zastanowił się Sperma. - O czym ty mówisz? - Zapytał podejrzliwie Młody. - No o starą Kamila. - Tutaj ściszył nieco głos. - Bo wiecie, to świnia jakich mało. Nikt nie odważył się zaangażować w dyskusję, toteż Sperma kontynuował monolog: - No kurwa powiedzcie że nie? Takie to ja widywałem na dupcochach. - Sperma, wkraczasz stary na grząski grunt. - Zauważył Patryk, do tej pory siedzący cicho z boku. - Chłopaki, ja pierdolę. Jak was nie jarają jej nogi, to musi być z wami coś nie tak. Jak z tym tam, debilem kurwa, Emilem. - No w sumie ładna jest. - Przytaknąłem w końcu. Zaraz za mną zrobili to w końcu Młody i Patryk. - Ale żeby nie było - to stara naszego ziomka, więc zero kurwa docinek w stylu Emila. - Młody próbował zamknąć temat lub nakierować go na inny tor. - Nikt przecież jej nie obraża. Jest ładna, nawet bardzo. Widziałeś te jej sukienki czasami? Jak idzie, to aż jej tyłek wychodzi. - Entuzjazmował się Sperma. - No i mamy już dwóch amantów. - Zażartowałem.

Niedługo później, dyskusja przerodziła się w swoisty ranking - omawialiśmy kolejno zalety i wady wszystkich mam zgromadzonych, często wprawiając ich dzieci w potężne zakłopotanie. Sperma wyciągnął wreszcie z plecaka swój zeszyt i zaczął pisać własnym "językiem" (zmienionym alfabetem, w dodatku nieudolnie). - Co tam piszesz? - Zapytał Patryk. - No ten ranking. W sumie w chuj fajny pomysł, będzie beka jak to przeczytamy za parę lat. - Tylko proszę, ukryj to dobrze do tego czasu. Ostatnim razem jak robiłeś coś takiego, to wysypałeś włosy łonowe na głowę Oli xD - Dodałem. - Oli się we łbie pierdoli. Zaczynajmy te balety. - Skwitował Emil.

- Dobra, Milenka. - Zaczął Sperma. - Numer jeden. - Powiedział ktoś. - Bez dwóch zdań. Kamil udał, że nie słucha naszych rozważań. - Te jej nogi, cycki, włosy, pupa… - Wyliczał Emil. - Nogi, tyłek, spoko. Ale włosy? Przecież ona wygląda jak ten, kurwa… Z Dextera, jak mu tam… - Zastanawiał się Młody. - Wiem o kim mówisz. - Myślałem. - Mendrek, czy jak mu tam. - No, kurwa, dokładnie! Tylko jebnęła się na blond. - Ja pierdolę, ja tu jestem. Halo! - Kamil nie wierzył w to, co słyszał. - No i jeszcze te jej sukienki miniówki, szpilki, chuje muje. I jebała się jak spaliśmy w namiocie. Kurwa mać, numer jeden bez dyskusji. - Emil wypluwał słowa z prędkością karabinu maszynowego. Kątem oka zauważyłem, że ma "namiot". - Dobra jest. Milena na pierwszym miejscu. Kto drugi? - Agatka albo Ewelinka. - Zaproponował Patryk. Mówił o mamie Emila i mojej. - Agata nie. Najlepsze geny przejęła Milenka. Poza tym nie widzieliście jej na kacu. - Emil niebezpiecznie zaangażował się w rozmowę. Zastanowiłem się, czy dobrym pomysłem byłoby brnąć w to dalej. - No to Ewelina. Ale ma trochę małe cycki, nie? - Zapytał ktoś. - No, w porównaniu do Mileny tak. Ale za to ma normalną fryzurę. Jak z tych reklam kurwa, szamponów. Loleral pari kurwa. - Śmiał się Sperma. - Ej, ale od Mileny to się odjeb już. Spuściłbym się na ten jej kark. - Skwitował Emil. Chwilę później dostał kuksańca od Kamila. - Dobra… Mniejsze cycki, fajne włosy. A nosi stringi do szpilek? - Zapytał się wprost Sperma. - Ja… Skąd mam do chuja wiedzieć? Może i nosi, nigdy jej pod spódnicę nie zaglądałem. - A powinieneś. - Emil poczerwieniał na twarzy. - Pewnie nosi. Przecież wie, że stara i brzydka nie jest. - Dokończył Patryk. - Dobra. Numer trzy? - Sperma dodał nowe wpisy w zeszycie. - Irenka może? - Zaproponował Kamil. Młody wyprostował się, jakby ktoś uderzył go w twarz. - To już nie ten poziom. Bez urazy, stary. - Powiedział Emil. - Taka normalna babka, widać, że nauczycielka. - Tak? - Zaciekawiłem się. - No tak - spójrz tylko, jak się ubiera. Widziałeś ją kiedyś w miniówie? - Argumentował Emil. - Ty, ale kurwa nie każde stare chodzą jak ubrane do pornola. - Rozzłościł się Młody. - Kurwa, ja sobie wypraszam. Na pewno nie jak do pornola! - Bronił się Kamil. - Wiesz, co miałem na myśli. Minetka… Kurwa, MIlenka jest zajebista, czy ci się to podoba, czy nie. Ewelinka też. Więc one mogą sobie paradować z tyłkami na wierzchu i półmetrowych szpilkach. - No dobra, już, dobra. - To co? Irena numer trzy? - Zapytałem. - Będzie. Ale te jej garnitury czy jak to zwą mnie martwią. - Dodał Sperma. - A co z nimi? - Nic, po prostu wygląda jak biznes women (tutaj Sperma wypowiedział słowo po polsku). - Starczy, łapię. Numer cztery? Emil odszedł od grupy. - Zaraz wracam! - Czwarta… Agata. Chociaż ją dałbym nawet na trzecie. - Powiedział Sperma. - Ale ma taką długą twarz. - Zauważył Młody. - Po dziadku. - Dodał Kamil. Zaśmialiśmy się. - A nogi? - Dawno jej nie widziałem… Ale z tego co pamiętam, to jest szczupła. To nogi też ma chyba w porządku, nie? - Zastanawiałem się. Długopis Spermy bezustannie bazgrał w zeszycie, tworząc nowe znaczki. - Ale te jej włosy. Kurwa, jak jebany mop. Kręci sobie co noc te loki… Ile razy przychodziłem do Emila po coś na chatę, a ta wyskakiwała z tymi rolkami po srajtaśmie na łbie. - Kamil ożywił się i wtrącił do dyskusji. - Wszystko zostaje w rodzinie xD - Zażartowałem. - Dobrze, że Emil gdzieś poszedł, bo tym razem to on by mi chciał zajebać. - A właśnie, gdzie ten dureń? - Młody się zaniepokoił. - Emil! - Krzyknął Sperma. Zero odzewu. - Poszedł w stronę jeziora. - Zauważyłem. - Idziemy, bo jeszcze się idiota utopi.

Poszliśmy na miejsce, po drodze wyłaniając przedostatnią kandydatkę - Renię - matkę Patryka. Zgodnie stwierdziliśmy, że to szara przeciętniaczka. - Głupcu! Gdzie jesteś?! - Emil! Z trzcin wyłonił się poszukiwany. - Co jest, kurwa? - Myśleliśmy, że się utopiłeś albo coś. - Nie, musiałem się spuścić, bo już nie mogłem wytrzymać tej presji. Żaden z nas nie wiedział, co powiedzieć. - To na czym stoimy? Kto nam został? - Elka. - No, zgadzam się. Ale nie musimy w to brnąć. Po prostu to zapiszę. - Powiedział z powagą Sperma. - Nie no, co ty. Musimy. Naszym starszym obrobiliśmy dupy do białego. - Emil, ale wszyscy wiemy, że moja stara jest szersza niż wyższa. To wystarczy xD - No, fanga jak chuj. Kega. - Emil poprawił spodenki i sprawdził, czy nie ma na nich żadnych plan. - Oj, Milenka, Milenka… - Dodał pod nosem.

Zapewne część z was zetknęła się z falą zainteresowania prawem jazdy, dotykającą siedemnastolatków w szkołach średnich. Ci, których rodziców stać na opłacenie kursu, korzystają z okazji i zapisują się od razu, byle tylko dorównać innym rówieśnikom, którzy już uczęszczają na kursy. To sposób wpasowania się w tłum. Nie inaczej było wśród ludzi z naszego nowego otoczenia. Zazwyczaj więc, gdy komuś zostawały trzy miesiące do osiemnastki, to już następnego dnia był "kursantem". Cudzysłowowa nie są przypadkowe - trudno bowiem mówić o rzeczywistym pragnieniu zdania tego egzaminu, a także właściwego rozpoczęcia kursu. Ale o tym, zapewne doskonale wiecie.

Ofiarami fali w naszej paczce był Sperma, Kamil i Patryk. Ja i Młody postanowiliśmy nieco się wstrzymać (w moim przypadku jakieś pół roku, Młodego… Cóż, jeszcze chyba się nie zdecydował).

I tak wraz z upływem tygodni, coraz częściej widziałem "Elki" podjeżdżające pod domy kolegów, a potem nieudolnie odjeżdżające, szarpiąc niemiłosiernie przy zmianie biegów.

Sperma, najstarszy spośród tej trójki kursantów, jako pierwszy doczekał się egzaminu. Tego dnia zwolnił się ze szkoły i z wytęsknieniem czekaliśmy na odzew (dla zasady, kilku znajomych wydzwaniało do niego, ale bezskutecznie). Bezskutecznie. Gdy wróciliśmy więc na nasz rewir, postanowiliśmy odwiedzić Spermę w domu.

Nie zdał, zgodnie z przypuszczeniami. - No i zrobiłem łuk, instruktor mi mówi żebyśmy jechali, no to wyjechałem z Łorda. Kurwa jadę tak, jadę i nagle on mi po hamulcach. - Na prostej drodze? - Zapytał Kamil. - No tak, przed jakimś skrzyżowaniem czy czymś. Mówi mi, żebym kurwa cofnął i spojrzał w prawo. Ni chuj, nie widzę. No to on mi pokazuje znak stopu przewrócony w dole, przykryty śniegiem. - Można w ogóle ujebać kursanta za takie coś? - Zapytałem. - No widać można. Kurwa, idę w kimę. Nara.

Następnego dnia, z samego rana, spotkałem siostrę Spermy. Czekałem na naszym słynnym skrzyżowaniu na kolegów, żeby iść na przystanek. - Cześć. - Zacząłem. - O, hej. Słyszałeś już, co Patryk odjebał? - Chyba nie… Co masz na myśli? - No prawko. Wczoraj miał egzamin. Niezłe jaja - żeby nie zdać przez znak, którego nie ma… - Co? O czym ty gadasz? Zdziwiłem się. - No Patryk mówił nam, że nie zdał na stopie, którego nawet nie było. - Serio?xD - Zaśmiała się. - No serio, serio. O czymś nie wiem? - Ten debil nawet nie wyjechał na miasto. Ba, on nawet nie usiadł za kółkiem! Miał pokazać, czy świeci się światło stopu, a ten stanął z boku auta i mówi, że nie. Wybuchnąłem śmiechem. Nawet nie uczęszczając na kurs, wiedziałem, gdzie w samochodzie powinno być światło stopu i cofania. - No, to ładnie dojebał. - Żebyś wiedział. Ojciec jak to usłyszał, to myślałam, że się popłacze. Dobra, miło było, ale lecę - jeszcze mi bus ucieknie. - Tak, na razie. I dzięki za cynk!

Informacja o prawdziwym powodzie niezdania egzaminu przez Spermę wyciekła bardzo szybko - ale nie przeze mnie. Spośród wszystkich, których znam, Sperma nie zdał w najgłupszy sposób, bez dwóch zdań. Nawet Kamil, który parę miesięcy później miał sześć błędów na egzaminie teoretycznym, nie był obiektem takiej ilości żartów (chociaż jego szczerze wyśmiała nawet własna matka, przy kolegach).

Do tej pory, jeśli się nie mylę, zarówno Sperma, jak i Młody jako jedyni z paczki nie posiadają prawka, przy czym ten drugi nigdy nie zapisał się nawet na kurs. Emil podchodził do egzaminu kilka razy, w różnych miastach - w końcu podobno zdał, ale nigdy nie widziałem go za kółkiem. Kamil, jak wspomniałem, nie zdał na teorii, następnym razem na placu - i w końcu, przy trzecim podejściu, zaliczył egzamin. Ja i Patryk zdaliśmy za pierwszym podejściem, jakimś cudem.

