FANDOM


869Edytuj

Dzisiaj opowiem co nieco o bierzmowaniu - czyli jednej, z największych fars i szopek, jakie większość osób przeżywa. Nie jestem od tej reguły wyjątkiem, chociaż nie znaczy to dla mnie kompletnie nic. Mimo wszystko, jak na dłoni, pamiętam kilka wydarzeń z tego okresu…

- Hehe, no i co, jakie imiona będziecie brać?xD - Zapytał radośnie Emil. Był to początek - dopiero co dowiedzieliśmy się, czym jest bierzmowanie i czym się to je. - Maksymilian. - Rzuciłem. Było to jedno z imion, jakie z jakiegoś powodu lubiłem. - Aleksander. - Dodał z powagą Kamil. Wyśmialiśmy razem jego ton. - Szymon. - Odparł w końcu Młody. - Ja nie wiem… - Podsumował rozmowę Sperma. - Ej, a słyszeliście o tym, kurwa, no, świętym Maksymilianie w Ałszwic, nie?xD - Zapytał Emil. - Ostatnio babka na religii mówiła, że go utopili w beczce z gównami. Kurwa, nie chciałbym tak umrzeć. Wpaść po uszy w gówno xD Wybuchnęliśmy śmiechem. - A ciekawe, co zrobi Sperma. Jak podejdziesz do tego kurwa tronu czy ołtarza, to co powiesz? Ja nie wiem xD Kolejny udany żart. - Albo Kamil, kurwa. - Emil zaciągnął się papierosowym dymem i kontynuował. - Ty to już w ogóle. Będziesz od dzisiaj Ola. Kamil Aleksandra xD - Zobaczymy, to ty za dwa lata wymyślisz… - Próbował odszczekać się kuzyn. - No jak to co? Adolf albo Hans. Po dziadku i wójku xD Haj hitla!

W kolejnych tygodniach, okazało się, że wszyscy uczniowie przystępujący do bierzmowania (prawdopodobnie 100%) będą uczęszczali w regularnych spotkaniach, dwa razy w tygodniu, na których obecność będzie sprawdzana (!), a każdy miesiąc będzie kończył się spotkaniami z rodzicami (!!!). I tym sposobem, nikt już nie przejmował się nadchodzącym powoli egzaminem gimnazjalnym - teraz liczyły się tylko karteczki z pieczątkami (potwierdzające obecność) i wywiadówki w kościele. Tutaj, tradycyjnie, Patryk zajął się fałszerstwem – choć co ciekawe, sam nie wykorzystywał owoców swojej pracy. Pod wpływem rodziców, uczęszczał na wszystkie spotkania jak „porządna” część naszych kolegów i koleżanek.

Zebrania rodziców odbywały się raz w miesiącu i właściwie, niczym szczególnym nie różniły się od standardowych spotkań. No, może nie były tak chaotyczne i głośne jak zazwyczaj. Gdy w pobliżu były matki i ojcowie, wszyscy starali się zachowywać odpowiednio, grzecznie. Przynajmniej przez większość czasu.

- Myślę, że na dzisiaj wystarczy już tych przemówień. Gorąco zapraszam rodziców i dzieci do pozostania na mszy, która odbędzie się za kilkanaście minut. – Ryknęły głośniki podłączone do mikrofonu księdza Rafała, naszego „nauczyciela” religii i osoby prowadzącej tegoroczne bierzmowanie. Znaczyło to mniej więcej tyle, co „macie zostać na mszy, jeśli chcecie być bierzmowani”. Kilku rodziców pożegnało się z dziećmi i wyszło. Milena i Ewelina, siedzące standardowo koło siebie (tak, żebym nie rozrabiał z Kamilem, jak to mieliśmy w zwyczaju) zamieniły kilka słów i wstały. - Miłej zabawy. Pa! – Mama ucałowała mnie w policzek i szybkim krokiem wyszła z kościoła. Wymieniłem z Kamilem szybkie spojrzenia. - Wyruchani przez własne matki. – Szepnął. Po kilku minutach jednak, doszliśmy do wniosku, że ich nieobecność działa na naszą korzyść. Mogliśmy ewakuować się z kościoła, gdy tylko zaczną zbierać się uczestnicy mszy. W większości stetryczali i niedołężni. - Dobra, to zrobimy tak. Ustąpimy miejsca jakimś babom i potem będziemy się cofać w tłumie. Bez przypału. – Powiedziałem Kamilowi. - Dobra, a drzwi? - Co z nimi? - No co z nimi? Myślisz, że ktoś będzie tam stał? - Nie obchodzi mnie to. Nie będę tu przecież siedział godzinę… - Tia, może gdybyśmy mieli dzieci. Dalibyśmy im buziaki i wyszli jak nasze stare. - Punkt dla nich za pomysłowość. Udało nam się wyjść po zaledwie kilku minutach od rozpoczęcia mszy. Żegnani pogardliwymi, wściekłymi spojrzeniami ze strony starych dewot i zazdrosnymi kolegami, zmuszonymi do siedzenia w jednej pozycji przez najbliższą godzinę. Od tego dnia, robiliśmy tak zawsze podczas zebrań z rodzicami. A zebrało się ich trochę – od jesieni do późnej wiosny. Kamil od czasu do czasu zostawał i nudził się z innymi (tłumacząc się, że wrócą razem) – ale jeśli o mnie chodzi, to jakoś nigdy nie miałem skrupułów.

Wszystkie te „wagary” doprowadziły nas w końcu do problemów. Podczas jednego z końcowych zebrań, ksiądz wyczytał nazwiska moje, Kamila, Spermy, Młodego i kilku innych chłopców z innych klas. Było nas łącznie około piętnastu, może mniej, może więcej. Poprosił, byśmy razem z rodzicami zostali na kilka minut. Tak oto, zostaliśmy okrzyknięci „czarną listą”, której chcąc nie chcąc członkowie mieli nie zostać dopuszczeni do bierzmowania. Finalnie ingerencja ze strony rodziców i nauczycieli załagodziła sytuację i zostaliśmy dopuszczeni do „egzaminu” – ale w innym od pozostałych osób terminie.

Zjawiliśmy się na miejscu, czyli kościele, późnym popołudniem. Cała „czarna lista” miała dobre humory – bo na dobrą sprawę, nikt z nas nie przejmował się całym bierzmowaniem. Spośród naszej grupy, brakowało Spermy (który tradycyjnie się spóźniał) i kilku innych odszczepieńców. Okazało się, że ksiądz Rafał wzywa do siebie na rozmowę kilkuosobowe grupy – tak na początek. Kilku chłopców miało już ją za sobą i straszyło pozostałych. Oczywiście ustaliliśmy, że idziemy na rozmowę paczką – jeśli tylko Sperma dotrze na miejsce o czasie. W tym momencie, zaginiony w akcji Sperma wszedł do zakrystii, ubrany w krótkie spodenki, koszulkę i sandały ze skarpetkami. - No siema, na działce ze starym byłem. Wszyscy zgromadzeni ryknęli śmiechem, widząc ubranie Spermy. Kilku chłopców popłakało się. - O kurwa, Sperma xD Teraz to żeś dopierdolił! – Krzyczał Młody, poluzowując sobie krawat pod szyją. Uznałem, że to dobry pomysł i zrobiłem to samo, czując, że ze śmiechu zaczynam się wręcz dusić. Drzwi do gabinetu księdza Rafały otworzyły się z hukiem. - Co tu się dzieje?! – Ryknął mężczyzna, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Ksiądz zatrzymał wzrok na stojącym Spermie. – Patryk. Wybierasz się może na działkę? - A nie, psze księdza. Wróciłem właśnie xD - Zachowujcie się, chłopcy. Trochę szacunku dla grupy, z którą właśnie staram się rozmawiać. Kilka osób przeprosiło, inni przestali się śmiać (głośno). Usiedliśmy na jednej z drewnianych ław i czekaliśmy na swoją kolej.

- Dlaczego chcecie być bierzmowani? Ksiądz Rafał siedział za biurkiem, podczas gdy my (czyli Sperma, Młody, ja i Kamil) kierowaliśmy się w stronę stojących przed nami krzeseł. - Bo… Bo kapa (potocznie przechlapane) tak nie mieć bierzmowania. – Wydusił z siebie Sperma, wzbudzając w nas śmiech. - Bo kapa… Może powiecie coś więcej? Cisza. - A więc nie ma powodu, dla którego mielibyście podejść do sakramentu bierzmowania, tak? Mogę was skreślić, z czystym sumieniem? Poczułem, że w tej sytuacji, tylko ja mogę coś zrobić. Młody był zbytnim buntownikiem, Kamil miał chyba atak nieśmiałości, a Sperma… On już swoje powiedział. - Proszę księdza… Patryk chyba chciał powiedzieć, że szkoda byłoby zaprzepaścić okazję do zgłębienia życiorysów naszych patronów, a tym samym, samych siebie… Jakby nie patrzeć, byłaby to wielka strata… Kapa. Młody odwrócił się w moją stronę, wytrzeszczając ze zdziwienia oczy. Wzruszyłem ramionami, uśmiechając się niepewnie. - A potrzeba wiary? – Zapytał ksiądz. - No… Ekhm… Też, oczywiście… - Kłamałem jak z nut. – To… Strawa dla ducha, co nie? Bardzo ważny sakrament w życiu każdego. Koledzy skinęli. - Dobrze. Ale co z wami, chłopcy? Kamil, dwóch Patryków? Powiedzcie mi coś od siebie, proszę. - No ale co? – Zapytał Młody. - Dlaczego chcecie podejść do bierzmowania? Rozumiem, że trzymacie się razem, jako grupa, ale czy to uczciwe, żeby jedna osoba tyrała za cztery? - No nie, ale proszę księdza, my jesteśmy tacy nieśmiali… To wielki stres. – Pałeczkę przejął teraz Młody. – Przyszliśmy tu, nie wiedząc, czy w ogóle będziemy bierzmowani. Strach pomyśleć, co powiedzieliby rodzice… - No… - Dodał cicho Kamil. Ksiądz Rafał podparł dłonią twarz. - A ty Patryk, jak sądzisz? – Skierował pytanie do Spermy. - No… Też.

Jakimś cudem zdaliśmy – z naszej paczki wszyscy (tak, nawet Sperma). Udało mi się uratować sytuację i potem, już podczas indywidualnych rozmów (z pytaniami dotyczącymi patronów itd.) zostałem wytypowany jako pierwszy do odpowiedzi – żeby zmiękczyć księdza Rafała. Cały żart polega jednak na tym, że w przypadku naszej paczki, poziom religijności był odwrotnie proporcjonalny do powodzenia w egzaminie. Nawet mając te naście lat nie należałem do wierzących, ale szczerze, wystarczyło nieco zastanowić się nad pytaniami i odpowiedzieć, używając języka bardziej kwiecistego od „no, bo, kapa”. Dla przeciwwagi, Sperma, wychowywany w pobożnej rodzinie, nie potrafił wyksztusić sensownego zdania, czy choćby równoważnika zdania. Młody i Kamil byli gdzieś pośrodku – obaj zaliczyli pytania mniej więcej w takim samym stopniu.

I tak właśnie moi mili, zdaje się poprawkowo bierzmowanie.

936Edytuj

Okolice bloku Spermy i Młodego na pierwszy rzut oka wyglądały bardzo porządnie. Tu i ówdzie posadzono krzewy i małe iglaste drzewka, raz na jakiś czas strzyżono wszystkie trawniki, a w owym okresie, pomalowano również same betonowe budowle na żywe, pastelowe kolory. Było miło, przynajmniej, gdy oglądało się osiedle po raz pierwszy. Dla nas jednak, stałych bywalców, nie było w tym widoku niczego niesamowitego. Znaliśmy tą okolicę doskonale, ale woleliśmy spędzać czas na łąkach, śmietnisku, gdziekolwiek.

Była już późna jesień, choć temperatury wcale tego nie wskazywały. Szliśmy ubrani w bluzy lub cienkie kurtki, chroniące bardziej przed wiatrem i wilgocią niż zimnem. Klatka Spermy była chyba najbardziej zdewastowanym miejscem osiedla. Jej ściany pokryte były przeróżnymi bazgrołami, w dużej mierze wykonanymi przez kolegów siostry naszego kumpla – tych, którzy mieszkali w slamsach. Wśród nich, znajdowały się perełki pokroju „Magda ty chuju”, „reprezentuję biedę” albo „Algier I love Mary Jane”. Nie zabrakło też wyrytego w tynku pseudonimu Młodego i samego Spermy. Kamil wcisnął przycisk w domofonie. Po kilku sekundach, słuchawka podniosła się. - Halo. – Ryknął kobiecy głos. Kamil odwrócił się do mnie i Młodego, z wyrazem zaskoczenia na twarzy. - Ej, kurwa, to Marta czy Ela? - Marta chyba. – Strzeliłem, nie mając zielonego pojęcia. Kamilowi to wystarczyło, zwrócił się od domofonu. - Eee… Cześć. Jest S… Patryk? - Zaraz idzie już. – Odpowiedział jednym ciągiem głos i odłożył słuchawkę. Zaśmiałem się. - Zaraz idzie już. – Powtórzył Młody. – To kurwa idzie już, czy zaraz? - Zaraz już. – Zażartował Kamil.

Sperma nie zszedł ani zaraz, ani tym bardziej już. Młody po kilku minutach zadzwonił domofonem ponownie – tym razem nikt niczego nie powiedział – usłyszeliśmy tylko brzęczek otwieranych drzwi. - Co, może jeszcze mamy po niego iść na górę? – Irytował się Kamil. - Ja się stąd nie ruszam. Chodźcie do środka, bo robi się zimno. – Powiedziałem, po czym wszedłem do bloku. Usiedliśmy na podłodze, przy jednej ze ścian. Młody wyjął pudełko zapałek i zaczął się nimi bawić. Kamil błądził wzrokiem po ścianach na wpół wymalowanych emaliową farbą. - Ej, patrzcie, co to, kurwa? – Zapytał, podekscytowany, wskazując dziwny czarny przewód wystający z jednej ściany i po chwili wchodzącym w drugą. - Jakiś kabel. Ty, to będzie chyba od domofonu, nie? – Zastanowiłem się. Rzeczywiście, kabel wychodził z miejsca, gdzie z drugiej strony ściany znajdował się domofon. Kamil podszedł do przewodu i pociągnął go lekko. Taka siła wystarczyła – kabelek dosłownie wypadł z dziury w ścianie. - Haha, o kurwa xD – Kamil wybuchł śmiechem. - Brawo, Kamil. Chodźcie, kitramy się, zanim ktoś się skuma (potocznie, uciekamy, zanim ktoś to zauważy). – Dodał Młody. - Zaraz idę już. – Rzuciłem.

Wyszliśmy na zewnątrz, z podciągniętymi kołnierzykami, a Kamil, z naciągniętym na głowę kapturem kurtki. Zaraz potem przeskoczyliśmy przez murek i tuż pod oknami, przebiegliśmy gęsiego za blok. Prowadził Młody, zaraz zanim podążałem ja, a na końcu truchtał Kamil. Znaleźliśmy się pod drugiej stronie budynku, gdzie całą masywną ścianę pokrywały balkony mieszkań. Młody nagle się zatrzymał – prawie na niego wpadłem. - Młody, co się dzieje? – Zapytałem. - Kurwa, nie ma przejścia… - Powiedział pod nosem. - Jak to nie ma? Stoimy na ścieżce. – Odpowiedziałem mu. Może słowo „ścieżka” to zbyt dużo powiedziane – w rzeczywistości, był to tylko trochę wydeptany pas trawy, po którym co poniektórzy chodzili, by skrócić sobie drogę do śmietników. - Ale przyjrzyj się… Tuż przed Młodym znajdował się olbrzymi stolec. Zaraz za nim dostrzegłem kolejny, i kolejny… Rozejrzałem się dookoła. Na trawniku nie było metra kwadratowego, na którym nie znajdowałby się przynajmniej jeden „kloc”. - O ja pierdolę… Sralnia. – Powiedział do siebie Kamil. - Pole minowe. Zawracamy? – Zastanowiłem się. Kamil odwrócił głowę i od razu nią pokiwał. - No chyba nie… Przebiegliśmy przez samo centrum. Ktoś musiał wdepnąć w jakieś gówno, patrzcie. – Tutaj wskazał palcem sporej wielkości kupę, zgniecioną z jednej strony. Podniosłem po kolei buty – nic tam nie było. U Kamila też. - Kurwa, stara mnie zajebie xD – Zaśmiał się Młody. – Buty do szkoły to miałby być. Chłopak wytarł podeszwę o trawę. - Dobra, to co teraz? Stoimy tu jak te kołki, czy gdzieś pójdziemy? – Zaniepokoił się Kamil. Jak na razie, nic nie wskazywało, by w pobliżu znalazła się bezpieczna droga. Zaczęliśmy się rozglądać, każdy w jednym kierunku. - Siema, co tak stoicie? – Krzyknął do nas Sperma, idąc jakby nigdy nic przez trawnik. - Uważaj! – Ryknąłem. - Co jest? - Gówno! – Młody wtrącił się nagle. – Wszędzie gówno. Nie widzisz? Sperma przystanął w miejscu i kucnął. - No, faktycznie. I co? Nie odpowiedzieliśmy. Dalej szukaliśmy jakiejś drogi ewakuacji. Sperma jakby nigdy nic, podszedł bliżej i nachylił się nad stolcem, który wcześniej rozdeptał Młody. - Ludzki. – Powiedział z kamiennym wyrazem twarzy.

941Edytuj

- Wieśniak, spokój! – Wykrzyknąłem nagle. Antek wyprowadził mnie z równowagi, co było nie lada wyzwaniem. On i Kamil mieli ze sobą krótkie spięcie, a przy okazji mnie oberwało się rykoszetem. Standardowo, poszło o kradzieże, których dokonał ten drugi, a ja przypadkowo zostałem wciągnięty w cały konflikt. Antek stanął jak wryty, spoglądając na mnie opętańczym wzrokiem. Prawdopodobnie spodziewał się, że będę bezczynnie stał, słuchając, jakim to jestem beznadziejnym kolegą, ponieważ nie przeszkodziłem Kamilowi. - No, wieśniak, wypad krowy doić. – Skwitował Kamil i dał mi do zrozumienia, że nie ma sensu dalej się przegadywać. Poszliśmy, zostawiając bordowego na twarzy Antka, w towarzystwie roześmianych kolegów.

Okres wrogości nie trwał długo – jeszcze w następnym tygodniu, uznaliśmy, że cały konflikt był bezsensowny i ponownie zaczęliśmy się do siebie odzywać. Jedyne, co przetrwało, to powiedzenie „wieśniak, spokój” – wykorzystywane przez pierwszych kilka dni do bólu przez chyba każdego chłopaka w naszej klasie. Tekst zniknął tak szybko, jak się pojawił i gdy na dobre pogodziłem się z Antkiem, nikt już o nim nie pamiętał. Jak się miało okazać, byłem w błędzie.

Tego dnia, zawitaliśmy z Kamilem w domu Antka, jak to od czasu do czasu mieliśmy w zwyczaju. Było to jedno ze zwykłych popołudni – czyli sesja w Tony’ego Hawka urozmaicona miską pełną wafelków i ciasteczek. W pewnym momencie, drzwi pokoju otworzyły się i stanęła w nich Dorota, matka Antka. Była to kobieta bardzo otyła – którą mówiąc żartobliwie, łatwiej było przeskoczyć niż obejść. Same jej uda były chyba grubsze niż mój ówczesny obwód pasa. Spojrzała na naszą trójkę, dobrze bawiącą się przy komputerze, po czym wezwała mnie na chwilę. Spojrzałem pytająco na Kamila i Antka, ale żaden z nich nie dał znaku, że wie dlaczego. Wstałem więc i niepewnie wyszedłem z pomieszczenia.

- Wiesz, dlaczego chciałam z tobą rozmawiać? – Spytała oschle Dorota, wskazując mi puste krzesło stojące przy stoliku turystycznym, w korytarzu. - Nie… - Odpowiedziałem szczerze. - Próbujesz ze mną pogrywać? - Słucham? - I naprawdę nie wiesz, czemu chcę z tobą porozmawiać? Nic nie zrobiłeś? - Przepraszam, ale naprawdę nie mam pojęcia… - Wieśniak. Mówi ci to coś? - Eee… - Dalej nie miałem pojęcia, dokąd zmierza ta dyskusja. Kobieta uważała, że zrobiłem coś złego, ale mówiąc szczerze, nie miałem nic na sumieniu. - Wymyśliłeś przezwisko na mojego syna i teraz wszyscy nazywają go wieśniakiem! – Syknęła Dorota. Fałdy tłuszczu na jej policzkach zatańczyły z góry do dołu. - Że niby ja wymyśliłem to przezwisko? - Antek wszystko mi powiedział. Wszystko! Wymyśliłeś to, bo jesteś zazdrosny! Tak, zazdrościsz mu! W duchu przeklinałem Antka i jego całą szopkę. Zrozumiałem, że zakopanie toporów wojennych było kłamstwem, przynajmniej z jego strony, a wizyta w jego domu miała na celu skonfrontowanie mnie z jego matką. Poczułem się jak w drugiej klasie podstawówki, a nie gimnazjum. - Myślisz, że tobie byłoby miło, gdyby ktoś nazywał cię wieśniakiem? - Nie ja wymyśliłem to określenie. – Powiedziałem spokojnie. Było to prawdą. - Antek twierdzi, że ty, tylko i wyłącznie ty! Przyszedł do mnie ze łzami w oczach, płakał, mówiąc, jak go obrażałeś! Dobrze się z tym czujesz?! - Nikogo nie obraziłem. - Będziesz jeszcze pyskował? Jak cię matka wychowała?! - Od mojej matki, niech się pani trzyma z dala. – Wycedziłem przez zęby. Stare babsko przesadziło. - Jeszcze raz, powtarzam, jeszcze raz obrazisz moje dziecko, to będziesz rozmawiał z pedagogiem! - To wszystko? - Zobaczysz, doigrasz się. Spróbuj nazwać go wieśniakiem raz jeszcze, a zapamiętasz mnie na całe życie! Będziesz przeklinał dzień, w którym mnie spotkałeś. Miałem odpowiedzieć „z pewnością”, ale powstrzymałem się. Mimo wszystko, nie chciałem mieć do czynienia ze szkolnym pedagogiem, wzywaniem matki do szkoły i obniżeniem sprawowania.

Niedługo potem, Dorota puściła mnie wolno. Poczułem, że spada mi kamień z serca, ale jednocześnie, narasta irytacja. Antek zachował się jak kilkuletnie dziecko, które z każdym problemem biega do mamy. Jeszcze zanim z Kamilem opuściliśmy podwórko przed domem Antka, opowiedziałem mu o całym zajściu. Następnego dnia, wiedziała już o tym cała klasa. Oczywiście, matka Antka nie mogła w tej sprawie zrobić nic – nie obiecywałem przecież, że nie opowiem, co mnie spotkało tego dnia w jej domu i nie mogłem mieć wpływu na reakcję kolegów i koleżanek po usłyszeniu historii.

Od tego momentu, moje relacje z Antkiem zdecydowanie się ochłodziły. Nie byliśmy wrogami, ale poza rutynowymi czynnościami takimi jak witanie się czy krótkie rozmowy w szkole, byliśmy wobec siebie neutralni, obojętni.

Już w liceum, Sperma podczas jednej z małych kłótni, rzucił sformułowaniem „wieśniak, spokój!”, wywołując tak samo wielką falę śmiechów, co pytań. Nowym kolegom i koleżankom streścił więc calutką opowieść – tak dokładnie, jak gdyby sam siedział tego dnia na krześle naprzeciw ogarniętej obłędną wściekłością Doroty.

942Edytuj

Długie przerwy w podstawówce, gdy tylko pozwalała na to pogoda, można było spędzać na trzy sposoby: grając ulepioną z kartek i taśmy klejącej piłką na placu przed budynkiem, huśtając się na bramie prowadzącej na murawę za budynkiem lub samotnie łazić po korytarzach w budynku.

Kamil i Patryk preferowali piłkę, a ja, Młody i Sperma, spragnieni wrażeń, woleliśmy starą dobrą bramę. Była o tyle niezwykła, że można było ją otworzyć w obie strony (przy czym w jedną nie więcej niż o dziewięćdziesiąt, może sto stopni), a dodatkowo, bez względu na użytą do jej pchnięcia siłę, zawsze wracała na swoje miejsce. To zaś umożliwiało nam banalnie prostą zabawę – najpierw, chętna osoba (lub osoby) wchodziły na nią, a potem pozostali zainteresowani z całych sił wypychali obiekt do przodu. Na tak małych dzieciach, przyspieszenie i nagłe hamowanie po osiągnięciu maksymalnego kąta wychylenia robiło kolosalne wrażenie – na tyle ogromne, że nie wszyscy zgromadzeni mieli na tyle odwagi, by spróbować swoich sił w próbie ujarzmienia bramy. Zdarzały się więc osoby, które za szkołę przychodziły tylko po to, by popatrzeć na odważniejszych kolegów, a czasem nawet koleżanki.

- Dawaj, jeszcze raz! – Krzyknąłem, sam ledwo słysząc swoje słowa. Brama pędziła właśnie do tyłu, i poza oddalającym się boiskiem, nie widziałem niczego. Sperma uchwycił grubą stalową rurę, znajdującej się po przeciwnej stronie zawiasów i pchnął ją ponownie. Po raz kolejny dzisiaj, przyspieszyłem – lecz nie cieszyłem się efektem długo. Nieoczekiwanie, dolny róg bramy zaorał w żwirowe podłoże i wytraciłem szybkość. Nagłe szarpnięcie, uderzenie ciałem o metalowe rurki i pręty i wielkie zdziwienie. - Hej, co się stało? – Zapytałem. - Brama trochę opadła – patrz. – Powiedział Młody, wskazując palcem niewielką różnicę wysokości między lewą a prawą stroną obiektu. - Poradzimy sobie z tym. Szarpnęło mnie tylko trochę, więc jak się stanie bliżej zawiasów, to powinno być okej. – Zastanowiłem się. Sperma chwycił ponownie zewnętrzną rurę i szarpnął nią z całych sił. - Chyba się nie ujebie… Jedziemy dalej? - Pewnie! – Krzyknąłem.

Brama wytrzymała, ale żeby w dalszym ciągu bezpiecznie ją ujeżdżać, trzeba było wiedzieć jak. Stawanie na środku, lub co gorsza, po zewnętrznej stronie, kończyło się zaryciem w podłoże i nagłym zatrzymaniem. Wiedzieli o tym stali bywalcy, zwani czasami „jeźdźcami”. Reszta, nie miała o tym zielonego pojęcia.

Zadzwonił dzwonek oznajmiający długą przerwę. Skinąłem do Młodego i Spermy, siedzących akurat w ławce obok i szybko wyszliśmy z klasy, a potem z budynku szkoły. Przed nami widzieliśmy już grupkę dzieci, które również zmierzają we wiadomym kierunku. Za nam też dało się słyszeć tupot nóg i roześmiane głosy. Jeźdźcy. Chwilę później, do naszych uszu zaczął docierać dźwięk pracujących, skrzypiących zawiasów. - Hej, chłopaki! Chłopaki! – Krzyknął ktoś z tyłu. Nie wiedzieliśmy, czy chodzi o nas, więc zwolniliśmy i odwróciliśmy głowy. - Hej, chłopaki, to ja! – Wysapał Tymek, biegnąc do nas ociężale. - Co jest? – Zapytał ktoś. - Mogę z wami iść pojeździć na bramie? - No chodź. Ale wiesz jak się jeździ, nie? – Zwrócił się do niego Młody. - No wiem, wiem.

Gdy dobiegliśmy na miejsce, zostaliśmy przywitani wiwatami i oklaskami. Sperma z całej grupy był najlepszym „miotaczem”, czyli osobą wypychającą, Młody specjalizował się w przeróżnych efektownych trikach wykonywanych podczas ruchu, a ja znany byłem jako ten, który utrzymuje się na bramie najdłużej i nigdy nie spada. - Patryk, wyrzucisz mnie? – Zapytał Tymek Spermę. Młody, usłyszawszy swoje imię, również z początku się odwrócił. - Dobra. – Zgodził się kolega, patrząc na niego z góry. - Dobra, zróbcie miejsce, będziemy tu mieli chrzest bojowy! – Ryknął Młody. Odpowiedziały mu wiwaty. – Tymek, gotów? Wchodzący właśnie na bramę chłopak skinął. Dzieci wokoło salutowały mu, wciąż klaszcząc. - Dzieci, patrzcie, jak się tworzy legendę! – Rzucił. - Trzy, dwa… - Odliczał Sperma, zaciskając dłonie na rurze. – Jeden! Zawiasy zaskrzypiały, a brama ruszyła do przodu. Tymek wydał okrzyk satysfakcji, ale nim zdążył osiągnąć maksymalne wychylenie, po prostu zamarł. Usłyszeliśmy szum żwiru, a zaraz potem huk ciała uderzającego z impetem o siatkę prętów i rur. Tymek spadł z bramy i zarył prawą stroną w żwirowe podłoże. Poza mną, Spermą i Młodym, nikt się tym nie przejmował. Ktoś, kto nie potrafi przejść chrztu, nie zasługiwał na miano jeźdźca – zasady były proste. - Tymek, żyjesz?! – Krzyknąłem. Odpowiedział mi płaczliwy jęk. Tymek podniósł się na własne nogi, choć dygotał na całym ciele. Jeden policzek miał mocno zaczerwieniony – uderzył nim w samą bramę. Chłopak rozejrzał się nieprzytomnie i wyciągnął trzęsące się ręce przed siebie. Prawą dłoń miał rozharataną i pokrytą brudem. - Ja… Krwawię! – Ryknął na całe gardło. – Krwawię! Tymek chwycił swoją lewą dłonią prawy nadgarstek i zaczął potrząsać ręką w naszym kierunku. Kilka kropelek krwi trafiło w koszulki moje i Młodego, stojących najbliżej. - Tymek chodź, nie peniaj. Nic ci nie będzie. – Próbował załagodzić sytuację Młody. - Krwawię! – Ofiara zaczęła biec w stronę szkoły, żegnana śmiechami ze strony jeźdźców.

Od tego dnia, Tymek był rozpoznawalny w szkole. Do końca roku szkolnego (który nie był specjalnie odległy), idąc korytarzem, można było usłyszeć uczniów wykrzykujących agonalnie słowo „Krwawię”. Tymkowi oczywiście nic poważnego się nie stało, jeśli nie liczyć opatrunku, który nosił przez tydzień, może nawet krócej.

944Edytuj

Chyba dla każdego młodego chłopca, zakup pierwszego prawdziwego roweru jest bardzo ważnym doświadczeniem, które pamięta się po latach. Nie inaczej było ze mną – gdy tylko zdałem egzamin na kartę rowerową w drugiej klasie podstawówki, czekałem z wytęsknieniem na moment, w którym dostanę swoje własne dwa kółka i będę mógł jeździć gdziekolwiek tylko będę chciał. Przynajmniej w obrębie naszego „rewiru”.

Tej nocy prawie nie zmrużyłem oka – byłem zbyt podekscytowany, by zasnąć i z wytęsknieniem odmierzałem upływające na zegarze minuty, godziny. Wstałem, gdy tylko na niebie pojawiło się słońce, jak najszybciej ubrałem się (wieczór wcześniej przygotowałem sobie już wszystko) i pobiegłem do kuchni, by przygotować kanapki na śniadanie. Kucharz był ze mnie żaden, więc kromki chleba wyglądały, jakby ucięto je piłą mechaniczną – ale czy to było ważne? Nalałem sobie do szklanki trochę soku pomarańczowego i zacząłem jedzenie. - Cześć, co ty tu robisz? – Zapytała mnie nadchodząca z korytarza mama, na wpół jeszcze śpiąca. - Zrobiłem śniadanie, żebyś nie musiała się przemęczać! – Odpowiedziałem wesoło, kłamiąc jak to na dziecko przystało. Wszyscy wiemy, że miałem w tym swój interes. Ewelina wzięła szklankę, nalała sobie soku i usiadła naprzeciw mnie, podpierając dłonią głowę. - Daj mi się najpierw obudzić, kochanie, dobra?

Nie dałem za wygraną. Nie wiem, czy było to efektem podniecenia całą sytuacją, czy może po prostu obsesyjnym pragnieniem posiadania roweru – ale w dosłownie kilka minut, uwinąłem się ze śniadaniem, wrzuciłem talerz i szklankę do zlewu, a potem pobiegłem do łazienki. Gdy ta okazała się zajęta, potruchtałem szybko po kluczyki do samochodu i przedni panel radia, a potem wyjąłem pierwszą lepszą parę butów z kolekcji mamy. Stanąłem przy drzwiach z nienaturalnym uśmiechem, a może grymasem na twarzy – i czekałem.

Dojechaliśmy do sklepu tuż przed otwarciem. Mama powiedziała mi, żebym zapoznał się z dostępnymi rowerami, stojącymi przy całej długiej ścianie obiektu, co też radośnie uczyniłem, ona sam zaś opadła bezsilnie na pobliską ławeczkę, poprawiając bardzo pospiesznie upięte włosy. Było tam chyba wszystko – rowery męskie, damskie, we wszystkich kolorach tęczy, w różnych rozmiarach, z koszykami, bagażnikami… Wybór tego jednego, odpowiedniego, zajął mi zapewne grupo ponad pół godziny, a kto wie, może i więcej?

Mama, mimo wykończenia, wydawała się zadowolona. Wreszcie miała z głowy zakupy i mogła w spokoju zająć się swoimi sprawami. Ja zaś, poświęcałem uwagę tylko nowemu niebieskiemu rowerowi, ledwo mieszczącemu się w samochodzie. Teraz byłem kimś.

W ciągu niecałego tygodnia, uformowaliśmy nasz własny gang rowerowy. Nasze zajęcia ograniczały się do wspólnych wyścigów, „objazdówek” (czyli po prostu jeździe w określonej formacji lub gęsiego) i przesiadywania na łąkach, gdzie w owym czasie, mieliśmy bazę. - Ale moglibyśmy zrobić, żeby każdy członek gangu musiał coś zrobić. – Powiedział nieskładnie Sperma (wtedy znany jako Patryk). - Co? – Zapytał Młody, zakładając łańcuch w swoim rowerze. - No nie wiem, ochrzcijmy nasze maszyny. Wszyscy wymieniliśmy w ciszy powątpiewające wspomnienia. - No jak te, statki. Rozbijemy na nich butelki. - No możemy. Ale nic się im nie stanie od tego? – Zapytał Kamil. - To przecież szkło. Co ma się stać, jak trafisz w metal? – Zasugerował Sperma. Jego rozumowanie było oczywiście błędne.

Zostawiliśmy Patryka w obozie, by pilnował rowerów, a we czterech poszliśmy w stronę śmietniska, by znaleźć jakieś butelki. Wpół drogi, rozdzieliliśmy się na dwie pary – Kamil ze Spermą, a ja z Młodym. Doszliśmy do małej stromizny, w której znaleźliśmy kilka „setek” – czyli stumililitrowych buteleczek po wódce. - Chyba mamy, czego chcieliśmy. – Powiedziałem do Młodego, podnosząc pięć butelek. – Wracamy? - Czekaj, nie bierz ich. Spojrzałem na niego pytająco. - Klucha, mój brat, robił kiedyś coś podobnego. Potem przez tydzień płakał, bo wygiął rurę od ciosu. - To co on zrobił? - No przywalił czymś takim właśnie w rower. Ale mam pomysł. Patrz na to. – Chłopak wyjął z kieszeni zaśniedziałą jednogroszówkę i wcisnął jej w szyjkę jednej z butelek. Rozkręcił nią i uderzył w podeszwę buta. Czynność powtórzył kilkukrotnie, a potem zrobił to samo z drugą butelką. - Trzymaj. Tylko uważaj z nią. Udawaj, że rozbije się normalnie. Nie do końca rozumiałem, o czym kolega mówi, ale uwierzyłem mu. - Hej, mamy butelki! – Ryknął na całe gardło.