Nasze gimnazjum należało do tych, które w każdy możliwy sposób żerowało na uczniach. Składki rodzicielskie były "obowiązkowe", poważniejsze przewinienia karane były jeszcze poważniejszymi opłatami (zniszczenia czterdziestoletniego mienia, które samo sypało się przy zwykłym dotyku…), a jeśli szkole brakowało papieru, foliowych koszulek, segregatorów i innych produktów biurowych - cóż, wtedy szukała pomocy u uczniów. Przodowały wszelakie projekty, pozwalające uzyskać dobre oceny, a dzięki którym można było wybronić się z zagrożenia na koniec semestru. Znane zagranie.

Naszą nauczycielką od biologii była niejaka Zapałka. Przezwisko wzięło się od jej fryzury - rudych, krótko obciętych loczków natapirowanych do granic możliwości i postawionych do góry, z płaskim czubkiem. Prawie jak u żony Frankensteina, tylko bez siwych pasków po bokach.

Jakoś pod koniec pierwszej klasy, Zapałka obwieściła nam, że jesienią, w następnej klasie, będziemy robić zielniki i żebyśmy pozbierali w wakacje trochę liści - bo mogą się przydać. Siedzieliśmy w ostatniej ławie - czyli połączonych ze sobą trzech normalnych ławkach. Kamil dyskutował z Patrykiem, podając sobie z rąk do rąk wyświechtaną karteczkę, Sperma praktycznie usypiał, Młody wypatrywał czegoś niewidzącymi oczyma przez okno, a ja rysowałem coś na ostatniej stronie zeszytu. I o ile większość słów po prostu nas omijała, tak "wakacje" i "praca" od razu postawiły nas do pionu. - Ale prze pani, wakacje! - Krzyknął Sperma, w nagłym zrywie. Zapałka skierowała ku niemu wzrok i oparła dłonie na biodrach. Całkiem zgrabnych zresztą - ale bez przesady. - Patryku, na pewno zbieranie materiałów nie wpłynie na wasze wakacje… - Ale ja jadę na biegun północny - tam nie ma liści! - Dosyć. Jeśli nie chcesz pracować w wakacje, to zbierz liście przed nimi. Ja nie rozumiem… Jak możecie być tak nieodpowiedzialni? Stoicie przed dorosłym życiem! Moja córka robi wszystko bez protestów – a jest młodsza od was! - Lody też? – Zażartował cicho Kamil. Zaśmialiśmy się. Sperma zrezygnował. W międzyczasie, Młody uśmiechnął się pod nosem, ale zdecydowanie nie przez dowcip Kamila - tylko ja to zauważyłem.

Jeszcze tego samego dnia, po lekcjach, Młody zdradził nam swój misterny plan. - Słuchajcie, kurwa. W klasie od biologii są te jebitne szafki z tyłu, nie? - No, te kredensy kurwa z kamieniami. – Odpowiedział Sperma. - To minerały są. – Rzucił ktoś. - Jeden chuj, kamienie-minerały. Kiedyś z nudów zajrzałem do tych szafek na dole i było tam chyba ze sto tych zielników, z poprzednich lat. - Chcesz je zjumać? – Zapytał Patryk. - Żebyś wiedział. A co, mam biegać z koszyczkiem jak ten jebany pedał? – Młody wskazał palcem Michałka, który zrywał liście z drzewa po drugiej stronie drogi, na skraju parku. - Tutaj masz punkt. – Powiedziałem.

Tydzień później, na biologii, przeprowadziliśmy misję. Ja i Młody dobraliśmy się do szafki i zaczęliśmy wykradać zielniki (najlepsze zostawiliśmy dla siebie, oczywiście). Łącznie wyciągnęliśmy ich osiem. Pięć dla paczki, trzy na sprzedaż (dycha za sztukę – uczciwy układ).

I tak, podczas gdy większość klasy ganiała za liśćmi w wakacje, my słodko leniuchowaliśmy przez całe dwa miesiące. Zapałka nigdy nie połapała się, że ukradliśmy zielniki z sali. Wpisała nam dobre oceny (w większości piątki, ale czwórki też się trafiały – i co ciekawe, nie wszystko pokrywało się z pierwotnymi ocenami prac). Jakiś tydzień później, ukradliśmy zielniki ponownie i dzięki kontaktom Emila, sprzedaliśmy je ponownie. Czysty interes.

Beatka była naszą nauczycielką geografii przez trzy lata edukacji w gimnazjum. Podobno przyszła niedługo przed nami i wyniosła się niedługo po nas - i w żadnym wypadku nie dlatego, że uczniowie byli wobec niej jakoś specjalnie niegrzeczni. Właściwie, było wręcz przeciwnie - Beatka potrafiła być prawdziwą jędzą i mimo całkiem młodego wieku, ani trochę nie rozumiała, że młodzież myśli w inny sposób. Sytuacji nie poprawiał fakt, że Beatka była chroniczną spóźnialską - na każdą, dosłownie lekcję, potrafiła przychodzić z kilkuminutowym opóźnieniem. Nawet paląca część klasy często zjawiała się przed nią.

Nikogo nie zdziwiło więc, że nasza klasa została sama na korytarzu, gdy zadzwonił dzwonek obwieszczający rozpoczęcie lekcji. - Co, Beatka znowu pewnie strzela se palcówkę pewnie? - Zaśmiał się Sperma. - No, trzeba będzie sprawdzić, czy ma tusz do rzęs na palcach xD - Dodał Kamil. Z początku nie załapaliśmy. - No kurwa, przecież ma te, no, pomalowane brwi, nie? Pizdę pewnie też sobie tuszem przejeżdża z rana. Teraz wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

Po upływie kilku minut, podeszła do nas woźna - Gienia. Zwróciła się do Młodego, który stał najbliżej niej. - Czemu nie jesteście w klasie? - Bo pani się spóźnia. - Czekajcie, przyniosę wam klucz, żebyście nie rozrabiali na korytarzu. Zakłócacie spokój. Starsza kobieta odeszła. - Ty, nawet nikogo nie zaatakowała dzisiaj. - Rzuciłem. - Co się dzieje?

Gienia przyniosła klucz, otworzyła nam klasę, po czym nakazała wejście do środka i bycie grzecznymi. Jak zawsze w takich sytuacjach, całe pomieszczenie opanowała nagła anarchia. - Tymek! Idź kampić pod drzwiami! - Krzyknął ktoś. Tymek, siedzący przy ścianie, sam w ławce, wziął plecak i uchylił drzwi.

Ja, Młody i Patryk podeszliśmy do szafek stojących przy tylnej ścianie i zaczęliśmy je przeszukiwać. Kilka "grzecznych" dziewcząt nakazało nam powrót na miejsca - z oczywistym skutkiem. W końcu natrafiłem na stare kartkówki - pierwsza klasa, druga klasa… - Wzięliśmy po jednym egzemplarzu z każdej grupy, z każdego testu. Beatka słynęła z zadawania trudnych pytań, czy to podczas odpowiedzi przy tablicy (każdego tygodnia, po dwie-trzy osoby. Nazywaliśmy to "ścianą płaczu") czy na papierze.

- Tymek, coś ty zrobił?! - Krzyknął ktoś. Odwróciliśmy się. Michałek stał koło Tymka i patrzył na niego z góry, gestykulując ramionami. Jak się okazało, Tymek zamknął drzwi przy pomocy starego, rozklekotanego zamka (bardzo charakterystyczny, z zaokrąglonymi rogami - relikt lat sześćdziesiątych), który właśnie w tym momencie wyzionął ducha. Podeszliśmy do kłócących się chłopaków. - Co się dzieje? - Zapytałem. - Tymek przekręcił ten zamek i nas tu zamknął na dobre! - No to zajebiście xD Piona, Tymek. Nie będzie geografii! - Młody przybił piątkę z Tymkiem, już nie przerażonym, a dumnym. - I to was bawi?! Jesteśmy tu po to, żeby się uczyć! - Rzucił Czterooki, który znikąd wyrósł u boku Michałka. - To nie trać czasu i się ucz. Dostaneisz jakąś nagrodę kobla czy innego chuja w dupę. - Odparował Sperma. Męska część klasy skwitowała jego dowcip salwą śmiechu. Czterooki, prawie zapłakany, wrócił do swojej pierwszej ławki.

Beatka zjawiła się kilka minut po zamknięciu. Usłyszeliśmy dźwięk przekręcanej klamki. - Jesteście tam? Cisza. - Co robimy? - Zapytał ktoś półgłosem. - Nie odzywamy się, nie ma nas xD - Zaproponował Młody. W tym momencie, z ławki wyrwała się Ola: - Jesteśmy, proszę panią! Tymek nas zamknął! Wymieniliśmy z chłopakami spojrzenia. Po raz kolejny, postanowiliśmy stanąć po stronie Tymka, który mimo iż inny, tym razem stanął na wysokości zadania. - Niech pani nie słucha! - Krzyknął Młody. - To Ola nas zamknęła i teraz zgania na Tymka! Zaczęliśmy głośno przytakiwać i wznosić okrzyki sprzeciwu wobec dziewczyny-donosicielki.

Tak minęło nam prawie czterdzieści minut lekcji. Z początku Beatka próbowała samodzielnie otworzyć zablokowane drzwi, ale jej wysiłki spełzły na niczym. Konieczne było sprowadzenie woźnego, który odkręcił zamek od zewnątrz - co oczywiście zajęło mu trochę czasu. Owa lekcja geografii nie odbyła się, ale tydzień później musieliśmy odpokutować to kartkówką (mało kto zdał).

Z początku rzeczywiście Ola stała się winną, ale inne dziewczęta stanęły w jej obronie i Tymek został ukarany. Dotkliwie, niestety. Łącznie dostał jedynkę za zachowanie, uwagę, jedynkę za karną odpowiedź przy "ścianie płaczu", właściwe obniżenie sprawowania na koniec roku, pogadankę na zebraniu dotyczącą całego incydentu oraz karę finansową (po raz kolejny, ktoś zapłacił za coś nowego, co nigdy nie pojawiło się w szkole. Już następnego dnia, sala od geografii miała nowy-stary zamek, równie zdezelowany). Tymek tym razem nie pozostał ofiarą. Bardzo spodobał nam się jego numer, więc pomogliśmy mu zaplanować zemstę na Beacie - ale o tym, następnym razem.

Na terenie naszego gimnazjum nie znajdowało się ani jedno miejsce do parkowania. Widać przy projektowaniu budynku, nie pomyślano o wzroście popularności samochodów w przyszłości. Wszyscy nauczyciele, z uwzględnieniem dyrektorki, musieli więc zadowolić się parkingiem po drugiej stronie ulicy – sąsiadującym z parkiem. W tej sytuacji, było to dla nas nawet lepsze – nie chcieliśmy ryzykować nakrycia przez kogokolwiek – a drzewa, krzewy i murki były naszymi naturalnymi sprzymierzeńcami.

Siedzieliśmy w ukryciu, pośród gęstych świerków, przyglądając się parkingowi przez rzadsze miejsca w żywopłocie. - Ej, a jak nie przyjedzie? – Zapytał Kamil. - Przyjedzie, przyjedzie. Nie było wywieszonej listy z zastępstwami. – Odpowiedziałem. Powoli dochodziła ósma i żeby nie wzbudzać podejrzeń, powinniśmy powoli ruszać do szkoły. Młody podniósł nieco głowę. - Jedzie! Chowajcie się. Skuliliśmy się na ściółce, pod rozłożystymi gałęziami iglaków. Samochód zaparkował niedaleko od nas – na tyle, że my mogliśmy go widzieć doskonale, ale kierowca nas nie. - Jebana pizda. – Zaklął pod nosem Sperma. Usłyszeliśmy dźwięk zamykanych drzwi, a potem charakterystyczne „bip bip” sygnalizujące zatrzaśnięcie zamków. Chwilę potem, przez szczeliny w żywopłocie, zobaczyliśmy idącą szybkim krokiem Beatkę – nauczycielkę geografii. Była wysoka i chuda jak patyk, co jeszcze bardziej podkreślała długimi spódnicami i butami na wysokim obcasie – z oddali wyglądała, jakby była wzrostu Spermy albo Patryka. Do tego wszystkiego, zaczesała czarne włosy do tyłu i upięła je w koński ogon, wizualnie wydłużając „długą” i tak już twarz. - Dobra, czekamy pięć minut i zaczynamy akcję. – Powiedział cicho Młody. - Za trzynaście ósma. – Wyrecytowałem, spoglądając na zegarek. – Mamy mało czasu. - Damy radę. – Rzucił Tymek i narzucił na głowę kaptur bluzy.