Ceremonia miała się odbyć w naszym obozie. Podstawiliśmy płytę dykty, by można było oprzeć na czymś stopkę chrzczonego roweru, a Kamil uroczyście nałożył na ramę pierwszej maszyny starą szmatę. - Jesteś gotowy? – Spytał Młody Patryka i podał mu jedną z butelek. – Od tej pory, będziesz członkiem naszego gangu, na dobre i na złe. Patryk uderzył buteleczką w ramę, tuż pod siodełkiem. Metal wydał głuchy odgłos, ale szkło nie pękło. Chłopak spróbował jeszcze raz – również bez skutku. Dopiero za trzecim razem osiągnął sukces. Kamil podbiegł i usunął szmatkę. Rurka ramy była wyraźnie wgięta, ku niezadowoleniu właściciela. Swój rower wyprowadził teraz Młody, a Kamil wyrecytował mu formułkę. Chłopak zamachnął się – przy uderzeniu, butelka pękła w drobny mak, nie uszkadzając ramy. Chwilę później, do dzieła przystąpił Kamil – również pozostawiając po sobie niezbyt estetycznie wyglądające wgniecenie i przy okazji nieco uszkadzając lakier. Przyszła pora na mnie. Z całej naszej paczki, moja maszyna była najmłodsza, więc z oczywistych względów, bałem się ją uszkodzić. Gdybym w pierwszym tygodniu wrócił do domu z wgniecioną ramą, napytałbym sobie tylko biedy u mamy. - Jesteś gotów? – Zwrócił się do mnie Sperma. Przytaknąłem. - Od tej pory, będziesz członkiem naszego gangu, na dobre i na złe. Zamachnąłem się spreparowaną butelką i uderzyłem w ramę. Szkło wytrysnęło z hukiem na wszystkie strony, ale po zdjęciu szmatki, zobaczyłem, że metal pozostał nietknięty. Poczułem, jak żołądek z gardła, wraca na swoje miejsce. Zaraz potem, wyrecytowałem formułkę Spermie, który podobnie jak Kamil i Patryk, zupełnie nieprzewidywalnie, zostawił po sobie spory półkolisty ślad w rurce ramy. Z Młodym nigdy nie wyznaliśmy im prawdy.

952Edytuj

Powoli zaczynaliśmy żyć wizją nadchodzących wakacji. Wciąż było do nich daleko – bo mniej więcej całe dwa miesiące, ale nie dało się nie zauważyć coraz dłuższych oraz cieplejszych dni, rujnowanych doszczętnie przez pobyt w szkole. Każdy uczeń zna to uczucie.

- Kurwa, chłopacy… Brat wrócił na chatę z osiemnastki ostatnio. W piątek, czy już sobotę, nie? Zwróciliśmy oczy ku Patrykowi, siedzącemu z Kamilem na parapecie, na końcu klasy. Chłopcy dyskutowali na początku tylko we dwóch, ale szybko dołączyliśmy do nich ja, Młody i Sperma, teraz opierający się plecami o ostatnią, najbliższą ławkę. - No i najebany jak kurwa dziki nietoperz, wczołgał się jakoś na łóżko… - Ej, a Bartek to śpi na górze, nie? – Zapytał Młody. Rzeczywiście, na piętrowym łóżku w pokoju Patryka i Bartka, ten drugi spał na górze. - No, chyba pół godziny się tam wdrapywał. W końcu stary przyszedł i mu pomógł. - Kurwa, no to grubo. – Zaśmiał się pod nosem Sperma. - Teraz najlepsze. I wiecie, ja oczywiście się obudziłem, jak ten idiota przyszedł i leżę tak, słuchając jak chrapie. No nie dało się usnąć. I nagle, słyszę, jak ten zaczyna rzygać. Wszyscy się zaśmialiśmy. - I co, zaczęło ci kapać na twarz przez materac? – Rzucił Sperma. - Nie, na szczęście nie, ale patrzę, a tu coś po ścianie spływa, a potem na moją pościel. Kilka dziewcząt urzędujących po drugiej stronie klasy, wyjąkały coś w stylu „fuj” albo „ohyda”. Patryk je zignorował i kontynuował swoją opowieść. W tym czasie, Kamil wychylił się przez okno, żeby pomachać do idącego podobno w dole Emila. - No to wstaję, wchodzę na górę, szarpię go i krzyczę, żeby to kurwa wytarł. Poszedł do łazienki, nie było go znowu pół godziny. Wreszcie wraca ze ścierką i zaczyna zmieniać sobie poszewki. Jak skończył, to położył się i chuj, koniec. Budzę go, mówię, „A co z moją pościelą?” – pytam. A on mi na to „ale to przecież ty narzygałeś”. Sperma zakrztusił się kanapką, którą właśnie jadł. - Ale to przecież ty narzygałeś. – Powtórzyłem, śmiejąc się. – I co, spałeś w tym potem? - Obróciłem się na drugi bok, bo co miałem zrobić? Na podłodze spać?

Rozmowa skończyła się wraz z wybiciem dzwonka, oznajmiającego kolejną lekcję. Usiedliśmy w swoich ławkach, czekając na wychowawczynię – ale ta nie weszła do klasy sama. Obok niej stało dwóch mężczyzn, dawno już mających za sobą młodość, ubranych w ciemne garnitury. - Patrz, faceci w czerni. – Zażartował Sperma, z którym akurat siedziałem w ławce. Jeden z mężczyzn wycierał chusteczką głowę, rozglądając się rozwścieczonym wzrokiem po klasie. - To ci. – Wskazał palcem ostatnią ławkę przy oknie, w której siedzieli Kamil z Patrykiem, rozmawiając i śmiejąc się cicho. - Patryk, Kamil! Wstańcie! – Podniosła głos wychowawczyni. – Co zrobiliście temu panu? Byliśmy tak samo zaskoczeni jak posądzeni właśnie koledzy. - Ale… O co chodzi? – Wykrztusił wreszcie Kamil. - Nagle odjęło wam mowę? Panowie przyszli tu, żeby przeprowadzić inspekcję, a wy tak ich witacie? Moja własna klasa! - Ale prze pani, o co w ogóle chodzi? – Zapytał się Sperma. My też byliśmy ciekawi. - A o to, że tych dwóch uczniów przed chwilą napluło mi na głowę! – Krzyknął bliski łez mężczyzna z chusteczką. Kilka osób w pomieszczeniu roześmiało się. Oskarżona dwójka kolegów próbowała przekrzyczeń chichoty, by wyznać swoją niewinność. - Oni byli cały czas z nami! Niczego nie zrobili! – Ryknął Sperma. - To prawda, możemy za nich poręczyć! – Dodałem od siebie. W nasze ślady poszedł jeszcze Sperma, wraz z kilkoma innymi chłopakami. - Doskonale widzieliśmy tych bandytów. Jeden z nich miał czarne, krótkie włosy, a drugi zieloną bluzę. – Wytłumaczył drugi mężczyzna, jakby czytając encyklopedyczną formułkę. Spojrzałem do tyłu – rzeczywiście, Kamil miał zieloną bluzę. - A może to po prostu ktoś z klasy obok? – Powiedziałem głośno. Przez twarz wychowawczyni przebiegł cień wątpliwości. - Na pewno nie. Byliśmy tam przed chwilą i lekcje mają tam drugoklasiści. Dziewięciolatki nie byłyby zdolne do takiego czynu. - A skąd ta pewność? Czyli jeśli nie oni, to z góry nasi koledzy?! – Oburzył się Młody. - Patryk, uspokój się. – Zażądała wychowawczyni. Nie podziałało. Klasę ogarnęła fala sprzeciwów. - Niczego nie zrobiliśmy! – Dało się słyszeć głos Kamila. Ktoś jednak musiał zostać kozłem ofiarnym.

Mężczyźni upierali się, że widzieli konkretnie tych dwóch chłopców, wychylających się z okna i plujących. Było to oczywiście nieprawdą, ale mimo głośnych protestów uczniów i licznych świadków, kogoś trzeba było ukarać. Słowo przeciw słowu? Nigdy w życiu, nie w naszym gimnazjum. Kamil i Patryk w ramach kary, musieli zaakceptować obniżone sprawowanie na koniec roku, a także długie na pół strony uwagi w zeszytach. Prawdziwych winnych nie znaleziono – któż by bowiem posądzał niewinnych uczniów drugiej klasy podstawówki, gdy w Sali obok siedzą świeżo upieczeni gimnazjaliści? Wtedy też zrozumieliśmy całą paczką, że posiadanie czystego sumienia wcale nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia. Patryk musiał spać w wymiocinach brata, a kilka dni później, wraz z przyjacielem zostali pomówieni o rzekome naplucie na głowę członka komisji wizytacyjnej – mimo, iż w obu przypadkach, nikt z nich niczego nie zawinił. W przyszłości dowiedzieliśmy się, że nosi to miano winy niezawinionej. Lekcja zapamiętana.

953Edytuj

Był taki okres, jeszcze w czasach podstawówki, gdy zadawaliśmy się z Tymkiem jakby nigdy nic. Jego odmienne od normy zachowania i dziwactwa nie zwracały wtedy naszej uwagi, bo w końcu sami nie mieliśmy jeszcze wyrobionego pojęcia o jakiejkolwiek normie. Z upływem czasu jednak, zaczęły docierać do nas sygnały. I tak, Tymek zaczął stawać się dziwakiem, którego dzieci unikały. Nie można powiedzieć, by on sam robił coś sobie z tego powodu, choć wielokrotnie starał się wkupić w nasze towarzystwo.

Rzecz działa się, gdy byliśmy w czwartej klasie podstawówki. Zahartowani po zielonej szkole, staliśmy się dużo bardziej dojrzali – przynajmniej według nas samych. Byliśmy już w tej „poważniejszej” połowie szkoły, choć daleko nam było do starszych „mężczyzn” z szóstych i wtedy również ósmych klas. Różnica wieku była naprawdę widoczna, z czego zdawali się mieć ubaw starsi uczniowie. Od czasu do czasu zdarzało się, że ktoś znienacka rozczochrał mi włosy, gdy szedłem korytarzem – choć nie było to nic irytującego. Ot, takie sympatyczne żarciki. Nie znaczy to jednak, że nie mieliśmy do czynienia z czymś mniej miłym…

Wracaliśmy z W-Fu, wchodząc ociężale na kolejne piętro. Pot lał się z nami strumieniami, po wyczerpującym meczu piłki nożnej. W grupce szedłem ja, Kamil, Tymek, Młody, a kilka kroków w tyle dreptał Czterooki (który nigdy nie uczestniczył w lekcjach wychowania fizycznego). - Ale ta ostatnia bramka była ekstra! – Pogratulował Młody Kamilowi, który w ostatniej minucie, strzelił gola przeciwnej drużynie. Chłopak poprawił ręką daszek czapki, wygięty w łuk po całonocnym pobycie w szklance (wedle ówczesnej mody). - Cały mecz był fajowy. Dawno tak nie grałem. Wszyscy się z tym zgodzili. - Hej, pchełki! – Usłyszeliśmy zza pleców. Chwilę potem, dwie dziewczyny z szóstych klas wyprzedziły nas, zanosząc się śmiechem. - Suki! – Krzyknął szybko Młody. – Suki! Jedna z dziewczyn odwróciła się i pokazała mu środkowy palec. - Jak ja ją dorwę… - Cholerne suki, gdybym tylko miał Smokozorda… - Rzucił Tymek. - Co to za jedne? – Spytałem. - Jakieś pindy z szóstych klas. – Odpowiedział mi Młody. Miał lepsze rozeznanie w uczniowskich grupach, więc uwierzyłem mu na słowo. - Zemścimy się. – Powiedział Kamil głośno. – Zemścimy się na tych sukach.

Słowo się rzekło. Od tej pory, za każdym razem, gdy widzieliśmy dwójkę przyjaciółek, głośno nazywaliśmy je sukami. Czasami specjalnie chodziliśmy za nimi, a jeśli było to konieczne, to nawet biegaliśmy. Z początku nasze ofiary odgryzały się, ale po kilkunastu, lub może kilkudziesięciu razach, sytuacja zaczęła je przerastać. Groźne wyrazy twarzy zastąpił lęk, smutek i wstyd – i mniej więcej w tym momencie, postanowiłem skończyć zabawę. Kamil i Młody zdecydowali się jednak kontynuować psychiczne terroryzowanie, czasami z pomocą Tymka. Do przezwisk dołączyły szturchnięcia, popchnięcia oraz szarpanie plecaków lub toreb. Nie było niczym zaskakującym, gdy dwie poszkodowane dziewczyny zjawiły się pewnego dnia w naszej klasie, zalane łzami, twierdząc, że są regularnie napastowane przez kilku chłopców z naszej klasy. Wychowawczyni rozkazała im wskazać winowajców, wśród których znalazłem się ja, Kamil i Tymek. Nie wiem, czy było mi bardziej wstyd, czy może przepełniała mnie złość z powodu nie do końca słusznych oskarżeń (bo w końcu wycofałem się ze wszystkiego jakiś czas temu) – ale bez dyskusji, stanęliśmy w rządku przy tablicy. - Ktoś jeszcze was denerwował, dziewczynki? – Zapytała wychowawczyni, jednocześnie mierząc nas lodowatym wzrokiem. Na nas, dzieciach, robiło to ogromne wrażenie. - Był jeszcze jeden… Ale nie wiemy… Który dokładnie… - Wyjąkała przez łzy jedna z dziewczyn. - Kto z wami był? – Zapytała wściekle pani. Wymieniliśmy z Kamilem spojrzenia, oznajmiające tyle, co „nie jesteśmy konfiturami”. - Pytam się, kto jeszcze z wami był?! – Ryknęła kobieta. - Patryk, no wstań wreszcie! – Teraz wykrzyknął Tymek, wskazując Palcem Młodego, ukrytego w ostatniej ławce. - Patryk… Mogłam się domyślić! Do tablicy, marsz! Młody wyszedł z ławki, z pochyloną głową, jakby idąc na stracenie. W jego oczach widziałem błyskające iskierki gniewu. Chłopak był wściekły.

Jeszcze na tej samej lekcji, całą czwórką trafiliśmy do szkolnej pani pedagog, z którą mieliśmy odbyć rozmowę. - Dlaczego to robiliście? - Bo… - Zaczął Tymek. Ani ja, ani Kamil, ani tym bardziej Młody, nie mieliśmy zamiaru donosić na siebie nawzajem, co wyraziliśmy kompletną ciszą. – Bo… Tam byli starsi chłopcy… Tam pod moim blokiem… I oni kazali nam przeklinać. Wymieniłem pytające spojrzenia z Młodym. Jacy u licha chłopcy? – Pomyślałem. - I co w związku z tym? Wyżywaliście się na tych biednych dziewczynach? Tymek zmyślił historię o rzekomych chłopcach z papierosami, którzy łapali nas i kazali nam przeklinać w klatkach schodowych. Wątpię, by pedagog uwierzyła w choćby jedno jego słowo, ale mimo wszystko, puściła nas wolno. Jedyne, co mieliśmy zrobić w ramach zadośćuczynienia, to przeprosić poszkodowane. Jakimś cudem, udało nam się uniknąć powiadomienia rodziców, co można uznać za sukces. Po zakończenia roku szkolnego, już nigdy nie ujrzeliśmy suk.

955Edytuj

Ostatnio padłem ofiarą braku czasu, weny i materiału, który mógłbym opisać. Wybaczcie chwilowy zastój tematu. Dzisiaj opowiem wam o młodzieńczych rozterkach sercowych…

Młody, jeszcze gdy byliśmy w pierwszej klasie szkoły podstawowej, zakochał się w koleżance z klasy – Karolinie. Daleko mu było jeszcze do okresu burzy hormonów, ale wszyscy wierzyli wtedy, że jego uczucie jest szczere. Obiekt jego westchnień pochodził z dobrego domu. Domu, w którym nigdy niczego nie brakowało, a mała Karolina nigdy nie musiała prosić o nic więcej niż raz. Takie życie utwierdziło ją w przekonaniu, że jest ładniejsza i mądrzejsza od innych – co oczywiście ogromnie mijało się z prawdą. W rzeczywistości, dziewczynka była zepsuta, można by rzec, przegniła. Jak to jednak bywa w podobnych przypadkach, pieniądze potrafiły zdziałać cuda – i tak, niezbyt przyjacielska i skrajnie zapatrzona w siebie Karolina, stała się liderką klasowych dziewcząt. Poniekąd, była przeciwieństwem Młodego, który pełnił rolę dowódcy w naszej paczce. Przeciwieństwa jednak, nie zawsze się przyciągają.

Jednostronny romans trwał nieprzerwanie przez sześć długich lat. Młody pisał wiersze i poematy dla swojej wybranki, zrywał jej kwiaty, pomagał w noszeniu plecaka… Wszystko na marne. Karolina, poza chęcią wykorzystania zauroczonego nią kolegi, za nic nie chciała się do niego zbliżyć.

Wracaliśmy właśnie ze szkoły, powoli krocząc w późnowiosennym słońcu. Niedługo miało zrobić się ciepło. - Hej, Młody, co jest? – Zapytał Patryk. Młody, co było jak na niego bardzo dziwne, szedł ze spuszczoną nieco głową, zamyślony i oderwany od otaczającego go świata. - A, nic takiego. W porządku. - Młody pewnie układa wiersz dla panny Karoliny. – Zarechotał Sperma, jedząc kanapkę. - Ej, ale odpierdol się, co? – Zdenerwował się Młody. - Dobra, dobra, nie dramatyzuj tak. Na żartach się nie znasz? Przeszliśmy koło kościoła, za którym znajdował się przystanek autobusowy. - Jedzie coś? – Spytałem od niechcenia. Kamil, idący najbliżej rozkładu jazdy, pokiwał przecząco głową. - Nie, musimy iść z buta. – Cały jeden przystanek spaceru. - Hej, Patryk! – Usłyszeliśmy z tyłu. Patryk, Sperma i Młody odwrócili się razem. - Nie czekałeś na mnie? – Spytała Karolina z wyrazem zawodu i irytacji na twarzy. - A czemu miałem czekać? – Odparował Młody. Nie był w nastroju do żartów, widać to było jak na dłoni. - Bo obiecałeś mi kiedyś, że mi będziesz pomagał… - A zejdź mi z oczu. – Chłopak odwrócił się i skinął nam, byśmy ruszyli w dalszą drogę. - Tak?! Jeszcze zobaczysz! Chciałbyś ze mną chodzić, co?! – Piszczała dziewczyna jak wariatka. - Nie. – Odparł. Karolina nagle umilkła. Odpowiedź ją zaskoczyła. - Nie. – Powtórzył Młody. – Sześć lat próbowałem, sześć lat robiłaś ze mną co chciałaś, ale teraz, mam to w dupie. - Zobaczysz, jeszcze będziesz chciał ze mną być! Jeszcze dzisiaj będziesz żał… - Przerwał jej były wielbiciel. - Zamknij się wreszcie, bo nie mogę cię słuchać! Wypierdalaj z mojego życia! - Powiem pani jak się zachowujesz! - Wykurwiaj, ty jebana, fałszywa cipo! – Idące po przeciwnej stronie ulicy młode małżeństwo obróciło się w naszą stronę z nieskrywaną odrazą. – Pierdolona manipulatorko! Dobrze, że kończę tą podstawówkę, będę miał od ciebie spokój.

Jak okazało się trzy miesiące później, Młody się mylił. Karolina, tak jak i większość naszych kolegów i koleżanek, trafiła do tego samego gimnazjum, do tej samej klasy. Wzajemna wrogość tych dwojga minęła bardzo szybko – potem stali się wobec siebie obojętni.

957Edytuj

Wyszedłem ze sklepu, dzierżąc w dłoniach kilka pękatych reklamówek. Jak przystało na jedynego mężczyznę, czy wtedy jeszcze chłopca (choć wydawało mi się inaczej) w domu, zajmowałem się noszeniem zakupów – i uważałem, że to właściwe postępowanie. Ewelina podeszła do samochodu i otworzyła bagażnik. Zaraz potem zacząłem ładować do niego to, co trzymałem. - Dzień dobry! – Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy Czterookiego ze swoja matką, Zytą. Kobieta uśmiechała się do nas nienaturalnie, od ucha do ucha, jej syn zaś stał ukryty z tyłu, trzymając wychudzone ręce za plecami – jakby przestraszony. Oni również zrobili spore zakupy – z tym, że to Zyta je taszczyła. W duchu wyśmiałem Czterookiego. - Dzień dobry. – Odpowiedziała mama. – Może potrzebujecie pomocy z zakupami? Zyta przytaknęła, chyba zaskoczona taką propozycją – zresztą, nie bardziej niż ja.

- Patryk jest bardzo chorowity, więc nie pozwalam mu chodzić z krótkim rękawkiem po wakacjach. Na polu jest już zimno. – Tłumaczyła Zyta, wyjmując jedną ze swoich toreb z bagażnika. Kobieta spojrzała na mnie i na Ewelinę, jak gdybyśmy byli całkowicie nieodpowiedzialni, paradując w krótkich spodenkach i sukience, podczas gdy temperatura na dworze sięgała zaledwie trzydziestu stopni Celsjusza. Wyjąłem jedną z reklamówek i spostrzegłem, że nie należy do nas. - Hej, Patryk. Chyba przez przypadek wziąłem jedną waszą. – Podałem chłopakowi ładunek, ale ten stał przede mną bez ruchu, jakby zamrożony, wpatrując się we mnie krecimi oczyma, ukrytymi za dwoma denkami od słoików. - Ja to wezmę. – Powiedziała Zyta. – Patryk nie może nosić ciężarów.

W ramach podziękowania za pomoc z podwiezieniem, zostałem zaproszony do domu Czterookiego. Byłem prawdopodobnie jednym z nielicznych, którzy kiedykolwiek tego doświadczyli. -Dzień dobry! – Powitała mnie Zyta. – Proszę, wejdź. Mieszkanie miało taki sam rozkład jak u Młodego – nie zdziwiło mnie to, bo Czterooki żył w sąsiadującym z nim bloku, bliźniaczym. Zdjąłem buty, po czym Zyta zaprowadziła mnie do salonu, czy może raczej dużego pokoju, w którym czekał na mnie jej syn. - Cześć, Patryk. – Kiwnąłem mu ręką. - Cześć. – Chłopak zaciął się na chwilę. – Chcesz pograć na kompie? - Pewnie. Co masz? – Starałem zachowywać się naturalnie, chociaż było to trudne. Czułem się jak zaszczuty w klatce zwierz – chociaż nie do końca nie wiedziałem dlaczego. - Deluks Skaj Dżamp… - Odpowiedział. Zakuwanie i nauka na pamięć nie działała w przypadku języków obcych, które po prostu trzeba zrozumieć samodzielnie. Uśmiechnąłem się w duchu wiedząc, że poza geometrią, w szkole jest też coś, w czym Patryk nie może mi dorównać. Może to zwykła dziecięca czy młodzieńcza zawiść, ale poprawiło mi to humor. - Masz jeszcze tą grę od wujka, tą z zajączkiem. – Dodała Zyta, wciąż stojąca za nami, jak cień. - Rajman dwa. Grałeś? - Nie, nie znam tego. Fajne? - No. Chodź, pokażę ci. Gra rzeczywiście była przyzwoita. Wciągnęła nas na dobrą godzinę i pozwoliła zapomnieć o niezręcznej atmosferze wokół. - Chłopcy, chcecie czegoś do picia? – Zapytała nagle matka Czterookiego. - Soczku. – Odpowiedział syn. Kobieta skierowała na mnie swój wzrok. - Sok byłby świetny, dziękuję. – Wyjęczałem niepewnie. - Dobrze, chodźcie ze mną. Poszliśmy do kuchni, gdzie z szafki Zyta wyciągnęła dwa kartoniki ze słomkami. - Twoja mama nie będzie miała nic przeciwko, jeśli będziesz pił zimne? – Skierowała do mnie kolejne pytanie. - Nie, na pewno nie… Zyta podała mi kartonik, a potem z szafki wyjęła kubek, do którego wlała zawartość drugiego opakowania. Czterooki usiadł przy stole w pozycji znudzonego biznesmena i czekał. Jego matka włożyła kubek do mikrofalówki i uruchomiła ją. - No, zaraz będzie. Jeszcze chwilkę. Nie dowierzając, pociągnąłem pierwszy łyk napoju. Poczułem, że po moim czole spływa pojedyncza kropla potu – ale nie wiedziałem, czy to z powodu gorąca, czy może zażenowania.

1040Edytuj

Kilkukrotnie próbowaliśmy pokonać jezioro znajdujące się w centralnej części łąk. Jak to wśród dzieci, krążyły plotki jakoby komuś kiedyś udało się zbudować prowizoryczną łódź, a Kacper, czyli okoliczny bajkopisarz numer jeden, oznajmił, że wynajął kajak żeby złowić tam kilka piranii. W to drugie oczywiście nikt nie wierzył, ale opowieści o starszych chłopcach działały na naszą wyobraźnię. I tak, nie jeden raz próbowaliśmy swoich sił w stworzeniu czegoś, co jako tako utrzymałoby się na wodzie – jednak bez większych sukcesów. Paradoksalnie, naszym dotychczasowym największym osiągnięciem było wodowanie uszczelnionej i odpowiednio zmodyfikowanej komory lodówki, która przy okazji zatonęła na środku jeziora, prawie zabierając ze sobą na dno Młodego. Miało to miejsce późną jesienią, gdy byliśmy w piątej klasie szkoły podstawowej. Czyli mniej więcej pół roku przed naszą kolejną próbą.

- O pa! Jakie beczki jebitne! – Wykrzyknął podniecony Sperma, jak to miał w zwyczaju, używając jakiegokolwiek wulgaryzmu. Staliśmy właśnie na małej skarpie, za którą rozciągało się śmietnisko i łąki. Chłopak wskazywał palcem kilka plastikowych beczek, sporej wielkości. - Chodźcie, obczaimy co to! – Odpowiedział mu Młody, już biegnąc w stronę znaleziska. Ruszyliśmy za nim. Beczki stanowiły dla nas nieoceniony skarb. Większy nawet niż lodówka czy kanapa samochodowa, które kilkukrotnie widzieliśmy już wcześniej. - Ej mam pomysła, chodźcie się zamkniemy w nich i będziemy turlać z górek! – Zaproponował Patryk. - Nie, to głupie. – Odparowałem. – A nie lepiej zrobić tratwę? Młody zamarł w bezruchu i utkwił we mnie swoje spojrzenie. - Tratwa… To jest to.

Jak to zwykle bywało przy podobnych operacjach, rozdzieliliśmy się i udaliśmy do domów, żeby zdobyć materiały budowlane. Trudno powiedzieć, ile przeróżnych śmieci wyniosłem na przestrzeni tych wszystkich lat, ale pewnie sporo. Jakby nie patrzeć, był to z mojej strony dobry uczynek – sprzątałem… Tak jakby. Tym razem w garażu znalazłem kilka starych listewek, kilku(nasto)letnie dawno zapomniane sznurówki i całkiem spory kawał dykty. Czym prędzej wyniosłem fanty, byle tylko nie zobaczyła mnie mama. Pozostali chłopcy również nie zawiedli – gdy przybyłem na miejsce, Młody próbował rozplątać dosyć grubą i co ważniejsze, długą linę, a tuż obok niego, znajdowała się płachta plastikowej folii, woreczek zardzewiałych gwoździ i dobrze wszystkim znany pistolet z puszką silikonu. Sperma, jak zawsze spóźnialski, przyniósł na plecach paletę przemysłową, którą „pożyczył” z pobliskiego ogródka działkowego, a Patryk zabrał ze sobą stare krzesło i nogi od stołu. Bez słowa, rozpoczęliśmy więc budowę.

Tratwa wyglądała jak… Tratwa. Nie ma chyba sensu rozdrabniać się na jej opisem, bo logicznym jest, że paleta stanowiła centralną jej część, a po bokach przymocowaliśmy cztery beczki (wcześniej sprawdziliśmy w rzece, czy czasem nie przeciekają). Patryk uparł się, żeby na środku przymocować siedzisko z krzesła, by aktualnie wiosłującej osobie było wygodniej – w końcu ulegliśmy i przywiązaliśmy kolejny element do naszego pojazdu. - No, patrzcie, coolowa ta tratwa! – Zachwycał się Sperma. - Musimy ją wodować! – Wtórowałem. - Dobra, tylko jak ją przeniesiemy nad jezioro? – Zadał w końcu pytanie Młody. No właśnie, jak?

We czterech przez godzinę, może nawet więcej, przenosiliśmy tratwę na miejsce, krocząc pomiędzy trawami i co chwila robiąc konieczne krótsze lub dłuższe przerwy. Każdy krok jednak przybliżał nas do upragnionego celu, którym był brzeg zbiornika wodnego. I choć już dawno dłonie nam zdrętwiały, a na palcach pojawiły się liczne zadrapania, parliśmy dalej, marząc o nadchodzącym rejsie. - Już prawie… - Wysapał Młody, ledwo żywy. - Jeszcze trochę… - Dodałem chwilę później. Dotarliśmy. Postawiliśmy tratwę na ziemi i usiedliśmy na beczkach, oddychając ciężko. Podróż była bardzo ciężka, ale w tym momencie, była jedynie wspomnieniem, przeszłością. Po kilku minutach, gdy wróciły nam siły, zabraliśmy się za przygotowania. Pamiętając nasz ostatni, jesienny wypadek, postanowiliśmy, że póki nie będziemy pewni co do stabilności i niezawodności naszego tworu, nie będziemy wypływać na środek jeziora – w razie problemów, powinniśmy więc bezproblemowo dopłynąć do brzegu o własnych siłach. Zdjęliśmy buty, podwinęliśmy spodnie i weszliśmy do wody, trzymając na wysokości piersi nasz „statek”. Wkrótce niepotrzebna mu już była nasza pomoc – i sam unosił się na wodzie. - Pływa! – Krzyknął Sperma uradowany. - Ja cię! – Wtórował mu stojący obok Patryk. - No to co, rejs próbny? – Zapytał Młody, wdrapując się na paletę i siadając na przygotowanym siedzisku.

Ja i Młody byliśmy od Spermy i Patryka dużo niżsi, a co za tym idzie, lżejsi – z tego więc powodu, to my jako pierwsi testowaliśmy tratwę. Każdy z nas wziął po jednym, naprędce skleconym wiośle (czyli nogi od stołka z doczepionym kawałem plastiku) i ruszyliśmy, tak po prostu. - To działa, płyniemy! – Przybiłem piątkę z Młodym, ciesząc się jak opętany. Niewiarygodne, jak kilka godzin pracy przybrało teraz namacalną formę. - Cholera, nie wierzę! Stanąłem, udając, że wypatruję na horyzoncie jakiegoś dalekiego, nieznanego lądu. Gdy już miałem zacząć się głośno śmiać, natrafiliśmy na niewielką falę, a ja wpadłem do wody – z zamarzniętym uśmiechem na twarzy. Ku mojemu zdziwieniu, woda była bardzo płytka – sięgała mi nie dalej niż za pierś. - Nic ci nie jest?! – Krzyknął przerażony Młody. - Żyję. – Wybuchnąłem śmiechem, wdrapując się na pokład. – Woda jest całkiem ciepła.

Rejs zakończyliśmy po kilku minutach – potem przyszła kolej Spermy i Patryka, choć ta dwójka akurat żeglowała powoli i spokojnie, jak gdyby bała się kąpieli. Niedługo potem, schowaliśmy tratwę w otaczających jedną stronę jeziora trzcinach i przykryliśmy ją folią, którą zdobył Młody, przyrzekając sobie, że wrócimy na miejsce następnego dnia, całą czwórką. Tak się nie stało. Traf chciał, że przez kolejnych kilka dni, nie mogliśmy się zgrać – a to Patryk miał w domu gości, a to Sperma musiał iść do sklepu, a to ja musiałem zrobić porządek w pokoju… Powody można mnożyć.

Po upływie mniej więcej tygodnia, w końcu udało nam się spotkać. Bezzwłocznie udaliśmy się nad jezioro, ale tratwa w magiczny sposób zniknęła. Wśród trzcin pozostała jedynie plastikowa folia. - Skurwysyny! – Ryknął przeraźliwie Sperma. Nigdy później nie zobaczyliśmy już naszej tratwy, ani też nie zbudowaliśmy nowej, w obawie przed kolejną kradzieżą. Zdruzgotani, po prostu wróciliśmy do domów, wspominając dwa krótkie rejsy, dzięki którym zrównaliśmy się z bohaterami okolicznych dziecięcych legend.

1043Edytuj

Jak już kiedyś wspomniałem, moje relacje rodzinne nie były złożone i ograniczały się właściwie tylko do mamy. Kilka razy do roku Ewelina kontaktowała się z innymi krewnymi, by złożyć życzenia z okazji świąt lub urodzin – ale to raczej wszystko. Kiedy poszedłem do gimnazjum, mama zakopała topór wojenny (o ile w ogóle można mówić o jakiejkolwiek wojnie) ze swoją siostrą, Izabelą. Kobiety pokłóciły się dawno temu, gdy ta druga starała się przekonać mnie żebym zamieszkał u niej. Po prawie dekadzie kompletnej ciszy, ciocia Iza zjawiła się na naszym podjeździe z butelką wina, bombonierką i swoją córką, Asią. Z początku nie poznałem ich, bo kiedy ostatni raz rozmawiałem z nimi twarzą w twarz, miałem sześć-siedem lat. - Iza, co wy tu robicie? – Zapytała moja matka, wychodząc z domu. - Czołem, siostrzyczko. Przyjechałyśmy, bo stęskniłyśmy się za wami. – Było to oczywiście jedno wielkie kłamstwo. Już wtedy domyśliłem się, że wizyta nie ma niczego wspólnego z tęsknotą. Zapewne chodziło o zwyczajne przeszpiegi – czyli jak się uczę, gdzie się uczę, jak poszedł mi egzamin po podstawówce, czy mama nie znalazła sobie nowego narzeczonego, ile zarabia w pracy i tak dalej, i tak dalej…

- Asia po maturze wybiera się na medycynę. Czyż to nie cudowne? – Entuzjazmowała się ciotka. Rozmowa w większości dotyczyła naszego prywatnego życia, jak zdążyłem przewidzieć, ale także gloryfikowała wyczyny mojej kuzynki, która poza przywitaniem się, nie wypowiedziała ani jednego słowa. - A ty, jakie masz plany na przyszłość? – Zapytała mnie ni stąd, ni zowąd kobieta. - No… W sumie… - Na takie pytania jest chyba zbyt wcześnie… Dajmy młodym żyć własnym życiem, co Iza? – Wtrąciła się Ewelina, za co w duchu jej dziękowałem. - No nie wiem. Dzieciom trzeba ułożyć plan, im szybciej tym lepiej. Co inaczej będą marnować czas i talenty. – Uraziło mnie to. Czułem jad wylewający się z każdym słowem. - Och, naprawdę wiedziałaś ciociu, że Asia wykazywała talent do medycyny, gdy jeszcze nie potrafiła chodzić? – Rzuciłem, przez zaciśnięte zęby. Trafiona, zatopiona.