- Czysto! – Zakomunikował Kamil, wracając do naszej kryjówki ze zwiadu. Chwilę później dołączył do niego Sperma, który kontrolował drugą stronę. - Ile mamy czasu? – Zapytał Młody. - Osiem minut. - A co mamy pierwsze? Nic się nie stanie, jak się spóźnimy trochę… - Tymek głośno myślał. - Jak Beatka się zorientuje, to będzie szukać tych, którzy się dzisiaj spóźniali. A po ostatnim tygodniu, łatwo nas z tym powiąże. – Powiedziałem. - Słuchaj go, Tymek. Dobrze mówi. Musimy się uwijać. – Dodał Młody. – Ruszaj. Tymek wyczołgał się spod drzewa i podkradł się do żywopłotu. W pobliżu nie było nikogo. Chłopak wyjął z kieszeni bluzy ogromny nóż i pobiegł w stronę stojącego Fiata Bravo. - Siedem minut. Rozdzielamy się. – Powiedziałem. Kamil i Sperma wzięli swoje plecaki i bez słowa pobiegli. Tymek w tym czasie siłował się przy samochodzie Beaty. - Dobra. Teraz my. Młody zagwizdał głośno, dając znak Tymkowi. Chwilę potem wzięliśmy swoje plecaki, a także ten należący do Tymka i lawirując między drzewami, uciekliśmy z pobliża parkingu.

Spotkaliśmy się ze Spermą i Kamilem po kilku minutach, w umówionym miejscu – czyli na skrzyżowaniu niedaleko szkoły. Mieliśmy jeszcze trzy minuty na dojście do szkoły, ale musieliśmy czekać na Tymka. - Beatka wszystko zjebała. Zawsze musi się spóźniać. – Powiedział Sperma, zaciągając się papierosem. - Pewnie smarowała sobie brwi pastą do butów xD – Zaśmiał się Kamil. Gdy tak śmialiśmy się wniebogłosy, przez ulicę przebiegł Tymek. - Jestem. I jak, udało się? – Zapytał. - Skąd mamy wiedzieć? Ty nam powiedz. – Odrzekł Sperma. - No przebiłem jej dwie opony i uciekłem. - Dwie? No nic, muszą wystarczyć. – Rzucił Młody i dogasił swojego papierosa. – Idziemy.

- Stójcie! Beatka! – Syknąłem. Cała grupa stanęła jak sparaliżowana. Przy wejściu do szkoły, stała Beatka w towarzystwie naszej wychowawczyni i Zapałki. Dyskutowały, co jakiś czas zanosząc się śmiechem. - Co robimy? – Zapytał Tymek. - Biegnij, kurwa. Udamy, że cię gonimy. – Wymyślił natychmiast Młody. – Nikt się nie pozna. - Dobra, ale nie bijcie mnie. - Pojebało cię? Przy nauczycielkach? Jeszcze tego nam brakuje. Tymek zerwał się do biegu, a zaraz za nim my. Chłopak przebiegł przez otwartą furtkę ogrodzenia, a zaraz za nim my – ku naszemu szczęściu, zwróciliśmy uwagę nauczycielek. - Co tu się dzieje?! – Wrzasnęła Prukwa – wychowawczyni. - Tak tylko… Biegamy, dla sportu, proszę pani. – Odpowiedział Sperma, uśmiechając się nienaturalnie szeroko (a razem z nim my). – Prawda, chłopaki? Wszyscy, łącznie z Tymkiem, przytaknęliśmy. W tym momencie zadzwonił dzwonek. - No. Idźcie na lekcję – ale powoli. I żeby mi to było ostatni raz. Aha, rozmawiałam właśnie z panią Witek (Beatką) – podobno waszej klasie bardzo słabo idzie z geografii. - No… Po prostu powinęła nam się noga. Ale już uczymy się, żeby to wszystko nadrobić. – Odparł Młody. - Mam nadzieję. Widzimy się w czwartek. – Dodała Beatka. - Dobrze, proszę pani. Do widzenia!

Nim lekcje się skończyły, a my zapomnieliśmy na dobre o porannym incydencie, do naszej klasy wparowała zapłakana Beatka w towarzystwie wuefisty, konserwatora i dyrektorki. - Ktoś przebił opony w samochodzie pani Witek. Jeśli jest w tej klasie winny, niech wstanie. – Oznajmiła dyrektorka. Oczywistym jest, że nikt się nie podniósł, ale kątem oka zobaczyłem, że Tymek zbladł. Po raz kolejny dopisało nam szczęście – była to nasza ostatnia lekcja, więc Tymek zniknął od razu, gdy zadzwonił dzwonek.

Sprawcy nigdy nie odnaleziono – nie było świadków, nie było nagrań z kamer ani dowodów. Beata popadła w czarną rozpacz, która mimo wszystko wpłynęła na nią korzystnie. Stała się nieco bardziej punktualna (tylko na jakiś czas – potem wszystko wróciło do normy) i przestała gnębić uczniów (prawdopodobnie bała się kolejnego ataku). Brwi jednak nie przestała malować.

Witajcie. Dzisiaj nieco odbiegnę od wesołych tematów wspomnień - zamiast tego, chciałbym powiedzieć trochę na temat rodzin mojej i reszty paczki, by przybliżyć wam parę spraw. Do tej pory były to raczej obszary tabu, które przewijały się tylko w kontekście.


Właściwie rzecz biorąc, nie miałem rodziny – jeśli nie licząc oczywiście matki, Eweliny. Odkąd pamiętam, mieszkaliśmy tylko we dwójkę, zdani na samych siebie. Nie znaczy to jednak, że mieliśmy problemy finansowe czy rodzinne. Właściwie, było wręcz przeciwnie – obojgu układało nam się dobrze, nawet w ciężkim okresie mojego dojrzewania (chociaż od czasu do czasu, bywało wybuchowo). Ewelina, gdy byłem już na tyle duży, by radzić sobie samemu w domu, mogła skoncentrować się na pracy – a było to mniej więcej w momencie zakończenia przeze mnie szkoły podstawowej. Wtedy mogliśmy pozwolić sobie na większe niż dotychczas luksusy – jak komputer, telefony komórkowe (przy czym oczywiście ja dostałem swój później) i inne, dziś już na pozór trywialne zbytki. Z czasem doszedł Internet, później nowy samochód mamy – i tak dalej, i tak dalej. Jeśli zaś chodzi o dziadków, ojca i wujków, to nie byli oni obecni w naszym życiu. Ewelina zerwała kontakty z jej rodzicami po tym, jak „pokłócili się” z nią na temat jej wpadki – czyli mnie, jakkolwiek by to nie brzmiało. Oczywiście nigdy nie powiedziała tego głośno, ale nie trzeba być geniuszem żeby wiedzieć, że dwudziestolatki z reguły nie zakładają rodzin. Ojciec opuścił matkę, gdy już się urodziłem – nigdy o niego nie pytałem, nigdy go nie szukałem, nigdy się nim nie interesowałem. Od najmłodszych lat wiedziałem, że nie chcę mieć do czynienia z takim człowiekiem. No i była jeszcze siostra mamy – czyli ciocia Iza. Starsza od niej o tych kilka lat (bodajże siedem), ale zupełnie oderwana od świata. Ewelina przestała z nią rozmawiać, gdy ta próbowała przekonać mnie, żebym zamieszkał z nią, jej mężem i ich dziećmi. Miałem wtedy sześć lat.

Co się tyczy samej Eweliny, to odkąd pamiętam, była silną kobietą. Silną, ale delikatną. Za nic w świecie jednak, nie zdradzał tego jej wygląd – od zawsze była drobna (zapewne stąd jej miłość do obcasów) i niepozorna. Widząc taką kobietę, myśli się o niej zazwyczaj jak o kruchutkiej istotce, którą trzeba się opiekować i pilnować – nic bardziej mylnego. Mama była wyjątkowo inteligentna, spostrzegawcza i otwarta. Nawet w najtrudniejszych sytuacjach, starała się znaleźć wyjście i podchodzić do wszystkiego z uśmiechem na twarzy, co w pewnym stopniu było przeciwieństwem mnie – raczej zrównoważonego, poważnego i twardo stojącego na ziemi (ale oczywiście nie zawsze taki byłem). Jej słabością były i dalej są typowo kobiece sprawy – czyli ubrania (miliard sukienek), kosmetyki i fryzury. Ta kobieta nie potrafiła się zmieścić w dwóch szafach i kilku szafkach rozsianych po całym domu, nie mówiąc już o pokaźnej kolekcji butów, w 99% na obcasie lub koturnie (nawet te, w których chodziła po domu!). Kosmetyki? W łazience zawsze było ich pełno – od kremów, po perfumy, od szamponów po maseczki. W przeciwieństwie do ubrań i kosmetyków, Ewelina raczej nie eksperymentowała ze swoimi włosami – przeważnie nosiła je rozpuszczone, proste u nasad i falowane u końców – koniecznie w naturalnym, kasztanowym kolorze. Czasem zdarzało jej się upiąć kok albo kucyk – ale dosyć rzadko. Jeden, jedyny raz, za namową matki Kamila – Mileny, z którą zaprzyjaźniła się gdy poszedłem do podstawówki i poznałem jej syna, poszła na całość i zrobiła sobie wakacyjną, krótką fryzurę. Kilka tygodni depresji, wyrzutów sumienia i płaczu, dwa lata odrastania. Zabawne, biorąc pod uwagę, że ani praca, ani rodzina, ani pieniądze, nigdy nie wywołały u niej tak skrajnych emocji.

W kwestii zainteresowań można wymienić taniec – nigdy nie robiła tego zawodowo, bardziej dla siebie – ale regularnie uczęszczała… A właściwie dalej uczęszcza na treningi i zajęcia. Poza tym, jak to przystało na matkę, lubiła gotować (chociaż akurat to nigdy jej mocną stroną nie było), a także czytać (tutaj muszę przyznać, że naprawdę mnie tym zaraziła). Plotkowania raczej nie można nazwać hobby, ale mimo wszystko, do jej rutyny należały spotkania z przyjaciółkami, z którymi rozmawiały na przeróżne tematy (nic specjalnego – wiem, bo kilka razy podsłuchiwaliśmy je z kolegami z nudów).

Miało być szczegółowo, wyszło… Dziwnie. Zgadzam się w pełni, wieje w tym opisie kompleksem Edypa - ale cóż, chyba zbyt późno na zmiany. Freud wiecznie żywy. Co by tu jeszcze powiedzieć… Nie taki był zamiar, oj nie.

Zdjęć oczywiście nie dam - tym razem nie dlatego, że nie mam, ale nie będę robił z matki fap materiału - to chyba oczywiste.

Przejdźmy do konkretów - póki co, opisy postaci sobie daruję. Widać, nie wychodzą dobrze. W ramach rekompensaty, pora na powrót do wspomnień właściwych.


W podstawówce jeździliśmy na wycieczki dość często - były wizyty w teatrach, kinach, zamkach i przeróżnych parkach. Idąc do gimnazjum, spodziewaliśmy się chyba czegoś podobnego - ale niestety jak to zwykle bywa, oczekiwania nie pokryły się z rzeczywistością.

- Kurwa mać, już nie wytrzymam. - Irytował się Sperma, zaciągając raz po raz papierosem. - No kurwa, serio. - Co poradzisz? Nikt nie lubi poniedziałków. - Odpowiedział mu Patryk. Szliśmy właśnie do szkoły, w jeden z tych poniedziałkowych ranków, powłócząc nogami i czując się, jakbyśmy zmierzali na skazanie. - A nie ma jakiejś wycieczki niedługo? - Nie. - Powiedziałem. - Może w czerwcu, ale wątpię.

Jednakże, Sperma opracował plan. Jeszcze przed końcem tygodnia, powiedział rodzicom, że wycieczka będzie miała miejsce w następnym tygodniu i będzie trwałą trzy dni. Jakimś cudem - uwierzyli.

Sperma sprytnie rozegrał całą sprawę. Patryk sfałszował mu zwolnienie, Młody zapewnił schronienie (w piwnicy - Młody był jednym ze szczęśliwców, którzy mieli normalne drzwi zamiast drewnianej palety z kłódką), a sam za drobne, które dostał, kupił jedzenie i picie, które miały mu wystarczyć do przeżycia.