Moja riposta zakończyła temat edukacji i przyszłości, zboczyła za to na tor… Uzębienia Asi. Rzeczywiście, dziewczyna miała w ustach chyba kilogram stali, którym zachwyciłby się każdy znajomy Spermy ze slamsów. - Asia ma wąską szczękę i gdy tylko zaczęły wychodzić jej ósemki, zdecydowaliśmy się działać. – Relacjonowała Izabela. – Poszliśmy do znajomego dentysty, świetnego fachowca i postanowiliśmy usunąć jej trójki, żeby miała równy i zdrowy uśmiech… - Co? – Zapytałem, niedowierzając. Ewelina siedziała z identycznym wyrazem twarzy tuż obok. - Po to właśnie jest aparat – żeby usunąć powstałe przestrzenie… Kuzynka uśmiechnęła się, ukazując nam swoje zęby i szpary pomiędzy dwójkami i czwórkami. Wcześniej nie zwróciłem na nie uwagi, ale w końcu, kto koncentrowałby się na takich drobiazgach? - Nie, nie wierzę. Po co w ogóle wyrywać zdrowe zęby? Nie ogarniam! Uśmiech Asi znikł tak nagle, jak się pojawił, gdy dziewczyna spostrzegła, jak zareagowałem na wieść, o cudzie dentystycznym na miarę XXI wieku. - Żeby ładnie wyglądać. – Odparła bez namysłu ciotka. W głowie kołatały mi bez przerwy zaledwie dwa słowa: „ja pierdolę”.

1045Edytuj

Szliśmy wraz z Kamilem wzdłuż ulicy, nie wiedząc, co możemy zrobić – choć był środek lata, a gorące słońce świeciło nam po oczach, zwyczajnie nam się nudziło. - To może pogramy w Diablo? – Zaproponował kolega. - Daj spokój, chcesz w taką pogodę siedzieć w domu? Może pójdziemy na śmietnisko, zobaczymy, czy nic tam nie ma? - Nie… Parę dni temu przyjechały tam jakieś ciężarówki i zasypały zbocze. Teraz prawie sięga rzeki. - Zasypali nam śmietnisko? Kapa… - Może coś tam jeszcze jest, ale na dole. Cała górka poszła się jebać. - To może łąki? - Nie mam coś ochoty. Miecz mi się złamał ostatnio, pamiętasz? - No, na ogrze chyba, nie? - Orku. Orku wojowniku. - No to co nam w takim razie zostaje? W tym momencie tuż koło nas przejechał na rowerze Michałek, a zaraz za nim jego siostra Marlenka, próbując nadążyć za starszym bratem. - Ej, chodź zrobimy Pedałowi jakiś kawał? – Rzucił rozbawiony Kamil. - Co proponujesz? - Nie wiem, zobaczymy co się będzie dało zrobić. Dochodzi druga, nie? No to na obiad pojechał.

Odbiliśmy na ulicę, przy której znajdował się dom Michałka i gdy do niego doszliśmy, ukryliśmy się za ogrodzeniem. - Czysto. – Powiedziałem nie zdradzając żadnych emocji, zupełnie jak pokerzysta. - Widzisz coś ciekawego? – Zapytał Kamil, stojąc za moimi plecami, schowany za gęstymi krzakami. - Nie. Pusto, nic ciekawego. Towarzysz wysunął głowę i dokładnie obejrzał teren podwórka. - No, też nic nie widzę… - To co robimy? Wracamy? - Co ty! Czekaj, mam pomysł. Kamil rozejrzał się dookoła, po czym po cichu podbiegł do frontowej ściany domu. Potem podszedł do drzwi i wziąć wycieraczkę. Zadowolony, wrócił do miejsca, gdzie stałem. - Lepsze to niż nic, nie? - Skroiłeś mu wycieraczkę? Daj spokój… - Chodź, wjebiemy ją do rzeki. - Dobra. – Zgodziłem się.

Wycieraczka popłynęła z prądem rzeki i po kilkunastu sekundach zniknęła nam z oczu. Staliśmy na moście, śmiejąc się donośnie. W praktyce, żart był dla nas całkiem zabawny, choć początkowo nic na to nie wskazywało. Teraz jednak, gdy kawał starego materiału majaczył na horyzoncie, zmierzając ku Bałtykowi, kradzież wydawała nam się naprawdę śmieszna. - Chodź, wracamy. Niedługo muszę iść na obiad. – Powiedziałem w końcu. – Mama chyba wróciła z roboty już. Poszliśmy wzdłuż ulicy, dochodząc do jednego z najczęstszych miejsc spotkań naszej paczki – „zakrętu”. Stamtąd, można było odbić na ulicę Kamila lub moją. - To co, widzimy się tutaj po Dragon Ballu? – Zapytałem. - No, spoko. Przybiliśmy sobie piątkę na pożegnanie i gdy już mieliśmy się rozejść, usłyszeliśmy rozwścieczony głos dobiegający z trzeciej odnogi „zakrętu”. - Kamil, oddaj wycieraczkę! Odwróciłem się i zobaczyłem idących ku nam Michałka oraz jego matkę, zwaną przez nas Panią Złą. Nie było to przezwisko przypadkowe – nawet gdy kobieta uśmiechała się bowiem, jej twarz przypominała rozciągniętą w grymasie maskę czarownicy. Zmarszczki i same rysy nadawały jej złowrogiego wyglądu, co kontrastowało z jej anemiczną budową ciała. Całkiem groteskowy efekt. - Widziałam jak wchodziłeś na nasze podwórko, łubuzie! – Zapiszczała Pani Zła. – Ukradłeś wycieraczkę sprzed drzwi! - Ta, może jeszcze drzwi wziąłem? I gdzie niby mam tą wycieraczkę, schowałem pod koszulką? – Kamil odsłonił brzuch i klatkę piersiową. - Nie zgrywaj się! Oddaj wycieraczkę! - Jaką wycieraczkę? - Tą, którą żeś ukradł! Michałek stał za plecami matki, z założonymi ramionami. - Nic nie ukradłem. - Byłeś na podwórku, widziałam! - Bo… List dostarczałem! - Jaki list? - No nie wiem, nie czytałem. Położyłem go na wycieraczce, pewnie ktoś go też ukradł, razem z nią. – Zażartował Kamil, śmiejąc się w żywe oczy Pani Złej. - O rzesz ty… - Wściekała się kobieta. - Nic nie wiem o wycieraczce, a teraz przepraszam, idę na obiad. - Nigdzie nie idziesz! – Odpowiedziała mu matka Michałka. - Muszę iść zobaczyć, czy też ktoś mi zakosił wycieraczkę z domu. Może to seryjny złodziej? Chłopak odszedł w stronę swojego domu. - Ty żeś widział tą wycieraczkę? – Zapytała mnie Pani Zła, już bez furii w oczach. - Nie, słowo daję. Może to jakieś dzieciaki? - To na pewno ten Kamil. Żem go widziała wcześniej. Mam nadzieję, że ciebie tam nie było z nim? - Nie, skądże! – Prawie krzyknąłem. – A po co by mi była jakaś wycieraczka? - Nie wiem. Ale się dowiem. – Syknęła Pani Zła. Nie dowiedziała się.

1047Edytuj

Całe szczęście, że wszystko już działa :) Przez te ostatnie kilka dni zacząłem się zastanawiać, czy warto byłoby nieco odświeżyć najstarsze historie, z samego początku pierwszego tematu. Proces ich pisania pokrywał się z ich przypominaniem, więc oczywiście odbiło się to na formie (jak na pospiesznie napisane posty nie jest źle, ale gdy patrzę na to wszystko przez pryzmat późniejszych, bardziej złożonych historii… To inna historia, że tak to ujmę). Poza tym, z biegiem czasu, przypomniało mi się kilka mniej istotnych detali - jak skutki pewnych decyzji, strzępki rozmów czy kłótnie z osobami, które zostały wam przedstawione dopiero wtedy, gdy było to konieczne. Doskonałym przykładem jest historia Spermy, który wybrał się ze "szwagrem" piłować most, co zakończyło się utratą paznokcia przez tego drugiego. Uprościłem to do granic możliwości. Oczywiście jeśli chcielibyście, żebym poprawił to, co dzisiaj mnie nie zadowala, robiłbym to poza czanem, żeby nie zaśmiecać duplikatami tego tematu. Wszystko wrzuciłbym razem do sieci, gdy dobrnąłbym z poprawami do końca. Przy okazji może udałoby mi się uporządkować wydarzenia w miarę chronologicznie. Dajcie znać, czy bylibyście zainteresowani czymś takim. A teraz, pora na historię.


Okolice października, listopada i/lub grudnia należały od zawsze do najgroźniejszych, pod względem infekcji i wirusów. Gdy tylko pogoda z dnia na dzień się ochładzała, liczebność klasy tymczasowo spadała na łeb na szyję – zwłaszcza w podstawówce. Legalne choroby to jedna strona medalu – a drugą, stanowiło symulowanie. Któż bowiem nie udawał przeziębionego choć jeden raz?

- A co się dzieje z Kamilem? Nie było go na lekcjach. – Zapytał się mnie Tymek, w którego towarzystwie, wracałem tego dnia ze szkoły. - Siedzi w domu. - No ale co, chory jest? - No skoro nie było go w szkole… - Nie powiedziałem mu prawdy. W rzeczywistości, Kamil dzień wcześniej udawał przeziębionego, ale zapewne gdy jego rodzice tylko wyszli z domu tego ranka, on wstał z łóżka i znalazł sobie ciekawsze zajęcia. - Kurde, jak ja bym chciał tak sobie nie iść do szkoły chociaż raz… - Żalił się Tymek. – Mam już dość wstawania o siódmej. Tracimy w szkole pół dnia! Wtedy oczywiście mu przytaknąłem, ale po latach dotarło do mnie, jak zabawne i błahe były nasze problemy. - Ej, a nie wiesz, jak się szybko rozchorować? – Zapytał się chłopak, jakby w nagłym olśnieniu. - Niespecjalnie. A co? - No jak będę udawał, to Ada mnie od razu podkabluje i będę miał przechlapane. No to muszę się rozchorować naprawdę! - Nie wiem, weź może pochodź po dworze bez kurtki albo coś. – Rzuciłem od niechcenia. Tymek momentalnie rozpiął kurtkę, a zaraz potem bluzę, która się pod nią znajdowała. Poczułem na twarzy zimny powiew jesiennego wiatru i wstrząsnął mną dreszcz, myśląc, jak bardzo zdesperowany musi być kolega z klasy. - No, zimno. A ile trzeba czekać aż zacznę mieć kaszel albo katar? - Nie mam pojęcia. Dzień-dwa? - Nie no, daj spokój. Jest poniedziałek, a w weekend muszę być już zdrowy. - No to wypadałoby żebyś jutro był już chory. - Może masz jeszcze jakieś sposoby? Zastanowiłem się i po kilku chwilach, przypomniałem sobie coś, o czym mówiła mi mama, gdy byłem młodszy. - Surowe ziemniaki. – Powiedziałem głośno. - Co „surowe ziemniaki”? - No jak zjesz surowego ziemniaka to będziesz miał gorączkę i ból brzucha podobno. - A szybko to działa? I ile trzeba zjeść? - Nie pytaj mnie. Nigdy tego nie próbowałem. Dawno temu mama mnie ostrzegała, żebym nie jadł surowych ziemniaków, nic więcej nie wiem. - Surowe ziemniaki… To może zadziałać! Dzięki! - Nie ma sprawy. Tylko wiesz, jakby coś, to ja nic nie mówiłem, dobra? – Odpowiedziałem Tymkowi poważnym tonem. Niedługo potem, rozpięty i roześmiany od ucha do ucha Tymek odbił w stronę bloków, a ja skręciłem na nasz rewir.

We wtorek Kamil pojawił się w szkole. Jego symulowanie skończyło się, gdy ten dał sobie zmierzyć temperaturę. Roześmialiśmy się, słysząc ton oburzenia w jego głosie i złość wobec matki. - No i kazała mi dzisiaj iść, bez odpisanych zeszytów i w ogóle! Co w ogóle wczoraj robiliście? Nastała niezręczna chwila ciszy. Żaden z nas nie pamiętał, co robiliśmy dwadzieścia cztery godziny wcześniej. - No temat mam napisany. – Zająknął się wreszcie Sperma, wyjmując jeden z zeszytów. - I tyle? – Zapytał go Kamil. - No. - Eee, to coolowo. Zobaczyliśmy, że nasza ówczesna wychowawczyni rozmawia z Adolfem, ojcem Tymka i Ady. Grzecznie ukłoniliśmy się, a potem weszliśmy do budynku, wciąż żartując z Kamila. Nawet nie zauważyliśmy, jaką minę miała nauczycielka.

Jeszcze na pierwszej lekcji, dowiedzieliśmy się, że Tymek trafił w nocy do szpitala, na ostry dyżur. Zabrała go karetka, gdy ten dostał silnych bólów brzucha, połączonych z gorączką i rozwolnieniem. Wychowawczyni postanowiła poświęcić godzinę, by przygotować koledze laurki (które później trafiły do szpitala poprzez Adę). Tymek, na całe szczęście, nigdy nie powiedział nikomu, kto wyjawił mu sekret surowych ziemniaków, ale nie ominęła go kara. Gdy tylko wrócił do domu, Adolf czekał na niego z przygotowanym na tą okazję kablem od żelazka. O ile mi wiadomo, nikt z bliskiego otoczenia nie próbował potem rozchorować się w ten sposób, znając konsekwencje poniesione przez Tymka.

1051Edytuj

Tego letniego dnia, Sperma miał problemy żołądkowe (innymi słowy, miał kaca). Nie trzeba było być geniuszem lub specem od alkoholu żeby poznać symptomy dnia wczorajszego, takie jak mocno podkrążone oczy, brak sił i ogólne osłabienie organizmu, no i właśnie problemy z żołądkiem. Nauczycielom nie trzeba było tłumaczyć więc sytuacji i kiedy nastawała taka potrzeba, wypuszczali Spermę do łazienki bez zbędnego gadania. Przez cały rok edukacji w szkole średniej, zdążyli go już poznać.

Tego dnia również, nieco pokłóciłem się ze skacowanym przyjacielem. Sprzeczka wynikła bez powodu, jak to czasem bywa, gdy dwie osoby mają odmienne zdania. Nim minęła doba, zdążyliśmy się już pogodzić, ale wtedy, podczas drogi powrotnej ze szkoły, nie mogłem powstrzymać się przed powiedzeniem ostatniego słowa w konflikcie. Nastąpiło to w momencie, gdy poczułem w brzuchu charakterystyczny ucisk.

Autobus był przepełniony po brzegi, ale my, jako ci, którzy wsiedli na jednym z pierwszych przystanków, staliśmy w centralnej części pojazdu, zamiast przy drzwiach. Była to pozycja dogodna – może nie tak jak miejsca siedzące, ale przynajmniej nie musieliśmy na każdym przystanku wysiadać na zewnątrz, żeby przepuścić wychodzących pasażerów. Jedna z kobiet siedzących przed nami, wstała i zaczęła przeciskać się w stronę wyjścia. Sperma skorzystał z okazji i usiadł na siedzeniu (a właściwie opadł na nie), jako jedyny z paczki. Na twarz zaczęły wracać kolory, choć w dalszym ciągu daleko mu było do zdrowego wyglądu. Kamil, stojący najbliżej niego, położył mu na kolanach swój plecak. Reszta, czyli ja, Michałek, Antek i kilka dziewcząt stojących gdzieś w tyle, nie mieliśmy takiej możliwości. Coś zakręciło mi się w żołądku, a parę sekund później, poczułem niegroźny ból. Doskonale wiedziałem co to oznaczało – drogę w katuszach, próbując powstrzymać gazy lub… Czym prędzej zbliżyłem się do Spermy i dałem upust gazom, nagromadzonym w moim wnętrzu, a gdy skończyłem zrobiłem krok w tył, wracając na swoją początkową pozycję. Nie musiałem długo czekać na efekt – wypełniony ludźmi autobus, w trzydziestostopniowym upale, nawet mimo otwartych okien, przemienił się w jadącą pięćdziesiąt kilometrów na godzinę komorę gazową. - Patryk, ty świnio! – Krzyknął Michałek, zatykając sobie koszulką nos i usta. - Co, to Sperma? – Zapytał Antek. - A kto inny? Cały dzień latał do łazienki, teraz załatwił potrzebę w autobusie! Również naciągnąłem na nos koszulkę, ukrywając uśmiech i udając, że się krztuszę. - Ej, to nie ja się kurwa zebździłem! – Krzyknął do nas Sperma, choć oczywiście nikt mu nie uwierzył. Moich uszu doszły głośne skargi i przekleństwa, wypowiadane przez zdegustowanych i wściekłych pasażerów. Autobus zatrzymał się na przystanku i kilkanaście osób dosłownie wybiegło na świeże powietrze. Grupka starszych kobiet obrzuciło nienawistnym wzrokiem czerwonego na policzkach Spermę. W oddali kilka dziewcząt wskazywało chłopaka palcem. - Michałek, cho no tu! Weź mi powąchaj dupę! Mówię ci, że to nie ja! Większość zgromadzonych dookoła osób wybuchła śmiechem, wliczając w to młodą matkę, trzymającą na kolanach małe dziecko. - Co za ludzie, żeby tak w autobusie! - Świnia, ciekawe, czy w domu też tak robi! - Chyba nawpierdalał się grochówy! - Fuj, on przecież chodzi do naszej szkoły… - Oświęcim. Ty patrz, czy z pryszniców poleci woda. Pasażerowie nie przestawali rozmawiać, gdy fala uderzeniowa już się rozrzedziła. A ja poczułem, jak po policzku spływa mi pojedyncza łza.