Dzień 1 Młody zaprowadził nas do swojej piwnicy i otworzył drzwi. Sperma próbował wyregulować antenę starego czarno-białego telewizora, który stał na półce. - Siema. Nieźle się tu urządziłeś. - Zaczął. Rzeczywiście - obóz był dobrze zorganizowany. Na jednej z półek stał prowiant, szczelnie zamknięty w reklamówkach, na środku pomieszczenia stało łóżko polowe, a okno zasłonięte było starą firanką (na noc Sperma używał jeszcze kartonowego pudła, by zamaskować światło). Wyśmialiśmy cały pomysł - ale póki co, wszystko szło dobrze.

Dzień 2 Drugiego dnia, odwiedziłem Spermę tylko z Młodym. Kamil i Patryk poszli grać w piłkę. W piwnicy było gorąco i duszno. Otworzyliśmy drzwi, zastając Spermę z ręką w spodniach, rozłożonego na łóżku. - Kurwa, zaskoczyliście mnie! - Ja pierdolę. Walisz konia w mojej piwnicy? - No tak wyszło. Dopiero teraz poczułem stęchły, jakby odległy smród. - Co tak jebie? - Zapytałem. Młody nie miał pojęcia, ale również to poczuł. - Moje gówno. - Odparł Sperma poważnie. - Co? - Moje gówno. Zesrałem się do reklamówki, bo mnie męczyło. - Kurwa…

Dzień 3 Tego dnia, Sperma miał wrócić do domu. Niedożywiony, bez pamiątek, niepodtarty - ale zadowolony. Zarobił trochę kasy, nie było go w szkole - całkiem legalnie, a przy okazji był na bieżąco z wszelkimi możliwymi telenowelami, które odbierał stary telewizor Młodego. Zastaliśmy Spermę, gdy ten powoli pakował pozostałości po swojej obecności. - I nie zapomnij o tym gównie, paskudny, obrzydliwy chuju. - Poinstruował Młody. - Lepiej w worek niż na podłogę. A mogłem, kurwa, mogłem. Sperma dokończył pakowanie się i wyszliśmy z pomieszczenia.

Wycieczka się udała - i choć Sperma nigdy nie przywiózł żadnych pamiątek, to jego rodzice nie połapali się, że coś było nie tak. Młody po paru latach, sprzątając piwnicę, znalazł porzucony worek ze stolcem, pozostawiony tam przez Spermę. Nie będzie niespodzianką, jeśli powiem, że wywołało to sporą kłótnię pomiędzy tymi dwoma.

Wycieczka nigdy się nie powtórzyła - nie tylko dlatego, że nocowanie w piwnicy było nieciekawym doświadczeniem. Głównie chodziło o to, że nikt nie chciał zostawić Spermy samego, w obawie, że zostawi po sobie pamiątkę.

Umiejętność czytania i pisania nie jest w Polsce tak popularna, jak mogłoby się wydawać. Wiele młodych osób ma problemy z rozumieniem tekstu z powodu zaniedbania rodziców w młodości (tu się kłania pomoc w kilku pierwszych klasach podstawówki) i/lub wrodzonej głupoty (argumentowanej w dzisiejszych czasach wyimaginowanymi chorobami - jak dysgrafia czy dysleksja). W moim otoczeniu, sporo osób miało problemy z czytaniem i pisaniem - a przodowali w tym Antek, Sperma i Młody. Ten pierwszy argumentował braki fundamentalnych umiejętności dysleksją, drugi nie przeczytał w życiu ani jednej książki, a trzeci po prostu nie przykładał się na polskim (ani trochę).

I właśnie na jednej z lekcji języka polskiego w gimnazjum, nasza wychowawczyni postanowiła przerobić Bogurodzicę, zaczynając od wspólnego odczytu. Młody i Sperma, jak zawsze rozmawiający w ostatniej ławce, zostali wywołani do lektury. - Pani, ja nie umiem! - Prawie krzyknął Sperma. - Spróbuj, Patryku. Kto to widział, żeby chłopak w twoim wieku nie umiał przeczytać paru linijek… - Odpowiedziała spokojnie nauczycielka. - No dawaj Sperma, nie bądź taki spięty xD - Zażartował Młody. Sperma wyprostował się i omiótł wzrokiem klasę - większość uczniów wpatrywała się w niego, w dużej mierze z szerokimi uśmiechami na twarzach. - Bogu… Rodzica… Dziewc… Dziewica… - Z pierwszych ławek, zapełnionych przez największych lizusów i kujonów, dało się słyszeć stłumione chichoty. - Bogiem… Sławna… - Sławiena. - Poprawiła Spermę wychowawczyni. - Maryja. U twego syna… G… Go… - Skurwysyna xD - Dokończył po swojemu Młody. Klasa wybuchnęła śmiechem. - Matka… Zwalona… - Kolejna fala śmiechu. Nawet nauczycielka wydawała się rozbawiona. - Maryja. - Sperma dokończył wers, ociekając potem. - Zejszczy si… Nam… Spuści się… Kyr… Kuri… - Kyrie eleison. - Dokończyła wreszcie nauczycielka. Niech będzie, Patryk…

Dzięki recytacji Spermy, większość chłopaków z klasy zapamiętała sporą część Bogurodzicy - choć w niego odmiennej od oryginału formie. Nowa wersja została kilkukrotnie spisana w "zeszytach do wszystkiego". "Bogurodzica, dziewica, bogiem sławiena Maryja, u twego syna skurwysyna, matko zwalona, Maryja. Zejszczy się, spuści się."

Sperma, z początku zażenowany swoimi umiejętnościami, próbował odciągnąć od własnej osoby naszą uwagę. Udało się to dopiero w momencie, gdy przypadkiem znaleźliśmy w plecaku Antka książki dla dyslektyków, pełne kolorowanek i obrazków. Ale i tak, po tygodniu, wszystko wróciło do normy - mniej więcej. Mieliśmy ubaw z ich obu.

Przez długi czas, Kamil był moim najlepszym przyjacielem, a jego dom stał dla mnie otworem cały czas – zresztą, z wzajemnością. Nasze więzi były tak silne, że w końcu i nasze matki stały się przyjaciółkami na dobre i na złe. Tak więc, jeśli nie brać pod uwagi mojej własnej sytuacji rodzinnej, ta panująca u Kamila była (i chyba w dalszym ciągu jest) najbardziej mi znana. A uwierzcie, jest bardziej skomplikowana, niżby się mogło wydawać.

Dziadkowie Kamila spędzili urodzili się, wychowali i zestarzeli w jednej miejscowości – tutaj też spłodzili dwie córki, które podobnie jak rodzice, nigdzie nie wyjechały. Miejscowi, po prostu. Starsza córka – Milena, zaszła w ciążę bardzo młodo, będąc jeszcze nieletnią. Razem ze świeżo upieczonym mężem-tatą, zamieszkała w rodzinnym domu, zajmując górne pomieszczenia. Młodsza o rok od niej siostra, Agata, po dwóch latach również została młodą mamą. Niedługo potem, przeprowadziła się z mężem do niskiego bloku mieszkalnego, oddalonego o kilkaset metrów od domu jej rodziców. Oni sami zaś, kilka lat później, również przenieśli się do nowego miejsca – również bloku mieszkalnego (ale wyższego i bardziej obskurnego).

Agata po kilku latach rozstała się z mężem – porzucił ją i syna (Emila), gdy ten miał iść do szkoły podstawowej. Słuch o nim zaginął kompletnie, jeśli nie liczyć informacji, że „zakochał się w młodszej”. W pewnym sensie, Emil był więc sytuacji podobnej do mojej – z tym, że mógł polegać na ciotce, wujku i dziadkach (o ile aktualnie nie był z nimi skłócony). Wszystko jednak, co nastąpiło później, było jednak diametralnie odmienne. Presja samotnego wychowywania dziecka oraz zdrady ukochanego, okazała się dla Agaty zbyt poważna – w przeciągu lat, stawała się właściwie własnym cieniem, jeśli można tak powiedzieć. Kobieta sukcesywnie chudła, przestała dbać o swój wygląd zewnętrzny i zaczęła nałogowo palić – mniej więcej wtedy, kiedy jej syn. Będąc już w szkole średniej, nie widziałem jej nigdy bez fajki w ustach, w ubraniu innym niż proste spodnie i koszulka. Wszystkie te zmiany wzbudziły troskę dziadków i siostry, którzy starali się jakoś pomóc Agacie i Emilowi. Chłopak bardzo często spędzał czas z kuzynem – i tak też poznał resztę naszej paczki.

Mimo wszystko, Agata była raczej w porządku – a przynajmniej wobec mnie. Fakt – nie utrzymywałem z nią tak bliskich stosunków jak z jej siostrą (którą właściwie mógłbym nazwać nieformalną ciocią albo nawet koleżanką), ale zawsze, gdy rozmawialiśmy, nazywała mnie grzecznym, miłym i uczynnym. Kobieta potrafiła pokazać pazury – ale z reguły ofiarami padali jej rodzice, którzy próbowali jej narzucić własną wolę i przejąć kontrolę nad wnukiem.

Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, to Agata nie wyróżniała się niczym szczególnym z tłumu - przynajmniej do czasu (i wcale nie jest to pozytywne stwierdzenie). Od zawsze miała naturalne, jasnobrązowe włosy i oczy – jak Milena. Tutaj jednak siostrzane podobieństwo się kończyło. Milena zgarnęła to, co najlepsze w puli genowej, Agata zaś, choć nie brzydka, nie należała również do piękności. Zanim zaczęła palić (fatalne skutki dla skóry, zębów i włosów, nie wspominając o odorze) i nienaturalnie schudła, była całkiem atrakcyjna – oczywiście nie na tyle, by od razu zostać modelką albo aktorką – ale jak na „normalne” realia… Argumentem przemawiającym na jej niekorzyść mogła być twarz – wysoka, o nieco zbyt mocnych, męskich rysach (w tym jednym, mówiąc o „długiej twarzy”, Emil miał rację). Później doszła do tego chudość, wraz z zanikiem krągłości.


Milena od zawsze była przeciwieństwem Agaty. Urodziła syna bardzo młodo, ale wpadka nie przekreśliła jej przyszłego życia. Jej chłopak okazał się dobrym mężem i ojcem – a przynajmniej nigdy nie uciekł do innej kobiety. Zresztą, musiałby być kompletnym idiotą, żeby zostawić taką kobietę. Jej wygląd zewnętrzny od zawsze był po prostu zniewalający – bycie pracującą matką nie pozbawiło ją kobiecości. Buty – koniecznie na wysokim obcasie (jak i Ewelina), krótkie spódniczki i sukienki i sposób chodzenia (kręcąc biodrami) wyrobiły jej w pewnych kręgach opinię puszczalskiej ladacznicy – kompletnie niesłusznie. Jednym, co nie wszyscy muszą uważać za specjalnie kobiece, były jej fryzury – poza starą fotografią znalezioną przez Emila w garażu dziadka, nie widziałem jej nigdy z długimi włosami. Gdy wraz z Kamilem byliśmy w podstawówce, obcięła się na „garnek” – i tak już zostało. Jej 360 stopniowa grzywka stała się jej znakiem rozpoznawczym i zawsze po jakimś czasie do niego wracała. I o dziwo, takie cięcie naprawdę jej pasowało. Było oryginalne, niespotykane, może nawet szalone. Co się tyczy kolorów – góra prawie zawsze była blond, wystrzyżony dół naturalny, brązowy. Wszystko to koncentrowało uwagę na jej twarzy – delikatnej, prawdziwie kobiecej.

Gdy Emil poszedł do gimnazjum i zaczął dojrzewać, zaczął dostrzegać uroki własnej ciotki i zakochał się w niej. Była jego pierwszą prawdziwą miłością, którą wielbił – do tego stopnia, że w swoim pokoju, w jednej z szuflad, trzymał jej zdjęcia i… Skradzioną bieliznę. Oczywiście siostrzeniec nigdy nie wyznał jej uczucia – pozostawił je dla siebie. Po kilku latach jego zainteresowania ucichły, ale wydaje mi się, że wewnątrz, uczucie jeszcze istnieje.

Gdy wraz z Kamilem poszliśmy do szkoły średniej, Milena zaszła po raz drugi w ciążę, wzbudzając zazdrość wśród koleżanek (tak, mojej mamy też). Po porodzie, wróciła do idealnej formy i swojego dawnego stylu ubioru. Córeczka – Jagoda, nie przypadła do gustu bratu, który w szkole średniej przechodził jeszcze okres buntu. Jego niechęć prawdopodobnie pozostała do dnia dzisiejszego – choć na pewno nie tak silna jak kiedyś. Jedna z jego negatywnych cech. Jej chrzestną została moja matka (która w owym okresie chciała wychować drugie dziecko).