1057Edytuj

- Siema, właźcie, właźcie! – Wykrzyknął rozbawiony Sperma, zapraszając nas do mieszkania. Razem z Emilem przestąpiliśmy przez próg i zdjęliśmy buty. Z głośników podłączonych do komputera dobiegały dźwięki Libera i Meza tak głośne, że zagłuszały myśli. Na rozkładanym łóżku gospodarza domu siedzieli Młody i Algier, paląc papierosy. Przywitaliśmy się z nimi. - Co tam? – Zapytał Młody. - A nic w sumie ciekawego. – Odpowiedziałem. - A u was? - Stary, kurwa, ostatnio się zajebałem jak świnia w parku, nie? – Zaczął relacjonować zadowolony Algier. Z Emilem usiedliśmy na łóżku należącym do Marty i słuchaliśmy. – No i tak idę, kurwa, nie ogarniam co się dzieje i słyszę, że ktoś mnie woła. No to odwracam się i chciałem im krzyknąć, że idę, ale zacząłem się drzeć „salut, werszte plej da numa numa je”. Zaczęliśmy się śmiać. Młody strząsnął wypalony tytoń z papierosa do popielniczki, położonej na jego brzuchu, kiwając z niedowierzaniem głową. - Kurwa, Algier, przesadziłeś. Coś ty brał? - No spaliłem kilka blantów i mi coś odjebało. Ale dobry towar, muszę kupić więcej tego gówna, bo mi nieźle porobił łeb wtedy. Ale słuchajcie, bo to nie jest najlepsze. No i biegnę do tych typów, patrzę, a tu zupełnie obce dresy jakieś, kopią jakiegoś typa. W ogóle uwidziało mi się, że ktoś mnie wołał. Ale mówię „a co se nie kopnę?” i jeb kurwa, zrobiłem z nimi przekopkę. - Grubo. – Zauważył Emil. - No, do dzisiaj noga mnie boli. Chuj twardy był. - O ja pierdolę! Haha! – Ryknął na całe gardło Młody, krztusząc się dymem. Odwróciłem wzrok w jego stronę i zobaczyłem, co wywołało u niego tak nagłą reakcję. Również zacząłem histerycznie się śmiać. - Ej, kurwa, ale nie śmiejcie się, co? – Poirytował się nieco Sperma. Tuż przed nim stała jego suka, Roxi, ubrana w majtki. Na ich środku wycięty był otwór na ogon, a spod materiału wystawała podpaska. Emil oparł się głową na moim barku, nie mogąc zachować równowagi. - Cieczkę ma, zajebała pół domu, to trzeba było coś zrobić. – Tłumaczył Sperma, choć nikt nie zwracał na niego uwagi. - O chuj, to dla mnie za dużo! – Ryczał ktoś przez łzy. Ja sam nie mogłem wziąć już oddechu. Zadowolona Roxi usiadła na podłodze, z wilgotnym odgłosem, wzbudzając jeszcze większą falę śmiechu. - A kurwa zającowi też założysz majtki? – Zapytał w końcu Algier. - To królik jest! – Zdenerwował się Sperma. - A weź mi nawet nie mów o tym jebanym śmierdzielu! – Zażartował Młody. Cała trójka mówiła o sporym króliku zamkniętym w klatce, w przedpokoju. Nie wyróżniał się nigdy niczym szczególnym, jeśli nie liczyć intensywnego odoru. - Królikowi to bokserki trzeba. – Zaśmiał się Emil. - Ej, dajcie se siana wreszcie! Co niby mam zrobić z tym królikiem?! - Umyj go, kurwa! – Krzyknął Młody. – Bo teraz może robić za broń chemiczną. On w ogóle widział w życiu wodę?! - Dajcie mu kurwa spokój. Roxi, chodź! – Pies nie ruszył się z miejsca. – No chodź, idziemy od tych kretynów. Roxi spojrzała na właściciela, ale chwilę potem odwróciła się i przy pomocy przednich łap, nie podnosząc tyłu z podłogi, zaczęła sunąć w przeciwną stronę. Widząc tą komiczną sytuację, po raz kolejny zaczęliśmy głośno się śmiać. - Ja pierdolę! Jak ten diabeł z Krowy i kurczaka! – Zauważył Emil. Poczerwieniały na twarzy Sperma podszedł do Roxi, podniósł ją i wyniósł z pokoju bez słowa. - Ej, no wracaj! – Zawołał go Algier. Chłopak stanął w progu chwilę potem. - Co? Wasze stare niby nie mają okresu? - Kurwa, ale moja nie szura dupą po podłodze. – Odparł Młody bez namysłu. Poczułem, że płuca i przepona odmawiają mi posłuszeństwa, ale mimo to, śmiałem się dalej. - A Ewelinka co, myślisz, że nie ma cioty? - Ona nie nosi majtek. – Wtrącił Emil z udawaną poważną miną. Sperma zrezygnował. Nie mógł wygrać z czteroosobową, rozbawioną grupą, która żartowała ze wszystkiego, co próbował wytłumaczyć. Obrażony, poszedł więc zapalić.


P.S. Chyba czeka mnie więcej pracy niż przypuszczałem. Przez tych kilka dni udało mi się uporządkować wszystko chronologicznie, na bieżąco będę też tam dodawał to, co napiszę. Teraz gorsza część - czyli poprawki, czytanie tego samego po kilka razy i później pewnie jeszcze jedna, końcowa fala poprawek.

Zrezygnowałem też z redagowania opowieści o koblach ze slamsów, bo nie dotyka ona naszej paczki w jakimkolwiek stopniu. Ot, taka okoliczna żywa legenda.

1064Edytuj

Liceum do którego uczęszczaliśmy, nie należało do wielkich. Był to budynek może nieco większy od naszego gimnazjum, ale swoje robiła za to ilość uczniów i klas. A tych, było naprawdę sporo, co ludzie z przedmieść, jak my, nieprzystosowani do tłoku, odczuwali nawet podwójnie. Na każdej przerwie, palarnia (czyli zaułek za budynkiem) i główny korytarz na pierwszym piętrze zamieniały się w prawdziwe mrowiska, zwłaszcza tuż przed 8:00, gdy zaczynały się lekcje. I o ile latem nie było z tego powodu większego problemu, o tyle jesienią i zimą, gdy uczniowie przychodzili już w kurtkach i ciężkich butach, tłok zaczynał być naprawdę męczący. Mniej więcej rok przed naszym przybyciem do szkoły, zamieniono standardowe samoobsługowe „klatki” dla poszczególnych klas na zarządzaną przez woźne szatnię, z numerkami (czyli breloczkami z wypisanymi cyframi, takimi samymi jak przy kluczach do drzwi klas). Oficjalnie miało być to wygodniejsze i szybsze, ale wszyscy wiedzieliśmy, że to ze względu na lepkie rączki niektórych uczniów. Sęk jednak w tym, że zimą jedna, dwie, a czasem nawet trzy podstarzałe kobiety nie wystarczały do wykonania zleconej im pracy. Przez całą pierwszą klasę, musieliśmy więc czekać przez kilka, czasem kilkanaście minut, by zostawić lub odebrać swoje ubrania. Już kolejnej jesieni, dyrektor zarządził, że woźnym będą pomagać wszyscy uczniowie, bez wyjątków. Każda klasa otrzymała swój miesiąc dyżurów (w praktyce około 3 tygodni), który miała równo podzielić miedzy trzyosobowe grupki. Logicznym było, że ja, Kamil i Sperma zgłosiliśmy chęć dyżurowania razem.

- Hej, a wy nie mieliście czasem mieć dyżuru w szatni dzisiaj? – Zapytał się nas Michałek, przeglądający jeden ze swoich zeszytów. - No, tak jakoś. – Odpowiedział mu Kamil. - Ale przecież w szatni powinniście być kwadrans wcześniej… - No kurwa chyba kpisz, że będę wstawał pół godziny wcześniej. Już i tak wychodzę jak jest ciemno i wracam po zmroku! – Zirytował się Sperma. - Woźne chyba sobie jakoś poradzą bez nas, przez te parę minut, nie? – Zastanowiłem się. Rzeczywiście, te kilkanaście minut nie było wcale niczym wielkim.

- Z drogi, z drogi, kurwa z drogi, ekipa remontowa! – Krzyczał Sperma, przedzierając się przez tłum. Ja i Kamil szliśmy za nim, ciesząc się, że nie musimy taranować sobie drogi. Doszliśmy do lady szatni, nad którą rozciągało się metalowe ogrodzenie. Pod każdym z trzech okienek znajdowały się drzwiczki, z których jednak nie skorzystaliśmy – po prostu przeskoczyliśmy nad ladą, wzbudzając gromki śmiech zgromadzonych wokół uczniów, trzymających kurtki. - Zara, kurwa! Dajcie się nam też przebrać! – Krzyknął Sperma widząc, jak tłum usypuje na ladzie górę kurtek. - No wreszcie jesteśta! – Usłyszeliśmy głos za plecami. – Gdzieśta byli? – Dopytywała się woźna, idąca z pękiem numerków w ręce. - No, bo ten… - Zaczął Kamil. - Autobus nie chciał odpalić. – Rzuciłem. - No, zamarzł, musieliśmy rozpalać pod nim ognisko. – Zażartował Sperma. – Ikarus, syberyjska aparatura.

Dyżurujący przez cały dzień uczniowie byli zwolnieni z lekcji, ale za to musieli czekać aż do piętnastej trzydzieści, by wrócić do domu. Nasza praca obejmowała właściwie tylko przerwę przed 8:00, tą o 8:45 oraz porę obiadową – czyli okolice 13:30-14:30. Resztę dnia siedzieliśmy, grając w karty i nudząc się. - Trzy ósemki. – Powiedziałem, odkrywając karty. - No, kurwa, para trójek. – Pokiwał z niezadowoleniem Kamil. - Nic, pasuję. – Dodał ze zrezygnowaniem Sperma. Dwa długopisy i ołówek, będące pulą w tej partii, powędrowały do mnie. - To co, kolejna rundka? – Zapytał Kamil. – Odegrałbym się, bo lubię ten długopis. - Mogę grać. Sperma? - Czekajcie kurwa, nie mam nerwów. – Sperma wstał i wyciągnął z kieszeni pogiętą paczkę papierosów. – Czajcie kurwa czy nie idzie woźna, muszę się odstresować. - Nie idziesz do palarni? – Zaciekawił się Kamil widząc, jak kolega odpala papierosa pomiędzy dwoma rzędami wiszących kurtek. - Coś ty, kurwa. Zimno. Na dworze jest chyba minus pięćset. Poczułem lekkie ukłucie głodu, więc otworzyłem plecak i wyjąłem z niego jedną, jedyną kanapkę. Sprawdziłem, czy nigdzie nie ukryła się druga, na potem. Nic jednak tam nie było. - Pięknie, mama mi zrobiła jedną bułkę. - Nieładnie, co to, Ewelina cię chce odchudzić? – Roześmiał się Sperma. - Nie zdziwiłbym się, gdybym wyglądał tak jak Tymek. Ale chyba zapomniałem jej powiedzieć, że dzisiaj kończymy później. - Tak, narzekasz, że masz jedną kanapkę? – Wyrzucił nagle zdenerwowany Kamil. – Ja teraz się skapłem, że zapomniałem w ogóle drugiego śniadania. Zostawiłem je w kuchni, kurwa! Sperma pociągnął ostatni raz papierosa, zgasił go o podeszwę, a potem ukrył kiepa w kieszeni jednej z wiszących kurtek. - Gadacie tak o żarciu, a ja bym się napił piany. - No, w sumie ja też. Dłuży mi się tu. – Zauważył Kamil. - Nie wiem. A nie jest za zimno na piwko? – Zapytałem. Za oknami naprzeciw nas śnieg sypał niemiłosiernie, a na sam jego widok, dostawałem dreszczy. - To tu je ojebiemy. Przy grzejniczku, bez przypału. Mam… Dwa trzydzieści sześć. – Wyrecytował Sperma. Kamil poszedł jego śladem i wyciągnął z kieszeni drobne. - Trójka i… Dwadzieścia siedem groszy. Wchodzę w to. Koledzy spojrzeli na mnie. - No dobra. Mam równo trójkę. - No to kurwa pijemy, pijemy! – Sperma ucieszył się jak dziecko.

Pomysłodawca wrócił po nie więcej niż dziesięciu minutach, pokryty grubą warstwą śniegu. Na nasze szczęście, woźna zostawiła nas samych, więc bezproblemowo zaczęliśmy picie. Lodowato zmrożone piwa wydawały się nie mieć smaku, ale po kilku łykach, zaczynały rozgrzewać nas od środka. W tamtej chwili, pomysł wydał mi się rzeczywiście trafionym. Na samą myśl słów „chlanie” i „szkoła”, na twarzy wykwitał mi uśmiech. Może jedna puszka na głowę nie była ilością, która by nas upoiła, ale na pewno dzięki temu czuliśmy się weselej i nawet bez sensownego zajęcia, nie było nam tak nudno. - Ej, mam pomysł! Czekajcie! – Rzucił Kamil i wbiegł pomiędzy dwa rzędy wieszaków. Przez chwilę słyszeliśmy tylko jego śmiech, ale zaraz potem, chłopak pokazał się nam, ubrany w ciemnoróżowy płaszcz. – Patrzcie, ale ze mnie dupa! Wybuchliśmy śmiechem, widząc, jak kolega nieudolnie próbuje kręcić biodrami. - Kurwa, wyszło szydło z worka! W domu też nosisz fatałaszki Milenki? – Żartował Sperma, czerwony na twarzy, nie mogąc złapać oddechu. - Jeb się. Chodźcie, do wyboru, do koloru! Każdy z nas wbiegł w osobną „alejkę” i wybrał sobie jeden strój, który ubrał. Sperma wyszedł na spotkanie w malutkiej bluzie dresowej, należącej do ucznia ze dwa razy mniejszego od niego samego, ja włożyłem damski szary płaszcz i długi wełniany szal, a Kamil tym razem pokazał się w jaskrawożółtej kurtce zimowej, z naciągniętym na głowę kapturem. - Cóżta robita?! – Wykrzyknęła woźna, wychodząca właśnie z za rogu. - No ten, no, sprawdzamy, czy ubrania są bezpieczne. – Rzucił Kamil. Kaptur stłumił jego głos, przez co brzmiał jak Guła. Zdjąłem płaszcz i odwiesiłem go na miejsce. - Spoko moko, wszystko pod kontrolą. – Powiedział spokojnie Sperma.

Przerwa po 13:00 nadeszła prędzej niż się spodziewaliśmy. Alkohol nie zdążył jeszcze ulecieć z naszych ciał, więc bez przerwy żartowaliśmy i śmialiśmy się, wydając uczniom kolejne ubrania. - Ale… To nie moje! – Krzyknął do Kamila chłopak z pierwszej klasy. - To twój problem! – Odwarknął mu, idąc z następnym numerkiem. - Sperma, pomóż nam, do cholery! – Zawołałem siedzącego na krześle kolegę, który akurat zrobił sobie przerwę. - No chwila, kurtki nie uciekną, nie? Są zamknięte! - My tu stoimy, czekamy! – Oburzyła się jedna z dziewczyn, stojąca po drugiej stronie lady. - Złość piękności szkodzi! - Chodź rzesz tu! – Teraz podniosła głos woźna. Sperma podniósł się, unosząc ręce w pokojowym geście, po czym wziął jeden numerek. - Ale co z moją kurtką?! – Ponownie zawołał Kamila chłopak, stojący z czyjąś kurtką w ręce. - No jest tu gdzieś! Chodź, znajdziesz ją! Uczeń przeskoczył przez ladę i poszedł szukać zguby. - Kurwa, więcej tych numerków nie miałeś?! – Zdenerwował się Sperma, biorąc pęk breloczków od jednej osoby. – Całej klasie bierzesz te kurtki?! Lawirowałem od lady do alejek wypełnionych kurtkami w zawrotnym tempie, nie do końca zdając sobie sprawę z otaczającego mnie chaosu i zgiełku. Strzępy rozmów i żartów mieszały się ze sobą i poczułem, jakbym naprawdę był pijany. Było to fizycznie niemożliwe, biorąc pod uwagę, że wypiłem zaledwie jedno piwo, ale i tak wszystko wskazywało na to, że nie jestem w pełni trzeźwy. Popłynąłem więc z nurtem.

Woźna nazwała nas „trzema diabłami”, podczas najbliższej rozmowy z naszą wychowawczynią. Wyperswadowaliśmy jej, że kobieta musiał pomylić nas z kimś innym, bo zachowywaliśmy się grzecznie. Uwierzyła, jakimś cudem. Drugiej takiej grupy jak nasza, szkolna szatnia nie widziała. Tego dnia zdecydowanie przekroczyliśmy kilka(naście) granic i poczuliśmy się, jakbyśmy znowu byli uczniami gimnazjum – których nie obchodzą jakiekolwiek wartości i którzy są dla samych siebie prawem.

1072Edytuj

Osiemnaste urodziny Spermy odbyły się hucznie. Solenizant, jako dusza towarzystwa, zaprosił na przyjęcie wiele osób – może nawet zbyt wiele jak na imprezę odbywającą się w małym mieszkaniu. Wszyscy zgromadzeni usiedli przy ogromnym stole, ustawionym na środku dużego pokoju i zajmującego właściwie całe pomieszczenie. Wśród gości byłem oczywiście ja, Kamil, Młody, Emil, a także Guła i Algier oraz siostra bohatera dnia, Marta, z ówczesnym mężem. Patryk jako jedyny z naszej paczki nie zjawił się – mimo, iż został zaproszony. Resztę gości stanowili koledzy „do butelki” , w większości z kryminalną przeszłością, ekipa ze slamsów, z którymi Sperma kradł złom, no i w końcu kilku kolegów w naszej nowej klasy, z liceum. Wśród tych ostatnich, znalazł się Mateusz, wraz ze swoją dziewczyną Agnieszką. Gimnazjalni zakochani wybrali się do tej samej szkoły, byle tylko spędzać ze sobą więcej czasu. Jakież urocze. Mateusz wywodził się z całkiem bogatej rodziny i chociaż sam palił okazjonalnie, zawsze miał pod ręką paczkę fajek, której zawartością częstował wszystkich, jak leciało. Tak zaskarbił sobie sympatię klasowej śmietanki. Agnieszka, dla przeciwwagi, była skromna i cicha, nie rzucała się w oczy, jeśli nie było takiej potrzeby. Gdzieś tam jednak, wewnątrz, krył się w niej duch luźnego imprezowicza, ożywający w piątkowe popołudnie i zasypiający z niedzieli na poniedziałek, gdy nastawał kac. Sądząc po tym, w jakim tempie piła kolejne kieliszki wódki, byłem pewny, że jutrzejszego dnia, będzie miała kaca-mordercę, jak zwykł mówić Sperma.