O ile mi wiadomo, Agata i Milena nie utrzymują obecnie specjalnie bliskich kontaktów – żyją raczej własnymi sprawami, skrajnie przeciwnymi. Emil i Kamil spotykają się dużo częściej, na porządku dziennym.

Algier sam w sobie był zabawną osobą – potrafił być nietaktowny i infantylny, wzbudzając uśmiechy na twarzach towarzyszy, potrafił pomóc w potrzebie (np. nokautując Czterookiego), ale wszystko to i tak pozostawało w cieniu jego brata – Guły. Guła był starszy od nas o dwa lata, ale zadawał się raczej z młodszymi – z biegiem czasu został dobrym kumplem Młodego i Spermy, ale nie o tym chciałbym mówić. Ważne jest, że nie potrafił wymawiać litery „R” – i wierzcie lub nie, cierpiał z tego powodu wielkie katusze. Dość, by powiedzieć, że podczas wizyty okresowej u lekarza (jak zawsze, chodziliśmy tam większą grupą, zrywając się z lekcji), wpisano mu w książeczce „reranie”. Albo „łełanie”, w jego fonetyce. Wszyscy wtajemniczeni żartowali z tego przez dobrych kilka miesięcy. Poza tym, ta drobna wada wymowy utrudniała wszelakie rozmowy, ze szczególnym uwzględnieniem relacji z nowych odcinków Dragon Balla czy Pokemonów (Czałmandeł, Fłezeł, Zespół Ł – wyliczać można w nieskończoność). Poza tym, Guła różnił się od swoich rówieśników – był od nich większy (kwestia genów – Algier też zawsze należał do szerokich i wysokich), silniejszy i… Zdecydowanie mniej dojrzały. Gdy jego rówieśnicy zaczynali uganiać się za dziewczętami, on pozostał w piaskownicy, pełniąc rolę szefa.

Tego letniego dnia, staliśmy w jednym z wejść do klatek schodowych w okolicznych blokach, rozmawiając i śmiejąc się z przeróżnych tematów. Skończyliśmy właśnie drugą klasę gimnazjum i rozkoszowaliśmy się błogą wolnością. Było nas czterech – ja, Młody, Sperma i Emil. Patryk i Kamil odsiadywali kary za sfałszowanie swoich świadectw. Błogi spokój przerwały nagle opętańcze krzyki dochodzące zza sąsiedniego bloku. - Spełma! Spełma! SPEŁMA! Obejrzeliśmy się, ale niczego nie zobaczyliśmy. - Co to było? – Zapytałem. - To nie był Guła? – Zastanawiał się Młody. – Chodźcie kurwa, może go biją albo coś. Zerwaliśmy się do biegu. Młody i Sperma wyrwali z ziemi dwa kije, które miały służyć jako tyczki dla zasadzonych małych drzewek. - Spełma! Spełma! Krzyki stawały się coraz głośniejsze, ale na pewno nie wyraźniejsze. Zobaczyliśmy go – Guła klęczał na trawniku i zanosił się krzykiem. Podeszliśmy bliżej. - Guła! Co się dzieje? – Zapytał go Sperma. - Spełma, pławie włóbełka w łękach miałem! – Wykrzyknął.

Innym razem, Młody, Guła i kilku innych znajomych, mieli zamiar kupić kilka biletów autobusowych żeby wybrać się na mecz. Nikt nie przewidział, jak kłopotliwa może okazać się wada wymowy Guły. Guła podszedł do kasy: - Bułułu łułu. – Wypowiedział. - Proszę? – Zapytała zdziwiona kasjerka, która nie zrozumiała, co klient właśnie powiedział. - Bułułu łułu! - Przepraszam, chyba pana nie zrozumiałam… - Jeden bilet. – Powiedział wreszcie Młody. - Łułułu. – Dodał Guła. - Ulgowy.

Bułułu symbolizuje kompletnie niezrozumiałą wypowiedź - przynajmniej dla osoby postronnej. W praktyce, brzmiałaby pewnie "łiłe łułgoły" (lub podobnie). Ogólnie, tylko osoby znające charakter wymowy Guły były (są?) w stanie zrozumieć, co miał na myśli.


W parku, znajdującym się naprzeciw naszego gimnazjum, można było spotkać naprawdę przeróżne postacie – rodziców z dziećmi na placach zabaw, narkomanów w bocznych alejkach, wagarowiczów, a także przedstawicieli religii i sekt. Ci ostatni pojawiali się najrzadziej – sam widziałem ich może dwukrotnie. Jednakże, w środowisku krążyło wiele opowieści o rzekomych spotkaniach, nazwijmy ich, trzeciego stopnia. Niektórzy wręcz prześcigali się w wymyślaniu najbardziej zwariowanych scenariuszy, w których to ich starszy brat wyciągał zza paska naładowany pistolet, pies wyrywał się ze smyczy i skakał do gardeł wrogów i tak dalej, i tak dalej.

Siedzieliśmy z Kamilem na jednej z ławek przy głównej alei, pijąc Tęczę i zajadając ją Topami. Zerwaliśmy się z ostatniej lekcji, jak to mieliśmy w zwyczaju – gdy tylko rozpoczynały się ciepłe, wiosenne dni. Zwyczajem było też właściwie spotkanie Emila, który poszedł z nami. - Kuzyn, jak tam ciocia? Podobno chora ostatnio była. – Zapytał Kamila. - Skąd ta nagła troska? - Kocham ją… Mocno i głęboko, a czasami w czoko xD – Emil wybuchnął śmiechem. Również nie kryłem swojego uśmiechu. - Kurwa, idź się leczyć. Może pogadamy o Agatce? - No co z nią? Nie ma pały, więc pewnie z palca strzela jak mnie nie ma na chacie. Kamil pokiwał głową na boki, wiedząc, że w przegadywance z kuzynem nie wygra. - Dobra. Daj łyka. – Zmienił temat. Emil wysunął się nieco do przodu, obejmując butelkę. Z pogardliwym wyrazem twarzy, niczym wyrytym w kamieniu, wylał trochę Tęczy na ziemię. - To był twój łyk, kurwa. Teraz to ja wybuchnąłem śmiechem.

Siedzieliśmy tak kolejnych kilka minut, gdy zobaczyliśmy, że zza drzew wychodzą dwie kobiety w średnim wieku – obie ubrane w eleganckie garsonki, z włosami upiętymi z tyłu i sporymi torebkami na ramionach. - Na policjantki to mi nie wyglądają. – Rzucił Emil. Kobiety spojrzały na nas, chwilę szeptały do siebie, a potem podeszły na długość ramienia. - Dzień dobry. Wiecie, kim jesteśmy? Zapanowała chwila niezręcznej ciszy. Przerwał ją niespodziewanie Emil. - No kurwa, jebany Przemek! Mówiłem mu, mają być dwudziestolatki! – Spojrzał na zdziwionego Kamila. – Daj telefon. Kamil wyjął z kieszeni Nokię 3310 i podał ją kuzynowi. Ten udał, że wykręca numer, pokazując zaskoczonym kobietom, żeby czekały. - No halo, Przemek. Co ty odpierdalasz kurwa? Powiedziałem, że chcę dwie dwudziestolatki, a ty mi przysyłasz jakiś towar dla ludu… - Ale przepraszam… My nie jesteśmy od Przemka… - Wyjąkała jedna z kobiet. Emil odwrócił ku niej wzrok. - Nie? - Nie… My… Chcemy ogłosić radosną nowinę. - Dobra, Przemek. Nieważne. To nie od ciebie… No, spoko. Nara. – Rzucił chłopak do telefonu i oddał go Kamilowi. – No to co to za nowina? - Mamy tu dla was ulotki i broszurki – jest piękny dzień, moglibyście dobrze go wykorzystać. – Powiedziała słodkim głosem jedna z kobiet i podała nam trzy karteczki. Moglibyście poznać prawdę. - Wolę poznać jakąś laskę. – Rzuciłem od niechcenia. Kamil zaśmiał się, ale Emil dalej wpatrywał się nieruchomo w kobiety. - A wy jesteście od tych no, kurwa kotów, nie? No przecież! Jutro sobota, imieniny kota! – Wykrzyknął nagle. Zbulwersowane i przerażone kobiety bez słowa odwróciły się i odeszły. - A chcecie poznać prawdę?! – Wykrzyknął za nimi Emil. – Boga nie ma, a ja marzę o kazirodztwie! Opadliśmy na ławkę, zanosząc się śmiechem i powoli dopijając Tęczę. - Radosna nowina. Dobre xD – Wspominał Kamil. – Ej, a co to w ogóle za ulotki? Dopiero teraz przypomnieliśmy sobie o karteczkach, które trzymaliśmy w rękach. - Poznaj prawdę. Kochaj boga… Spuść się w dupę. – Recytował Emil. – Mam pomysł, dajcie mi to kurwa. Daliśmy koledze swoje broszurki. Emil wstał i poszedł do sąsiadującej z naprzeciwka ławki. Przystanął na niej, opuścił spodnie i wypróżnił się na samym środku siedziska, zanosząc się głośnym rechotem. - Emil, ja pierdolę! – Krzyknął Kamil, odwracając wzrok. - Patrz, kurwo! Poznaj prawdę xD Chłopak skończył, wsunął spodnie na pośladki i w świeży stolec wbił wszystkie trzy kolorowe ulotki.


Spośród wszystkich członków naszej paczki, Sperma wychował się chyba w najbardziej toksycznym środowisku. Na pozór, był w dużo lepszej sytuacji niż ja czy Emil, którzy wychowywali się bez ojców. Z drugiej strony, trzeba wziąć pod uwagę całokształt – a nie tylko jeden element składowy.

Rodzice Spermy sprowadzili się do miasta prawdopodobnie w latach osiemdziesiątych. Jak wielu przyjezdnych, osiedlili się w blokach mieszkalnych – przy czym mieli na tyle szczęścia, by trafić do czteropiętrowców, które w porównaniu do sąsiadujących z nimi „dziesiątek”, były dużo bardziej luksusowe (czyli nie miały głośnych i zdezelowanych wind, piwnice ukryte pod ziemią, większe mieszkania i mniejsze zagęszczenie sąsiadów). Niedługo potem, rodzina powiększyła się o córeczkę – Martę, a kilka lat później o syna – Patryka (czyli Spermę).

Ojciec Spermy, żeby zapewnić byt rodzinie, zaczął ciężko pracować w różnych zakładach przemysłowych. Wkrótce padł ofiarą choroby zawodowej, trawiącej niższe klasy społeczne – czyli zaczął pić. Ela zajęła się domem i utrzymaniem przy życiu dzieci. Nie było to zadaniem prostym, ponieważ z pensji prostego robotnika po podstawówce (lub „nawet” zawodówce) trudno było związać koniec z końcem jako tako, nie wspominając o stale przepijanym procencie pieniędzy. Jakimś jednak cudem, rodzina trwała przez lata, dzieci posłano do szkoły, a Ela zaczęła zyskiwać na wadze (w przeciwieństwie do męża, który z roku na rok stawał się chudszy).

Niebezpieczne środowisko sprawiło, że kilkunastoletnia Marta zaczęła uciekać z domu do swoich znajomych – głównie tych mieszkających w „slamsach”. Był to obszar starych kamienic w sąsiednim mieście, zamieszkałych przez najniższe klasy społeczne – i wcale nie chodzi tutaj o zarobki. Względnie nie tak daleko od naszej dzielnicy – bo oddalony zaledwie o kilka kilometrów. Mieszkańcy „slamsów” byli w dużej mierze pijakami, narkomanami i złodziejami, którzy nie skończyli nawet szkół podstawowych. Ich żywota kręciły się wokół samogonu, kolejnych wypraw po złom i zwierzęcego seksu (nikt w owym czasie nie wiedział nawet o czymś takim jak antykoncepcja). Była to jedna z marginalnych grup społecznych strawionych od wewnątrz, której zwyczajnie nie da się pomóc. Interwencje policji, pomocy społecznej i okolicznych mieszkańców nic nie dawały – więc po jakimś czasie, „slamsy” pozostawiono same sobie. I wśród całego tego kazirodczego, złodziejskiego bagna, odnalazła się Marta. I tak, w przeciągu kilku miesięcy, została przeciągnięta na drugą stronę. W ten sposób, zaczęła pić, palić i ćpać, co oczywiście zachęciło do tego samego jej młodszego brata, chcącego być taki, jak ona. Sperma przez jakiś czas również jeździł z Martą do „slamsów”, gdzie razem z okolicznymi, zaczął regularnie kraść, zbierać złom i piłować mosty. Nie robił tego codziennie, jak jego znajomi – ale wyraźnie rzucała się w oczy różnica pomiędzy nim samym a nami.

Marta z biegiem czasu zupełnie zatraciła się w nowym towarzystwie. Zmieniała chłopaków niczym rękawiczki, co nie uszło uwadze nawet niewtajemniczonym. Z jednym z nich, szczególnie zżył się Sperma – co zaowocowało wieloletnią znajomością (obejmującą piłowanie mostu zakończonego wypadkiem i utratą paznokcia przez tego pierwszego), a później więzami rodzinnymi. Gdy nasza paczka zaczynała szkoły średnie, Marta wpadła z owym chłopakiem – i tak, dziewięć miesięcy później, Sperma został wujkiem. Żeby było ciekawiej, jeszcze w następnym roku, Marta ponownie zaszła w ciążę… Z bratem swojego męża, który właśnie wyszedł z więzienia. Para rozstała się, a Marta przeniosła się do kamienic, gdzie zamieszkała z nowym partnerem-recydywą.

Krążyło wiele plotek, jakoby nowy chłopak miał jeszcze kilkoro dzieci z innymi kobietami (w tym własną ciotką) – ale nigdy tego nie udowodniono. Osobiście uważam, że historie te są wielce prawdopodobne, zważywszy na poziom inteligencji i kultury, jaki większość mieszkańców „slamsów” posiadała. Mniej więcej w momencie, gdy nasz rocznik dobrnął szczęśliwie do matur, Marta zakończyła kolejny związek i wróciła na jakiś czas do rodzinnego mieszkania. Rodzice wykorzystali swoje „kontakty” i wysłali ją w końcu do rodziny na wieś, gdzie prawdopodobnie mieszka po dziś dzień. Od tego czasu, widziałem ją może kilkukrotnie – i za każdym razem, coraz bardziej przypominała Amy Winehouse, wyniszczoną używkami. Ojciec jej młodszego dziecka (starszy brat męża) wyjechał w poszukiwaniu jakiejś pracy, ale finalnie zaćpał się pod jednym z mostów.

Ojciec Spermy wyniszczył swój organizm nadmiernym piciem i musiał odejść na wcześniejszą „emeryturę”. Poważne problemy z wątrobą nie powstrzymują go jednak od spożywania tanich nalewek pod sklepem.

Miano wieśniaka przypadło Antkowi. Kwestia pochodzenia nie podlega dyskusji (bo w końcu Antek pochodził ze wsi), ale inaczej sprawa ma się z właściwym zachowaniem i obyciem. Na tym polu, pomijając problemy językowe (dysleksja, dysgrafia czy inne dysmózgowie), Antek nie wyróżniał się wcale z tłumu. Ot, normalny dzieciak, nie starający się znaleźć w centrum uwagi. Inaczej sprawa miała się z Kacprem, który wraz z rodzicami, sprowadził się na osiedle Spermy i Młodego kilka lat przed Antkiem. I choć nigdy nie stał się miejscowym w pełnym tego słowa znaczeniu (tj. nigdy nie został w pełni zaakceptowany i tolerowany), to nikt nigdy nie nazwał go wieśniakiem. A tym rzeczywiście był – w przenośni i dosłownie. Kacper przyjechał z odciętej od świata wioski „za chlebem”, jak to mawiał jego ojciec. Rodzina przywiozła ze sobą najbardziej wiejskie tradycje, zachowania i muzykę – a w tym miłość do disco polo (puszczanego regularnie w nocy, na cały regulator), charakterystyczne ubrania (sandały do pary ze skarpetami, białe skarpety do garnituru, chusty na głowę matki… Chyba nie muszę wymieniać dalej, prawda?). Tak więc, na naszych spokojnych jak dotąd przedmieściach, na ponad dekadę zagościła wieś.

Nie o tym jednak chciałbym mówić. Widzicie bowiem, Kacper zamiast pseudonimu „Wieśniak”, bardzo szybko zaczął być nazywany „Krypta”. Wszystko ma swój początek w historiach, jakie opowiadał rówieśnikom – od wykopania kości dinozaura pod blokiem, po bliskie spotkanie z kosmitami. Ktoś kiedyś ochrzcił więc jego opowiadania jako „opowieści z krypty” (trudno powiedzieć kto, ale możliwe, że był to Kamil). Przyjęło się. Historie ciągnęły się latami i ewoluowały – i tak kosmici powoli stawali się bogatymi wujkami w Ameryce, a dinozaury sportowymi samochodami, którymi Kacper rzekomo miał przyjemność pojeździć (był to okres gimnazjum). Jeszcze potem rozpoczęły się jego wyimaginowane imprezy i dziewczyny. Nikt z nas nie wierzył w jego bajki, ale przeważnie po prostu mu przytakiwaliśmy, by nie wszczynać niepotrzebnych kłótni i żeby „nie wiało chujem”, jak mawiali niektórzy (potocznie kiepska, nudna atmosfera).

Jakieś było więc nasze zdziwienie, gdy w szkole średniej, już po osiemnastce, spotkaliśmy Kacpra idącego ulicą z czterema kołpakami. Pomachał nam i podszedł, żeby się przywitać. - No elo. Co tam? – Zapytał, używając swojego charakterystycznego zwrotu, którego szczerze nienawidziliśmy. - Po staremu. Tak sobie siedzimy. – Odpowiedziałem mu. - No, bo ja to idę se założyć kołpaki do mojego nowego auta. - Co, kupiłeś furę? – Zainteresował się Kamil. A przynajmniej zainteresował na pozór – nikt nie wierzył, żeby Kacper dorobił się własnych czterech kółek. - No, z ojcem że my pojechali wczoraj i kupili. Chcecie zobaczyć? - Prowadź. – Rzucił Emil, po czym wstaliśmy z ławki i udaliśmy się z Kacprem za blok.

- Co, fajny, nie? Spojrzałem na parking i od razu zobaczyłem, o czym mówi Kacper. Stare, zdezelowane BMW e30, w kolorze ciemnoszarym (maska i drzwi w nieco innym odcieniu), z powyginanym przednim zderzakiem. Nawet te ładnych kilka lat temu, taki samochód budził co najwyżej politowanie. - I co, twoje to to? – Zapytał Sperma, oglądając BMW. - No moje, ale na ojca, bo zniżki ma. - Czyli ojca. – Rzucił Kamil. Zaśmialiśmy się. Kacper naburmuszył się, zdając sprawę, że niepotrzebnie mówił o ubezpieczeniu. - A co masz pod maską? Jakieś osiem kurwa zero z turbo wytryskiem? – Zapytał Emil. Gra słów na końcu nie była w jego wykonaniu zamierzona. - Chyba wtryskiem. Emil, skończ gimnazjum to pogadamy xD – Kacper odgryzł się. Kamil skinął Emilowi, żeby nic nie robił – bójka była niepotrzebna. - No to co tam masz? – Przejąłem inicjatywę żeby rozładować atmosferę. Kacper otworzył maskę (dla niewiedzących, zawiasy znajdują się z przodu) i pokazał nam brudny i mocno zatłuszczony blok silnika. - Teraz mam 1.6, ale silnik był wymieniany. Patrzyłem i to był orginalnie M pakiet. Sperma zakrztusił się, próbując odpalić papierosa. - Ty, stary, jak to kurwa koło M pakietu nawet nie stało xD – Rzucił Emil. - Eee, kurwa, nie znasz się! Cała buda z M pakietu jest. Patrz ile miejsca jeszcze jest w komorze silnika. - No, żeby wszedł tu jakiś silnik Ursus-Kurwa-Zetor xD Kacper zaczerwienił się na twarzy i zatrzasnął maskę.

Staliśmy tak jeszcze kilka minut, rozmawiając o zdezelowanym BMW (choć nikt nie powiedział tego faktu głośno) – i w końcu z bloku wyszedł ojciec Kacpra. I tak, po kilku kolejnych minutach, mężczyzna zaproponował synowi, żeby pochwalił się samochodem w akcji i przy okazji pojechał z nim do myjni (akurat w okolicy otwierano wtedy pierwszą samoobsługową myjnię). I tak, w piątkę, wsiedliśmy do samochodu, słuchając trzeszczącego zawieszenia – i ruszyliśmy.

- Ej, Kacper, coś tu głośno jest. To normalne? – Zapytał Sperma, siedzący z przodu. Ja, Emil i Kamil byliśmy ściśnięci z tyłu. - Muszę to zrobić jeszcze. Mam dziurę w podwoziu i dlatego jest głośno. - Jaka kurwa dziura?! - Pod twoimi nogami – weź odsłoń dywanik. – Powiedział spokojnie Kacper. Sperma nachylił się i podniósł nogi. - Ja pierdolę! – Krzyknął. Chwilę potem odwrócił się do nas, z wyrazem prawdziwego przerażenia na twarzy, trzymając w dłoni oderwany kawał przerdzewiałego metalu. – Jak u Flinstonów, kurwa mać! Przejechaliśmy przez sławne skrzyżowanie (gdzie dawno temu, Emil miał sprzeczkę z babcią) i skręciliśmy w lewo. - Kamil, patrz kto tam idzie xD – Zaśmiał się Emil. Spojrzeliśmy przed siebie i zobaczyliśmy swoje mamy – Milenę i Ewelinę, idące z wózkiem chodnikiem. - Pierdolę, chowam się. – Powiedziałem cicho i pochyliłem się na bok, na kolana Emila. - Czekaj na mnie. Wstyd jak chuj. – Wyrzucił Kamil i zrobił to samo. Gdy zrównaliśmy się z kobietami, w rury wydechowej samochodu dobiegł głośny huk, jakby wybuchła w nim mała bomba. - Haha, niezłe wyczucie czasu xD – Śmiał się jak oszalały Emil. – Obie aż podskoczyły, jak poparzone xD - Dobra dobra, Emil, stara miłość nie rdzewieje xD – Zażartował Sperma. - Spierdalaj.

Dojechaliśmy na miejsce po kilkunastu minutach. Myjnia jak myjnia – nie wyróżniała się niczym specjalnym. Stała obok małej stacji benzynowej. Kacper wjechał do wolnego przedziału i zaciągnął ręczny. Wszyscy wyszliśmy z samochodu i stanęliśmy przy urządzeniu, do którego wrzucało się monety i wybierało tryb czyszczenia. Może to zabrzmieć zabawnie, ale chyba dla wszystkich zgromadzonych, było to coś nowego, z czym nie mieliśmy do czynienia. Jeśli była okazja, to sam myłem samochód mamy na podjeździe (a jeśli nie, to sama jeździła do myjni, bez mojej asysty), Emil zupełnie nie interesował się motoryzacją i pielęgnacją pojazdów, Sperma… Cóż, gdy był deszcz, to jego Parch (Fiat 125p) mył się sam, a Kamil również nie wydawał się zbyt obeznany z funkcjonowaniem myjni. Po krótkiej chwili dowiedzieliśmy się, jak to wszystko działa. Kacper wrzucił pierwszą monetę, wybrał tryb i wziął do ręki wąż, z którego po chwili wytrysnęła woda. BMW mył bardzo dokładnie, jak gdyby chciał pokazać, jak bardzo elitarne jest samo mycie pojazdu. Dokładnie wymywał brud z nadkoli, zderzaków, a gdy już wszystko było czyste i lśniące, schylił się i zaczął robić to samo z podwoziem. - Co ty robisz? – Zapytał Kamil. - Czyszczę. Może jakaś sól z zimy tam została abo co bo nie wiadomo, kto był kierowcą wcześniej.

Droga powrotna przebiegła bezproblemowo, jeśli nie liczyć stukania w zawieszeniu i ogólnego tłoku (może i e30 jest sedanem, ale wewnątrz jest naprawdę mało miejsca). Mniej więcej w połowie drogi, wywiązała się tradycyjna samochodowa dyskusja – czyli spalanie. - Ej, a ile ci to pali, tak z ciekawości? – Zapytał Sperma, ponownie siedzący z przodu. - Z dychę gazu spali. I benzyny na rozruch. Nie wiem, muszę to dopiero wyliczyć. - Gaz tu masz włożony? - No, jak można na benie (bardzo potocznie benzynie) jeździć? Ale zalewam trochę, bo po ruszeniu dopiero się przestawiam. Parę litrów trza mieć. Przytaknęliśmy. Kolejny powód, dla którego lepiej było szybko znaleźć się w domu.