Solenizant zdmuchnął świeczki, odśpiewaliśmy mu „sto lat”, a potem w ruch poszły liczne butelki wódki i sok porzeczkowy. Co jak co, ale chwała Spermie za jego zakup – bo jako przepita, sprawdził się doskonale. Po kilkunastu minutach, część gości była już mocno wstawiona. Ja miałem za sobą dopiero cztery, może pięć kieliszków rozrabianego spirytusu, więc nie czułem się zmożony – i póki co, nie miałem zamiaru tego zmieniać. - Ej, a ty… Ten… To grasz na pianinie chyba… Nie? – Usłyszałem zapijaczony głos. Tuż obok mnie usiadł mąż Marty, ubrany w odświętny dres i równo ostrzyżonymi włosami. - No nie, w sumie… - Odpowiedziałem mu. Nie wiedziałem, jak się zachować w stosunku do nieprzewidywalnego, pijanego mężczyzny. - Bo ten, stary… Wyglądasz jak ten, kurwa, Dżon Lenon. - To co, wypijmy za to! – Zaśmiałem się sztucznie, wznosząc kieliszek ku górze. Szwagier Spermy stuknął się ze mną szkłem, a potem oboje głośno wypuściliśmy powietrze z płuc. - Co to chłopaki, pijecie beze… Mnie? – Wtrącił się nagle Młody, stając między nami. - Dawaj z nami, jebniemy kielona jeszcze. – Odpowiedział mu mężczyzna, polewając wódkę mnie i sobie. Zaraz potem napełnił trzeci kieliszek. - Emil, jeszcze pół kieliszka! – Ryknął Młody na całe gardło, zanosząc się śmiechem. Siedzący z drugiej strony stołu Emil odwrócił głowę, obrażony. Nim zdążyliśmy wznieść toast, z głośników dobiegł nas głos rapujący o trzech małych świnkach i gąsce Balbince. - Ja pierdolę, co to ma być? – Zapytał mnie Młody. - Nie chcę wiedzieć. – Rzuciłem. - Skąd on bierze te nuty, kurwa? - Ej ej, chłopaki, dajemy, dajemy, bo wódka się grzeje. – Powiedział mąż Marty. – No to hop.

Nim wybiła północ, byłem już całkiem nieźle nawalony – siedziałem więc na krześle, czekając, aż helikopter w mojej głowie szczęśliwie wyląduje, ale każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność, przy akompaniamencie beznadziejnej muzyki. Chwiejnym krokiem podszedł do mnie Emil. - Siema, pójdziesz ze mną na chwilę na klatkę? Muszę odetchnąć. - No, dobra myśl. – Wstałem, ledwo utrzymując pion.

Usiedliśmy na schodach, prowadzących na wyższe piętro. Zza zamkniętych drzwi dobiegały dźwięki głośnej muzyki i śmiechów. - Kurwa, mekeke jak chuj. – Zażartował Emil. – Jestem wykończony. - No, ja też. Muszę chwilę posiedzieć, wytrzeźwieć, bo piłem z Młodym i szwagrem Spermy. - Łooo, to grubo. - No. A przecież nie powiem „mnie nie lejcie”, nie? Jeszcze dostałbym kosę w plecy, albo co. Drzwi uchyliły się i wyszli przez nie Mateusz, trzymając mocno Agnieszkę, która wyginała się na wszystkie strony, jakby w ogóle nie miała kości. - Co, Mati. Zbieracie się już? – Zapytałem. Chłopak pomógł dziewczynie oprzeć się o ścianę, a sam podszedł do drzwi, by je zamknąć. - No, Agnieszka ma chyba już dość. Gdy Mateusz sięgał po klamkę, Agnieszka osunęła się na bok bezwładnie, odbijając się głową najpierw od jednej ze ścian, a potem uderzając w podłogę, z głuchym tąpnięciem. - O chuj! – Krzyknął Emil. Zerwaliśmy się i podnieśliśmy z ziemi bezwładne ciało koleżanki. - Oddycha. – Powiedziałem przerażony. Dziewczyna miała na środku czoła czerwony ślad po „pocałunku” ze ścianą, a z nosa wypłynęła jej kropla krwi. - No, to chyba zostaniemy trochę dłużej. Weźcie ją zostawcie na moment. – Rzekł spokojnie Mateusz, po czym poszedł do mieszkania Spermy. Potruchtałem za nim, nie wiedząc, co zamierza zrobić. W przedpokoju stał akurat Sperma, rozmawiając ze szwagrem i Młodym. - Co jest, już wróciłeś? – Zapytał, śmiejąc się. - Ej, chłopaki, jest taka sprawa. Dziewczyna mi zemdlała. – Powiedział Mateusz ze stoickim spokojem, jakby nie wydarzyło się kompletnie nic. - Ej, to wal ją póki ciepła! – Wybuchnął nagle mąż Marty, zanosząc się głośnym śmiechem. Wszyscy zgromadzeni poszli w jego ślady, razem z Mateuszem.

1074Edytuj

- Cześć, dzień dobry! – Powiedziałem, przechodząc koło salonu, gdzie na kanapie siedziały Ewelina z Mileną, dyskutując w najlepsze przy butelce wina. - Cześć! – Odpowiedziały mi kobiety jednocześnie. Widząc tą parkę, rozumiałem, dlaczego Sperma kilka dni wcześniej użył określenia „Bulma i Chi Chi”. Rzeczywiście, jakieś podobieństwo rzucało się w oczy. - Kamil już ci się pochwalił? – Zapytała mnie Milena, dopijając kieliszek wina do końca. - Nie… Chyba nie… A coś się stało? - Och, znalazł sobie przyjaciółkę kilka dni temu. - Nic mi nie mówił. – Pokiwałem głową. – Dobra, to ja będę leciał. Pa! - Pa pa! – Pożegnały mnie dwa roześmiane głosy.

Mimo wielu prób i poszukiwań, udało nam się znaleźć Kamila dopiero po kilku dniach. Wiadomość o dziewczynie rozniosła się po naszej paczce z prędkością światła i teraz, wszyscy byliśmy ciekawi, kim jest owa tajemnicza dziewczyna. - Odjebcie się, co? – Warknął rozzłoszczony naszą obecnością Kamil. - O co ci chodzi? – Zapytałem. - O co? Chodzicie za mną, pytacie o moja dupę… - Kurwa, Kamil, coś ty się z chujem na łby pozamieniał? – Rzucił Sperma, pół żartem, pół serio. Tak skończyła się pierwsza wspólna rozmowa dotycząca wybranki naszego przyjaciela.

- Kurwa no nie kminię. Na chuj on lata za jakąś nastką, jak ma w domu Milenkę? – Zastanawiał się Emil, siedzący na ławce jak Myśliciel Rodina. - Emil, ja pierdolę. Każdy temat kończy się na Minetce… - Odpowiedział Młody. - Mówiłem kurwa, bo ją kocham! Jakbym z nią mieszkał, to bym jej lizał szparę non stop, kurwa. - Hej, patrzcie, kto tam idzie. – Przerwałem niespodziewanie wywody Emila, gdy na horyzoncie pojawił się Kamil idący z nieznaną nam dziewczyną. Zakochani podeszli bliżej, gdy Emil zaczął do nich machać i wykrzykiwać imię kuzyna. - Cześć, chłopaki. To jest… Patrycja. – Zaczął nieśmiało Kamil. - Cześć, miło cię poznać. – Przywitałem się, ściskając rękę dziewczyny, tuż za Młodym. - No, to my, ten… Będziemy się zbierać. – Próbował pożegnać się Kamil, ale nie stąd ni zowąd, wtrąciła się Patrycja. - Daj spokój, chcę poznać twoich kolegów! Nigdy nic o nich nie mówiłeś. – Patrycja spojrzała na mnie i na Młodego, stojących najbliżej niej. – Długo znacie się z Kamilkiem? Wymieniliśmy z przyjacielem krótkie spojrzenia. - Całe życie. – Powiedział Młody krótko. - Och, naprawdę? To tak jakby… Wszystko o kimś wiedzieć. - No, o Kamilu wiemy wszystko. – Wtrącił się Sperma. – Ale chodźcie, siadajcie. Nie będziemy przecież stać tak.

Rozmowa nie należała do najprzyjemniejszych, jakie odbyłem w swoim życiu. Sperma, a wkrótce również Młody, zwracali się tylko i wyłącznie do Patrycji, jak gdyby nikogo nie było wokoło. Zauważyłem, że kilkukrotnie Kamil próbował namówić ją do zakończenia dyskusji – ale bezskutecznie. Z braku lepszego zajęcia, zacząłem rozmawiać z Emilem, który podobnie jak ja, siedział z boku i widocznie był znudzony całą sytuacją. Sperma wyciągnął pogiętą paczkę papierosów z kieszeni i wyjął jednego, po czym palcem wypchnął drugiego, dla Młodego. - Patrycja, a ty palisz w ogóle? – Zapytał Sperma, odpalając zapałkę. - A daj, raz się żyje. - Patrycja, ale ty nie palisz… - Nie bądź taki drobiazgowy, Kamil. Chłopaki częstują. Chłopak odwrócił się i spojrzał spode łba na mnie i na Emila, jak gdybyśmy byli czemuś winni. Wzruszyłem ramionami z niewinnym zakłopotaniem na twarzy, jak gdybym miał zamiar powiedzieć „stary, ja tu tylko siedzę, nie mam z tym nic wspólnego”. Patrycja zaciągnęła się jak zawodowiec i wypuściła z ust kółko z dymu. - A ja myślałem, że tylko Sperma tak potrafi! – Zachwycił się Młody. - A widzisz, ma się to coś. – Odpowiedziała dziewczyna i mrugnęła do niego. Kamil jeszcze niżej opuścił głowę, a po kilku sekundach, wstał bez słowa i stanął przed siedzącą Patrycją. - A jeb się z kim chcesz! – Ryknął i odszedł w sobie tylko znanym kierunku. Oryginalny sposób na zerwanie.

1076Edytuj

- Chodźcie na waje. – Usłyszeliśmy, stojąc przed drzwiami klasy od plastyki. Młody i Sperma wrócili właśnie zza garażu stojącego za szkołą, przywlekając ze sobą odór papierosowego dymu. Mimo pięknej pogody i faktu, że następną lekcją miała być plastyka, na której nie robiliśmy kompletnie niczego, ani ja, ani Kamil, ani Patryk nie byliśmy pewni, czy zrywanie się z lekcji to dobry pomysł. - No kurwa, co będziecie robić? – Zapytał Sperma, który po chwili wskazał palcem Patryka. - Ten potrafi fałszować każdy rodzaj pisma, ale ołówka trzymać to już ni chuj. – Palec przeszedł na mnie. – Ten, mógłby uczyć babkę rysowania. A ten… - Mowa była o Kamilu. – A ten, w sumie i tak pójdzie tam, gdzie Patryk. Chodźcie, bo zaraz dzwonek. - Pójdziemy do parku, posiedzimy na basenie. – Zachęcił Młody. Miał na myśli stare, zdewastowane koryto basenu w samym sercu parkowego lasu, które odkąd tylko kapitalizm położył łapy na kraju, systematycznie podupadało i zarastało, zapomniane przez świat. W tym okresie, przeistoczyło się w miejsce spotkań okolicznych narkomanów, pełne zużytych reklamówek z zaschniętymi warstwami kleju, czasami również widywało się strzykawki i powyginane łyżki. – Pokiramy se. – Zażartował. Patryk w końcu uległ, ja również zgodziłem się na wyprawę. Zgodnie z przewidywaniami, Kamil poszedł w ślady Patryka.

Basen z każdą naszą wizytą wydawał się coraz bardziej obskurny i nieprzyjemny. Od południowej strony gniła stara metalowa zjeżdżalnia i stanowisko ratownika, niebezpieczne pochylone na boki. - Kiedyś tu podobno przychodziłem ze starymi i bratem. – Zaczął Patryk. - No, ja też. Mama trzyma w domu jeszcze jakieś stare zdjęcia. Pamiętam tą zjeżdżalnię. – Dodałem. - Hehe, a ma coś na sobie na tych zdjęciach? – Wtrącił się Sperma, przerywając nostalgiczne wspomnienia przeszłości. - Spierdalaj, zboku! – Rzuciłem. Grupą podeszliśmy do schodów, kiedyś służących jako wyjście z basenu. - To co robimy? Nic tu nie ma. – Zauważył słusznie Kamil. - Ma ktoś klej? – Zapytał pół żartem, pół serio Sperma. - Kurwa, stary. Przestań jeździć do slamsów, bo źle skończysz. Zdałniejesz i tyle będzie. – Pouczył go Młody. - Zaraz wracam, idę się wylać. – Powiadomił nas Patryk i zniknął pomiędzy drzewami. Po kilku sekundach usłyszeliśmy jego krzyki. – Chodźcie, kurwa, szybko! Patrzcie, co tu znalazłem! Patryk stał tuż przed betonową płytą, w której znajdował się kwadratowy otwór, pełniący rolę wejścia. - Co to, bunkier jakiś? – Zapytał Kamil. - Sprawdźmy to. – Powiedziałem natychmiastowo. Pod ziemią znajdowało się małe pomieszczenie z zaworem pośrodku, nie wyższe niż półtorej metra. - Miejscówka konkretna. Lepsza niż na działkach. Moglibyśmy tu chlać całymi dniami i psy by nas nie zczaiły! – Ekscytował się Sperma. - Chodźcie, zobaczymy czy w ogóle się tam zmieścimy. – Zakomenderował Młody. Zeszliśmy na dół, po wmurowanej w ścianę drabince i kolejno usadawialiśmy się na ziemi, wokół zaworu. Było ciasno, nawet jak na zaledwie pięcioosobową grupkę, w dodatku mocno nieletnią. - Chujnia. Ciemno, zimno. Jedyny plus, że nikt nas tu nie znajdzie. – Zauważył Sperma. - Chodźcie, dzisiaj nic tu nie zdziałamy. – Oznajmiłem i wyszedłem na zewnątrz. Wkrótce dołączył do mnie Młody, a potem Sperma. Wszyscy przerzuciliśmy przez ramiona plecaki i czekaliśmy na pozostałą na dole dwójkę. Kamil wyłonił się jako pierwszy, ale nim zdążył wystawić głowę ponad betonową płytę, Sperma wziął zamach i przyłożył mu swoim plecakiem, śmiejąc się głośno. - Sperma, co ty odpierdalasz?! - Ja te, kurwa, kreciki, czy inne chuje muje! Ahjo, a potem młotkiem przez łeb! - Co ty gadasz? – Zapytałem. - No nie grałeś nigdy w to? Taka gra – kret wystawia łeb, a ty mu przykurwiasz takim młoteczkiem! – Wytłumaczył. - Pojebało cię! – Usłyszałem stłumiony krzyk dobiegający z dołu. – Idź się kurwa leczyć, pojebie! - Dobra, żartowałem. Chodźcie, już nie będę. Kamil ponownie spróbował wyjść i po raz drugi, otrzymał cios plecakiem, tym razem dało się słyszeć odgłos uderzenia. - Już nie żyjesz! - A jeb się z kim chcesz! – Spermie po policzkach pociekły łzy, gdy zacytował słowa Kamila. Młody i ja również się zaśmialiśmy, mimo, że nie podobało nam się nagłe, dzikie i wrogie zachowanie kolegi. Wściekły i czerwony na twarzy Kamil podjął trzecią próbę – tym razem, dosłownie wyleciał z dziury w ziemi, i gdy już miał odepchnąć się dłońmi od podłoża, w jego głowę trafił plecak, z największym jak dotąd impetem. Kamil trzasnął czołem o beton i opadł bezwładnie w dół. Razem z Młodym rzuciliśmy się na pomoc i chwyciliśmy go za ręce, nie pozwalając spaść w dół. Dopiero po chwili zauważyliśmy, że na betonowej płycie znajduje się czerwona plama, a z czoła Kamila spadają nieprzerwanie krople krwi. - Kurwa, Sperma! Iść gdzieś z tobą! – Rozzłościł się Młody, wciągając razem ze mną półprzytomnego kolegę. – Dobrze ci stara powiedziała, ty kurwa kozi łbie! Prawie wypuściłem Kamila, śmiejąc się jak opętany ze stwierdzenia. - Ktoś ma chusteczki czy coś? – Zapytałem. Nigdy bym nie przypuszczał, że rana na czole może aż tak krwawić – kolejne kropelki spadały w dół prawie jak w filmach. Sperma zaczął grzebać w plecaku i wyciągnął z niego starą kanapkę owiniętą w papier śniadaniowy. - Lepszy rydz niż nic. – Wzruszył ramionami i przyłożył Kamilowi do rany prowizoryczny opatrunek. Śliski papier oczywiście nie powstrzymał krwotoku. Na powierzchnię wyszedł Patryk i od razu podniósł z ziemi swój plecak. Bez słowa poluzował jedno z jego uszu i przerzucił je przez głowę Kamila. Ciężar plecaka naprężył je i przycisnął do czoła kolegi. - Co to ma być? – Zdziwił się Sperma. - Masz lepszy pomysł? Papier śniadaniowy lepiej się sprawdzi, nie? - Ale zakładać mu plecak na łeb? Co to w ogóle za pomysł? - Dobra Sperma, przestań pierdolić, bo przynajmniej to coś może da. – Zirytował się Młody. – Patrz, co mu kurwa zrobiłeś lepiej. - Do wesela się zagoi. Ale krytek był konkretny – ahjo!