Pod blok Kacpra zajechaliśmy kilka minut później. Wysiedliśmy z samochodu i poszliśmy w stronę pobliskiej ławki – gdzie usiedliśmy i zaczęliśmy gadać o zwykłych, codziennych sprawach. Tak minęło nam kolejnych kilka minut. Ojciec Kacpra ponownie wyszedł z bloku i podszedł do syna. - Synu, dej kluczyki. Muszę jechać kupić parę rzeczy do domu. – Kacper wykonał polecenie. – I jak, chopoki? Podobała się przejażdżka? Skłamaliśmy, mówiąc, że samochód jest bardzo fajny. Mężczyzna zadowolony odszedł w stronę stojącego wraku, ale nim zdążył otworzyć drzwi kierowcy, usłyszeliśmy histeryczny krzyk. - KURWA! Kacper! Cho no tu! Chłopak aż podskoczył i podbiegł do ojca. Zaraz za nim, udała się cała nasza czwórka, chcąc zobaczyć, co się stało. - Ja się pytam, co to do kurwy syna jest?! - Dzie, tato? - Tutaj kurwa, tutaj! – Rozwścieczony mężczyzna wskazał na mokrą plamę na asfalcie. – Benzyna, kurwa! Benzyna! Coś ty robił tym samochodem kurwa?! - Tato, ja nic… - Chuja kurwa! Leć po miednicę do domu, ino szybko! Benzyna lała się ciurkiem na ziemię, spod samochodu. Emil odwrócił się plecami i zaczął chichotać pod nosem.

Wycieku nie udało się zatamować w warunkach polowych, więc do wieczora, cała zawartość baku znalazła się na zewnątrz. Okazało się, że kiedy Kacper mył podwozie w myjni, wypłukał niechcący masę konserwującą z przewodów/rur paliwowych (!!!). Było to dla nas zbyt wiele.

Był to jeden z Sylwestrów w czasach, gdy chodziliśmy do gimnazjum. Młody i Sperma eksperymentowali już z używkami do tego stopnia, że raczej nie imprezowaliśmy razem. Zamiast tego, chłopaki częściej zaczęli zadawać się z Algierem i Gułą, którzy również nie wylewali za kołnierz. Grupka postanowiła więc spędzić nowy rok razem, pijąc na umór w jednej z piwnic w bloku Spermy. W międzyczasie, ja, Kamil, Emil i Patryk zaszyliśmy się w moim domu. Razem z Kamilem, udało nam się namówić nasze matki, by zorganizowały sobie małą, kobiecą imprezę (ojciec Kamila akurat był w pracy) u Mileny. Układ idealny - mieliśmy cały dom dla siebie.

Zaczęło się standardowo - otworzyliśmy sobie po piwie, wypiliśmy je oglądając filmy porno i gdy zbliżała się północ, wyszliśmy na dwór. Były to jeszcze czasy, gdy Sylwestry były efektowne - ludzie bawili się, wystrzeliwali fajerwerki, a ulice były pełne jak za dnia. Patryk wyrzucił kilka pierwszych "pikolówek" (petardy), a nieco wstawiony Emil kołysał się nieco do przodu i tyłu. Doczekaliśmy północy i otworzyliśmy szampana - standardowo, biedronkowego (Michelle bodajże).

- Ej, kurwa! Siema! - Wykrzyknął ktoś. Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy pijanego Młodego, podtrzymywanego przez Algiera. Przywitaliśmy się. - Chodźcie, napijecie się z nami, bo mamy ostrą bibę w piwnicy. - Wybełkotał Młody. Nie wypadało odmawiać, więc zgodziliśmy się wpaść na kilka minut.

Zeszliśmy grupką po schodach i ruszyliśmy wąskim, słabo oświetlonym korytarzem, gęsiego. Algier otworzył drzwi do "meliny", jak nazywano zwykle ową piwnicę. - Kurwa! Kątem oka zobaczyłem, jak Guła spada ze starej kanapy i podciąga spodnie. Na wersalce leżała nieprzytomna dziewczyna, na oko siedemnasto-osiemnastoletnia, z nieco opuszczonymi spodniami - na tyle, by ukazać zgrabne pośladki. Tuż nad nimi, znajdował się tatuaż (tribal) - i w tym momencie, doskonale wiedziałem, z jakim typem osoby mamy do czynienia. - Ja pierdolę, Guła! Co ty odpierdalasz?! - Krzyczał Algier. Jego brat, machnął tylko ręką. - Kurwa, przecież ciotka by cię zajebała jakby się dowiedziała! - Spoko… Moko… Wszystko pod kontholą… (w jego wykonaniu, brzmiało to bardziej jak ułu łułu łuły ło łołoło) Algier podszedł do dziewczyny i wciągnął jej spodnie. W tym momencie, z drugiego kąta pokoju, usłyszeliśmy odgłosy krztuszenia się. Przestąpiliśmy przez próg i zobaczyliśmy Spermę, który po chwili zwymiotował na własną kurtkę i spodnie. Sekundę potem, jego głowa pochyliła się do przodu w pijackim śnie. - Dobra chłopaki, dzisiaj imprezy nie będzie. Musimy ogarnąć ten burdel, idźcie stąd lepiej. - Zwrócił się do nas Algier i szybko wyprosił nas na zewnątrz.

Tej nocy, wypiliśmy jeszcze po piwie czy dwóch, żartując na temat Guły i Spermy - i tak zakończył się Sylwester.

Minęło kilka miesięcy. Było już stosunkowo ciepło, więc szliśmy z Młodym i Kamilem ubrani w koszulki z krótkimi rękawami - i wtem, przy bloku Spermy, zobaczyliśmy Gułę, Algiera i dziewczynę w ciąży. Podeszliśmy bliżej - ale nie na tyle, by wchodzić w bezpośredni kontakt z rozmawiającą trójką. Zwróciłem uwagę na tatuaż dziewczyny - u dołu pleców. - Co to za laska? - Zapytałem. - Skądś ją znam chyba. - To kuzynka Guły i Algiera. - Powiedział Młody. - A ona nie była na Sylwku w piwnicy u was? - Zapytał Kamil. - Nie wiem, chuja pamiętam. Ale była z nami na początku chyba, jebnęła parę głębszych i miała akcję typu "dzisiaj będę podłogą". - Guła zerżnął kuzynkę? - Zdziwiłem się. - Co ty gadasz? - No wtedy, w Sylwestra, poszliśmy wtedy z wami do tej piwnicy i Guła ją rżnął od tyłu xD - Jak to, kurwa?! Byłem tam? - No kurwa! Śmiałeś się tak, że nie mogłeś ustać. - Kurwa, to nieźle się najebałem… - Guła chyba bardziej xD - Zażartował Kamil. Śmialiśmy się jeszcze kilka dobrych minut.

Finalnie, kuzynka Guły i Algiera została samotną matką. Przez jakiś czas poszukiwano ojca, ale ten oficjalnie nigdy się nie zjawił. Guła oczywiście nie przyznał się do winy i z tego co mówił, nie pamiętał niczego, co wydarzyło się owej nocy. Algier z wiadomych względów, krył brata.

I tak, wszystko zostało w rodzinie.

Ci z was, którzy mieszkali lub znali osoby mieszkające w bloku, zapewne wiedzą, że każdy sąsiad regularnie nadużywa wiertarki, dziurawiąc mieszkanie jak szwajcarski ser. Z takim problemem borykali się Sperma, Młody, Emil i Patryk, a zwłaszcza ten ostatni.

Patryk, w czasach, gdy chodziliśmy do podstawówki i gimnazjum, miał wyjątkowo wrednego sąsiada, który rozpoczynał wiercenie późnymi wieczorami (zdarzało się, że i nocami…), w przeróżne święta, i tak dalej, i tak dalej. Mężczyzna był wrzodem na tyłku całego bloku i mimo wielokrotnych skarg i upomnień ze strony policji, kontynuował swoje działania.

Wracaliśmy właśnie ze szkoły, standardowo kompletną paczką, gdy zobaczyliśmy, że owy mężczyzna, zwany przez Patryka Remontem (zgadnijcie czemu?), wyrzuca do śmietnika pękate worki. - Remont! Ty chuju! - Krzyknął Patryk, zasłaniając usta. Mężczyzna nie zareagował. - Patrzcie, kurwa. Wyrzuca jakieś chujstwa, pewnie porządki robi. Nowy remont się szykuje. - Dodał, już normalnym tonem. - On serio jest taki popierdolony? - Zapytał Sperma. - Niestety. Remontuje mieszkanie już chyba piąty rok. Ogarniacie? Debil zrobił sobie boazerię tylko po to, żeby po roku ją zerwać i wymienić kable. - A po cholerę wymieniał kable? Coś to zmieni? - Teraz zainteresował się Kamil. - Nie wiem, nie mam pojęcia. Chuj mu w dupę. Doszliśmy do jednej z ławek, stojącej pomiędzy blokami i usiedliśmy, bez słowa. Ciszę przerwał wreszcie Młody. - Ej, a widzieliście w ogóle, co on wyrzucał? - Bo ja wiem… Coś lekkiego. - Rzuciłem. Rzeczywiście, Remont bez trudu wrzucał do kontenera wielkie worki, więc pewnie były wypełnione czymś lekkim. - Ej, mam pomysł - chodźcie mu je podrzucimy z powrotem pod drzwi! - Wykrzyknął rozentuzjazmowany Patryk. Poszliśmy.

Jak się okazało, dwa spośród kilku worków, które sąsiad Patryka wrzucił wcześniej do kontenera, zawierały pocięte szczątki kartek. - Co to niby ma być? Zwykłe śmieci. - Zasmucił się Patryk. - Paski z niszczarki. - Oznajmiłem, przerzucając w dłoni pocięty papier. Chwilę potem, uśmiechnąłem się do siebie i dodałem: - Posklejajmy je do kupy.

Łączenie pasków zajęło naszej grupie kilka ładnych dni. Kleiliśmy je w szkole, w domach, podczas wspólnych spotkań w piwnicy Młodego (która była prawie pusta - więc nadawała się do takiego przedsięwzięcia). W końcu, udało nam się złożyć do kupy kilkanaście pism, rachunków i powiadomień, do których dodaliśmy jedną kartkę os siebie - z wydrukowanym wielkim napisem "Remont ty chuju przestań wiercić" (pocięliśmy ją, żeby pasowała do reszty, a potem skleiliśmy taśmą klejącą z tyłu). Tego samego dnia, gdy zaszło słońce, podrzuciliśmy gotową paczkę pod drzwi i po cichu, uciekliśmy. Został tylko Patryk, który jako ofiara Remonta, miał honorowo zadzwonić do drzwi.

Schowaliśmy się na parkingu, za stojącymi samochodami i obserwowaliśmy, jak wewnątrz klatki schodowej, Patryk biegnie w dół. Chwilę potem, drzwi na drugim piętrze otworzyły się - stał w nich zaskoczony Remont, który otworzył paczkę. Patryk podbiegł do miejsca, w którym się chowaliśmy. Śmialiśmy się jak opętani, oglądając sąsiada, który zszokowany biegnie na dół, trzymając w ręce otwarte pudełko. - Kto tu jest, kurwa?! - Wykrzyknął, gdy wyszedł na zewnątrz. - Kto to zrobił?! Odpowiedziała mu cisza. - Dzwonię na policję, zbirze! Kamil zaczął gryźć rękę, by przestać się śmiać. - Dopadnę cię, skurwysynu, zobaczysz! Nie dopadł.

Remont przestał wiercić nocami - przynajmniej z tego, co mówił Patryk. Po roku, czy coś koło tego, wyprowadził się z mieszkania, które stało puste przez kolejnych kilka miesięcy. Jak się okazało, zażądał bardzo wysokiej stawki, z powodu całkowitego remontu. W końcu znalazła się rodzina, która kupiła mieszkanie - i jak można się domyślić, dla Patryka zaczął się kolejny okres wiercenia i stukania.

Początek gimnazjum był dla mnie wielkim szokiem - bo z grzecznej i porządnej szkoły, przeniosłem się do pochłoniętego chaosem przybytku, w którym obowiązywała tylko jedna zasada - jedz lub zostań zjedzony. Z całej naszej paczki, najlepiej radzili sobie Sperma i Młody - gdy zdaliśmy do drugiej klasy, oni zaczęli stanowić prawo. Zaczął się okres podkradania długopisów, papierosów (akurat to było chyba najtrudniejsze - bo większość albo rzeczywiście nie paliła, albo nie miała fajek). I tutaj, w Spermie obudził się instynkt złodziejski. Jedną z kieszeni plecaka przeznaczył na składowisko fantów (pod koniec roku, pękała w szwach - dosłownie). Ze szczególnym upodobaniem traktował żelowe długopisy - gdy tylko widział, że ktoś kupił jeden, wkrótce opracowywał plan jego zdobycia. Długopisy jednak nie wystarczyły - i tak, Sperma zaczął kraść ze sklepów słodycze, napoje i tak dalej, i tak dalej.