1078Edytuj

Rzecz działa się, gdy kończyliśmy drugą klasę liceum – ja i Sperma mogliśmy pochwalić się już nowiusieńkimi dowodami osobistymi, co postanowiliśmy uczcić. Właściwie, każdy powód był dobry, żeby wyskoczyć legalnie na piwo (przynajmniej wtedy. Bardzo szybko uznaliśmy, że nie ma już w tym wszystkim magii, którą odczuwaliśmy, pijąc jako nieletni). Szliśmy właśnie do szkoły, planując, jak spędzimy nadchodzące wielkimi krokami popołudnie (piątkowe zresztą). - Ja to bym skoczył na jaką pianę. – Rzucił Sperma. - Brzmi w porządku. Walniemy sobie po bronie, pogadamy. – Dodał Kamil. - Ej, czekajcie, skoczę tylko kupić fajki. – Powiedział Sperma, wyrzucając na ziemię pustą pogniecioną paczkę po najtańszych dostępnych papierosach – wtedy Red White’ach albo Viceroyach. - Dobra, tylko pospiesz się trochę, żebyśmy zdążyli spisać te zadania z matmy. – Rzuciłem od niechcenia. Sperma wyszedł ze sklepu po minucie – ale nie tylko z fajkami. W kieszeni spodni miał ukrytą skradzioną paczkę gum do żucia, w charakterystycznym foliowym opakowaniu z zamknięciem u góry. - Co, zajebałeś? – Zapytał Kamil. - No, juma nie śpi. Chwila strachu, szybkie ręce. - Kurwa, stary! – Zaśmiałem się.

Tego dnia, Sperma bez przerwy żuł swoje gumy, co godzinę zostawiając pod każdą kolejną ławką białą, klejącą się masę, jakby oznaczał terytorium. Gdy wychodziliśmy ze szkoły, w promieniach wczesnoletniego słońca, zawartość paczki zmniejszyła się o połowę. - To co z tą pianą? – Podjął temat Sperma. - Teraz nie dam rady. Muszę jeszcze pomóc w czymś mamie. Potem jestem cały wasz. – Odparłem. - Musisz przeczyścić jej rury? – Zażartował kolega, żując gumę. - Tia, kurwa, żebyś wiedział. - To o której się spotykamy? – Zapytał Kamil. - Czwarta na zakręcie? Standardowo? – Zaproponowałem. - Brzmi jak plan. - Skołuję może jeszcze kogoś z pęgą. – Dodał Sperma. - Tylko nikogo ze slamsów. – Wtrącił szybko Kamil. - Ze slamsów? Z pęgą?– Wybuchłem nagle, a Kamil chwilę potem. Nawet na twarzy Spermy przez chwilę pojawił się uśmiech. - Dobra, jesteśmy kwita za te rury.

Spotkaliśmy się o czasie – na „zakręcie”, który tak naprawdę było skrzyżowaniem. Przywitaliśmy się i bez zbędnego przedłużania, poszliśmy do pobliskiego sklepu. - To gdzie pijemy? – Zastanawiał się Kamil. - Może na działkach? – Zaproponowałem. Miałem na myśli mały plac znajdujący się pomiędzy dwoma ogródkami działkowymi, gdzie kiedyś, po zakończeniu gimnazjum, spożywaliśmy nalewki. Było to miejsce dobre do picia – nie było tam gapiów, policjantów, wokoło panowała cisza i spokój. I o ile nie było tylko w pobliżu osób, które dostawały „agresora” po wypiciu kilku piw, można było tam spędzić przyjemnie i bezstresowo kilka godzin. - Dobra, no to działki. – Odparł Kamil. - A co z tymi ludźmi, których miałeś skołować? – Teraz to ja zapytałem Spermę. - A gadałem z Anetą i Zośką. - Dziewczyny? Myślałem, że zrobimy typowe gej party. – Powiedział Kamil. Ja również nie do końca byłem przekonany co do wyboru Spermy. Aneta i Zośka może nigdy nie weszły mi na odcisk, ale nie można powiedzieć, żebym chciał utrzymywać z nimi specjalnie bliskie stosunki. Niespecjalnie tęskniłem za nimi po zakończeniu gimnazjum. - Nie peniajcie, będzie spoko. Wezmą kasę, napijemy się zimnego piwka jak ludzie.

Dobre przeczucia Spermy minęły się z rzeczywistością. Aneta i Zośka rzeczywiście zjawiły się pod sklepem o umówionej porze, ale przy okazji zabrały ze sobą swoje dobre koleżanki – Olę (wroga numer jeden Spermy) i Karolinę (znienawidzoną przez Kamila). Ta druga niby przypadkiem zaświstała pięćdziesięciozłotowym banknotem, gdy wyjmowała telefon z kieszeni. Z jakiegoś powodu, postanowiliśmy po prostu kontynuować to, co zaczęliśmy i po co przyszliśmy. Poza tym, za pięć dych można było wypić więcej.

- Kamil, ale nie kradnij! Twoje to? – Poirytowała się Karolina, która dała po łapach Kamilowi, próbującemu wyjąć któregoś z kolei Żubra ze zgrzewki. - A kurwa nie?! Dałem dychę, więc mam jeszcze jedno piwo tutaj! Zaczęło się. Karolina i Kamil skakali sobie do gardeł. Wyjąłem piwo i rzuciłem je koledze. - Trzymaj. Zdrówko. - A ty co, trzymasz z nim? – Zapytała się mnie Karolina. – Zawsze myślałam, że jesteś mądrzejszy. - Tobie chyba już starczy tego piwa, Karolino. – Powiedziałem spokojnie. Rzeczywiście, Karolina była niewprawioną zawodniczką – i po dwóch puszkach wypitych w męskim tempie, coś zaczęło się w niej włączać. Nie wróżyło to niczego dobrego. Aneta, która w gimnazjum była na pewno spokojniejsza od koleżanki, teraz kołysała się z boku na bok, nieprzytomnie śmiejąc z całej sytuacji. Swoją drogą, to ciekawe, jak kilka dziewcząt, które nie cierpiały części z nas jeszcze dwa lata wcześniej, teraz piły z nami piwa, jak stare znajome… No dobra, może nie jak stare znajome, ale przynajmniej piły. Posiadanie dowodu osobistego dawało ogromną przewagę, gdy tylko wybierało się grupą do większego, sieciowego sklepu, w którym zawsze pytano o dowód tożsamości. Tak było, przez te kilka pierwszych miesięcy, zanim reszta rówieśników nie dostała swoich „plastików”.

Piwa dokończyliśmy pić po upływie nie więcej niż dwóch godzin. Nie było ich zbyt wiele, przynajmniej na siedem osób, ale dziewczęta szybko odpłynęły i w momencie gdy ja, Kamil i Sperma dyskutowaliśmy na wszystkie możliwe tematy, one siedziały ospałe (być może część z nich rzeczywiście spała), nie poruszając się. - Napiłbym się jeszcze. – Rzucił Sperma. - Ja na razie mam chyba dość. – Powiedziałem. Rzeczywiście, alkohol trochę mnie zmógł i jedyne, o czym mogłem w tym momencie myśleć, to położenie się na słońcu, jak jakiś gad. - A… Chuja, starczy wam. – Wysapała Karolina. - Karolina, milcz. – Odrzekł Sperma, żując którąś z kolei gumę. - A ty co, myślisz, że jesteś co… Moim ojcem?! - Karo, spokojnie. Chodź, przejdziemy się… - Próbowała załagodzić sytuację Aneta. - Nie! – Dziewczyna zaparła się rękoma i pochyliła się nieco do przodu. Wymieniliśmy z Anetą spojrzenia, wzruszając ramionami. Nie mogliśmy nic zdziałać, ale niespecjalnie się tym przejmowaliśmy. – Bo to ty jesteś taki… Spedalony! Sperma wypluł na ziemię gumę, specjalnie tuż koło Karoliny, by jeszcze bardziej ją rozdrażnić. - A jak tam walentynki? Napisałaś sobie coś w tym roku? – Rzucił chwilę potem. - Daj spokój, Sperma. Zobacz, nic już chyba nawet do niej nie dociera. – Powiedziałem. - To, że spruła się jak dziki nietoperz nie znaczy kurwa, że może mówić co chce! - A co, zrobisz mi coś? Stara to cię chyba palcem robiła! Nim zdążyłem mrugnąć, Sperma znalazł się tuż przy roześmianej, pijanej Karolinie, a jego prawa dłoń z głośnym plaśnięciem trafiła w ucho i policzek dziewczyny, powalając ją na ziemię. - Lepa, kurwa! Razem z Kamilem odciągnęliśmy wściekłego Spermę na bok. Karolina leżała z twarzą zakrytą włosami, wydając z siebie charkoczące odgłosy. Trudno powiedzieć, czy były to szlochy, odruchy wymiotne, warkoty, czy może wszystko razem. Aneta i Zośka podniosły z ziemi koleżankę. Na policzkach miała dwie czarne plamy – pozostałości po rozmytym makijażu. Teraz jednak nie wydawała z siebie żadnego odgłosu. - Jesteś z siebie dumny? – Zapytała wściekła Ola, próbując wstać i podejść do przyjaciółek, ledwo utrzymując pion. - Wkurwiła mnie! – Krzyczał jak w amoku Sperma. - No, stary, wyluzuj, wyluzuj, kurwa. – Próbowałem go uspokoić, stając pomiędzy nim, a dziewczętami. - Kurwa! – Krzyknęła Aneta. - Co jest? – Zapytał ktoś. - Guma! Odwróciłem się. Aneta i Zośka nachylały się nad półprzytomną Karoliną, przeczesując z obrzydzeniem dłońmi jej włosy. Przez moment dostrzegłem białą plamę nad jej prawym uchem. - Weźcie go stąd lepiej, my już tu sobie poradzimy. – Powiedziała mi Aneta, już widocznie otrzeźwiała. - Dobra. Chodź, Sperma. No chodź, mówię. – Odciągnąłem go od grupki i w asyście Kamila, opuściliśmy kryjówkę pomiędzy ogródkami działkowymi.

Karolinę następny raz widziałem kilka tygodni później, idąc przez osiedle do Emila. Dziewczyna odwróciła głowę i udała, że mnie nie widzi – akurat wtedy, gdy powiedziałem jej „cześć, Karolina”. Różne krążyły opowieści o skutkach gumy we włosach, ale nie zauważyłem, żeby fryzura dziewczyny uległa jakimkolwiek zmianom. Może po prostu mężczyźni nie dostrzegają takich rzeczy. A może nic specjalnego się nie wydarzyło? Bez względu na gumę jednak, Karolina i Sperma stali się dla siebie obcymi osobami, bez orzekania o winie jednej ze stron.

1096Edytuj

Biegliśmy jak oszalali, nie oglądając się za siebie. Gdzieś za nami, dało się słyszeć wściekłe okrzyki śmieciarzy, którzy gonili nas od dobrych kilku minut, wcale nie zwalniając i ani myśląc przestać. - Zajebię was! Zapierdolę! Gnoje! A wystarczyło nie zapuszczać się na to cholerne śmietnisko – przemknęło mi przez myśl…

Dzwonek drzwi zadzwonił trzykrotnie – był to charakterystyczny sygnał, który nawzajem dawaliśmy sobie z Kamilem i dzięki temu, zarówno ja, jak i moja mama, wiedzieliśmy, kto właśnie przyszedł. - Otworzę! – Krzyknąłem i pobiegłem do przedpokoju. - Siema, wyjdziesz? – Zapytał mnie Kamil, za którym chował się Emil. - Dobra. Chwila, ubiorę się. Naciągnąłem kurtkę i włożyłem buty, po czym wyszedłem na zewnątrz. Była to jedna z tych złotych polskich jesieni, choć bardziej wietrzna i chłodniejsza niż zwykle. - Co robimy? – Zadałem pytanie Kamilowi. - Podobno gdzieś za łąkami jest drugie śmietnisko. Młody nam o tym mówił i mamy się spotkać na zakręcie. - Drugie śmietnisko? – Zdziwiłem się. – Wiecie coś konkretnego? - Nie, Młody też niewiele wie, dopiero idziemy to wybadać. - No to w drogę.

Na zakręcie czekali na nas Młody i Algier. Na widok tego drugiego niespecjalnie się ucieszyłem – miałem nadzieję na wyprawę w towarzystwie zaufanych osób. - Siema, to co, idziemy? – Zwrócił się do nas Młody. - No kurwa, tylko gdzie idziemy? – Odpowiedział mu Emil. - Algier, tłumacz. - No, kurwa, to ten… Ostatnio jechałem autobusem, nie? I on robi kółko wokół naszej dzielnicy i potem jedzie za łąkami. I tam, przy ulicy widziałem jakieś góry śmieci. Chwilę zastanowiłem się nad domniemaną lokalizacją śmietniska. - Po naszej stronie rzeki, czy od nawiedzonego domu? – Zapytałem go. - Chyba po stronie nawiedzonego domu. No, bo potem jest most! No to na bank. Wyruszyliśmy więc.

Przeszliśmy przez stary betonowy mostek, przecinający rzekę w połowie drogi między rewirem a nawiedzonym domem. Podróż szła bezproblemowo i jak na razie, utrzymywaliśmy dobre tempo. - Kurwa, w domu znów mam przejebane. – Powiedział ni stąd, ni zowąd Młody. - Co jest? – Zapytał ktoś. - Stara się na mnie wkurwiła ostro, bo dostałem wczoraj kolejną kapę z polskiego. - Klasówka? – Zaciekawił się Algier. – Kurwa, a wy macie z Prukwą lekcje, nie? - No, to nasza wychowawczyni. – Powiedziałem. - Przejebane. Ale skoro jesteś w jej klasie, to może cię puści? -Nie wierz w cuda. Ona poza Czterookim nikogo nie puści. Pierdolony konfident. - Co, kabla macie w klasie? - Daj spokój, kabel to mało powiedziane. – Stwierdziłem. - Non stop tylko, kurwa „prze pani on ściąga”! – Dodał Młody, przedrzeźniając Czterookiego. - Też mnie ostatnio sprzedał. – Przypomniało mi się nagle. Rzeczywiście, pożyczałem Kamilowi długopis na matematyce, co zakończyło się uwagą w dzienniku. - Ale stary, ty się nie masz czym przejmować. Masz milion czwórek-piątek, więc zdasz z palcem w dupie. A ja jak dostanę kolejną pałę, to będę miał poprawkę w ferie. – Żalił się Młody. - A co, ty taki geniusz w szkole? – Zapytał mnie Algier. - Nie no, co ty. Mam parę czwórek, reszta trójki i więcej mi do szczęścia nie trzeba. - Tia, ale w podstawówce to miałeś co rok czerwony pasek. – Zauważył Młody. - Ja w życiu nie dostałem paska. – Posmutniał Algier. – Jesteś jak ten, kurwa, Dexter. - Dexter? – Zdziwiłem się. - No ten, z kreskówek. Tylko bez okularów i ogólnie taki inny. Ale Dexter i chuj. Na horyzoncie zobaczyliśmy niewielkie wzniesienie, na którym rozciągała się droga. Gdzieś przez nami było więc śmietnisko, o którym mówił Algier, zasłonięte teraz przez wysokie trawy i trzciny. Z ogromnymi oczekiwaniami i nadzieją ruszyliśmy przed siebie, rozprawiając o możliwościach, jakie niosły potencjalne skarby – budowie szałasu, łodzi albo tratwy, zdobyciu cennych artefaktów do naszych wspólnych zabaw… I gdy tylko wyszliśmy spośród traw, czar marzeń prysł. Śmietnisko było w rzeczywistości przydrożnym rowem, z kilkunastoma workami odpadów, stłuczonymi butelkami i nielicznymi kołpakami. - I po to przeszliśmy taki hektar? – Zapytał Algiera Młody. - Z góry wydawało się większe… - Ej, patrzcie na to! – Zawołał nas Emil, wskazując ręką stary rower, leżący na boku jakby nigdy nic, kilka metrów od nas. - Ktoś wyjebał składaka. Bierzemy go, kurwa! – Ucieszył się Młody. Kamil podszedł do znaleziska i podniósł je. - Patrzcie, jakaś torba… - Chłopak otworzył ją. – Młotek, jakieś śruby… Eee, nic dla nas. - Znalezisko roku. – Zauważyłem. - Dobra, bierz go i idziemy stąd. – Poinstruował Młody. - Kurwa! Zdzisiek! Mietek! Złodzieje kurewskie! – Usłyszeliśmy z za pleców. Momentalnie odwróciliśmy głowy i zobaczyliśmy najpierw jednego, a chwilę potem trzech zbieraczy złomu, którzy rzucili się na nas ze skarpy. - Spierdalamy! – Ryknął przeraźliwie Emil. Algier szybko uchwycił rower i rzucił nim w stronę napastników, rozjuszając ich jeszcze bardziej. A potem, wszyscy rzuciliśmy się do ucieczki przez łąki. Myśleliśmy, że złomiarze odpuszczą nam po pierwszych kilkunastu, może kilkudziesięciu metrach, ale ci parli za nami jak zawodowi biegacze długodystansowi. Nikt z nas nie oglądał się za siebie, słysząc krzyki oszalałych ze wściekłości mężczyzn. - Zajebię was! Zapierdolę! Gnoje! Poczułem ukłucie strachu, które motywowało mnie do dalszego biegu – mimo, iż każdy wdech przeraźliwie palił moje płuca, a mięśnie nóg wydawały się pękać i przerywać z każdym przebytym krokiem. - Mirek, łap go, kurwa! - Skurwysynie! Po naszej prawicy mijaliśmy oddalony nawiedzony dom. Wyglądał obskurnie i strasznie, ale na pewno nie tak jak ścigający nas śmieciarze. - Oddawaj młotek, kurwa! Skręciłem nieco w lewo, żeby ominąć wyboiste tereny, które znacząco spowalniały