Tego dnia, staliśmy przy ladzie w jednym z okolicznych kiosków, znajdujących się na parterach dziesięciopiętrowych bloków. Kupowałem z Kamilem zeszyty, Sperma zaś przeglądał czasopisma pokroju CD Action czy Click, wystawione na specjalnej półce, zajmującej całą ścianę. Odebraliśmy resztę, wzięliśmy zeszyty i wyszliśmy, żegnając się ze sprzedawczynią. - Ej, kurwa, chodźcie kurwa do klatki xD - Szepnął do nas Sperma. - Po co? - Zapytałem. - No kurwa chodź, zobaczysz xD Skręciliśmy za róg i weszliśmy do pobliskiej klatki schodowej. Sperma stanął na środku korytarza i podciągnął koszulkę. Wolną ręką, wyciągnął spod niej ogromny, zgięty w pół zafoliowany karton z przyczepioną od przodu grą komputerową. - O kurwa xD - Wybuchnął Kamil. Zaczęliśmy się śmiać, nie mając pojęcia, jak Sperma niezauważenie wyniósł z kiosku coś tak wielkiego. - Juma nie śpi xD - Rzucił zadowolony z siebie złodziej i roztargał folię.

Złodziejskie przygody Spermy stały się częstym motywem żartów. Wszystko zakończyło się (przynajmniej oficjalnie) w szkole średniej, kiedy to Sperma został aresztowany w supermarkecie, podczas próby kradzieży kilku butelek wódki. Młody, który tego dnia był z nim w sklepie, relacjonował, że gdy złodziej był wyprowadzany w kajdankach, tłumaczył stróżom prawa, że zawsze chciał zostać policjantem. Juma nie śpi.

Mieszkanie na uboczu ma swoje wady i zalety. W przypadku młodzieży, dojazd do szkoły pełni ważną rolę - i pewnie większość z was przeżywała lub przeżywa to samo. W przypadku moim, Spermy, Kamila i Michałka (Antek jeździł innymi autobusami, bo mieszkał nieco dalej od nas), codzienne bardzo wczesne wstawanie było sporym szokiem w porównaniu do trzech lat, jakie spędziliśmy w gimnazjum. Najgorszym z tego wszystkiego był jednak fakt - "wstajesz - ciemno, wracasz - ciemno". I wcale nie przesadzam - gdy nadchodziła zima, byliśmy gotowi pożegnać się ze słońcem na kilka następnych miesięcy.

Standardowo, spotykaliśmy się na "zakręcie" (technicznie skrzyżowaniu, ale kto by się czepiał?), skąd kompletną grupą szliśmy prosto na przystanek. W ten poniedziałkowy poranek, czekałem w towarzystwie Kamila na spóźniającego się Spermę (o Michałku nie myśleliśmy - zawsze zjawiał się sam, bez próśb i ponagleń), gdy w ciemności usłyszeliśmy pijacki krzyk: - Ema opaki! Odwróciłem wzrok. Młody, zataczając się od jednego krawężnika do drugiego, zmierzał w naszym kierunku. Na jednej z nóg nie miał buta. - Siema, Młody. - Odpowiedziałem. Kamil kiwnął głową. Pomyślałem, że jest mniej więcej szósta trzydzieści rano. Czyli Młody dopiero wracał z imprezy. - Kurwa… Chopaki, ja ide z wami do… Szkoy. Niezręczna sytuacja. Z jednej strony, nie wypadało nam powiedzieć "nie" - w końcu pijani są nieprzewidywalni. Zwłaszcza tak porywczy jak Młody. Z drugiej strony, nie mogliśmy go wziąć ze sobą - logicznie. - Wiesz, czekamy na Spermę jeszcze. - Stwierdziłem. - No, to może idź do domu i weź plecak, żeby nikt się nie skapnął w szkole xD - Dodał z fałszywym uśmiechem Kamil. - Nooo, kurwa! To je… Plan! - Tutaj Młody chciał podrapać się po ręce i spostrzegł, że jest rozcięta. - Czo… Japierdala! Chłopak pokazał nam rozharatane przedramię - prawdopodobnie wpadł na ogrodzenie albo pociął się szkłem. - Pierdolę… Idziemy kurwa… Na… Szkoły. W tym momencie znikąd pojawił się Sperma. - Siemano, a co to kurwa, ostro żeś przybalował wczoraj, Młody. - No kurwa melange… A ty… Czemuś się skitrał tak wcześnie? - Bo kurwa szkoła, nie? - Pierdolisz… Idę z wami. - Ale ten, plecak weź, no nie? - Przypomniał Kamil. - No… Kamil… Plecak, kurwa jego mać! - Zaraz wracam! Młody poszedł w stronę swojego bloku, potykając się co kilka kroków. - Chodźcie lepiej na przystanek - sam przecież za nami nie pójdzie chyba. - Powiedziałem. - No i za parę minut mamy busa. - No, dobra myśl. Chodźmy. Młody sam trafi do domu. Przeszliśmy kilka kroków i usłyszeliśmy krzyczącego Młodego. Stanęliśmy w miejscu. - Kurwa, wracamy. - Rzucił Sperma. Sprawdziłem godzinę - mieliśmy jeszcze jakieś pięć-siedem minut + ewentualne opóźnienie autobusu.

- A ni chuja, ja idę do szkoły! - Patryk, stój! - Kurwa! Ja będę pisał ten, kurwa, maturę dzisiaj. Z religii! Dobiegliśmy do Młodego, który siłował się z matką na środku ulicy. - Dzień dobry… - Powiedzieliśmy Irenie. - Dzień dobry, chłopcy… Patryk, stój! - Nie, ja idę z nimi na lekcje! Co jest pierwsze? - Eee… Niemiecki chyba… - Zastanowił się zawstydzony Kamil. - No, kurwa! Dojcze dojcze iberale! Zig haj xD Irena uderzyła syna w ramię. - Patryk, zachowuj się! - Du hast miś! Zig hajl xD - Kolejny krzyk pijanego Młodego. - Idziem do szkoły! Porozmawiamy na niemieckim o firerze, kurwa! Dojcze doj… - Młody urwał, gdy Irena po raz kolejny uderzyła go w ramię. Chłopak odwrócił się do niej wściekły. - Ej, Młody. Wyluzuj. - Szybko wtrącił się Sperma. - Idź do domu, weź ten plecak i idziemy, dobra? - Plecak… No, kurwa, plecak! Mama, daj mi plecak, bo się spóźnimy na niemiecki! Irena spojrzała na nas, nie wiedząc, co się dzieje. Skinąłem jej dyskretnie głową - w tym momencie zrozumiała, że chcemy po prostu zwabić go do domu. - No, chodź Patryk, weźmiesz sobie plecak. Młody zwrócił się do nas. - No, to zaraz wracam. Nie jedźcie beze mnie… Bo… - Tutaj na chwilę chłopak stracił myśl. - Zig haj! - Wybuchnął nagle. Irena podskoczyła w miejscu, przerażona. Młody odwrócił się ledwo zachowując równowagę i poszedł w kierunku domu. Jego matka podziękowała nam za pomoc i potruchtała za nim, stukocząc obcasami przy każdym kroku.

But Młodego znalazł się dwa tygodnie później. Jak relacjonował nam pewnego dnia sam bohater: "No idę ze starą ulicą, przechodzimy koło komisariatu - patrzę, but. Mówię, a co tam, kopnę se. Kopnąłem, patrzę, a to mój xD".

O ile karty rowerowe były w podstawówce bardzo popularne (był to obiekt szpanu - przy każdej możliwej okazji, chwaliłem się nabytkiem przed kolegami, którzy nie zdali egzaminu w pierwszej turze), o tyle karty motorowerowe przeszły u nas bez echa. Tylko kilka osób było zainteresowanych "motorami" - cała reszta albo nie zdecydowała się na egzamin, albo zgłosiła chęć uczestnictwa i jeszcze tego samego dnia całkowicie o tym zapomniała. Tak było ze mną, Spermą, Patrykiem i Młodym (Kamil też dołączyłby do naszej grupki zapominalskich, ale akurat był chory). Tak więc, gdy nadszedł dzień egzaminu, czekała nas mała niespodzianka.

Ze znajomych, w teście wzięli udział jeszcze Antek (zaopatrzony w profesjonalną książeczkę ze znakami drogowymi i sytuacjami na drogach, zeszyt z notatkami i kartką dotyczącą pierwszej pomocy) i Algier (który rok wcześniej nie zdał egzaminu). Resztę stanowili głównie rówieśnicy Algiera.

Spośród wyżej wymienionych, zdał tylko Algier. Antek szukał usprawiedliwienia w "złych pytaniach", Patryk tłumaczył się złym dniem - a reszta przyjęła porażkę jak mężczyźni. W końcu nie uczyliśmy się do egzaminu nawet minuty - więc w czym problem?

Tym sposobem, niedługo potem, Algier zaczął przyjeżdżać do szkoły na swoim motorowerze - starym, mocno podrdzewiałym Komarze. Wśród chłopaków, stał się prawdziwą gwiazdą, choć w rzeczywistości, wyglądał na motorowerze przekomicznie (był wielki i szeroki - w przeciwieństwie do swojej maszyny). Wtedy też, Algier zaczął zadawać się z Kaśką - była to dziewczyna z równoległej klasy, która jako jedyna w całej szkole, mogła pochwalić się skuterem. I chociaż nigdy ta dwójka nie była razem w dosłownym tego słowa znaczeniu, to dosyć często jeździła razem na swoich maszynach, jak gdyby byli królami szos.

Podczas jednej z takich wypraw, odwiedzili nasz "rewir" i stanęli koło bloku Algiera (i Spermy, przy okazji). Algier zobaczył nas, siedzących na ławce niedaleko i pomachał nam ręką. Kaśka zdjęła kask i wyciągnęła z kieszeni paczkę ruskich papierosów. - Siemano, co to, przejażdżka? - Zagaił Młody. - Taa, tak sobie jeździmy, bo ciepło. - Hehe, szybcy i wściekli xD - Rzucił Sperma. - Izi rajder. - Dodałem, ale jakoś nikt nie zrozumiał żartu. Kaśka paliła papierosa jak zawodowiec, wciągając i wypuszczając dym jakby miała dwie dekady praktyki. - Ej, Kaśka, daj się karnąć xD - Rzucił nagle Młody. Dziewczyna odwróciła się do niego. - Sorry, ale to jest nowy skuter… Nie chcę żeby ktoś mi go rozdupcył. - Spoko moko, nie rozjebię ci go - zrobię tylko kółko po parkingu i będzie wporzo. - Ale obiecaj - nie rozwalisz mi go. - No obiecuję, obiecuję. Kaśka podała Młodemu kask. Chłopak wsiadł na skuter. - Dobra, jak się tym jeździ? - A to nie czytałeś nic jak się uczyłeś na kartę motorowerową? Odwróciliśmy się, żeby ukryć szerokie uśmiechy. - No… Ten, kurwa… No tak, ale ten skuter jest jakiś inny, nowy taki i w ogóle. Dziewczyna pokazała, gdzie znajduje się stacyjka, gaz i hamulec. - Tylko uważaj. - Ostrzegła. Młody. zatrzasnął szybkę kasku i odpalił skuter. Charakterystyczny, śmieszny dźwięk silniczka zagłuszył wszystko dookoła. Młody odepchnął się i dodał gazu. Z chodnika wjechał na parking i ostro zakręcił, próbując wyjechać na drogę. Chwilę potem, kierownica przekręciła się w bok, a skuter runął na ziemię z głośnym trzaskiem. - Kurwa! - Krzyknęła Kaśka, upuszczając papierosa. Pobiegliśmy na miejsce, gdzie Młody leżał przygnieciony pracującym jeszcze skuterem. Algier i Sperma podnieśli maszynę. - Kasia, ale nie denerwuj się xD - Powiedział Młody, wstając. Jego prawa łydka była obdarta ze skóry. Kaśka rozpłakała się.

Okazało się, że skuter, jeśli nie liczyć rozbitego przedniego błotnika i osłony, nie odniósł poważniejszych szkód. Młody dał dziewczynie pieniądze na naprawę, a jego matka dodatkowo kazała mu kupić bukiet kwiatów i bombonierkę. Tego akurat nie zrobił (poszliśmy za to paczką na piwo). Kaśka zerwała kontakty z Młodym i Algierem niedługo później, gdy została zmuszona przez rodziców do sprzedaży skutera. Młody dorobił się blizny na łydce, ale jakoś specjalnie się tym nie przejął.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki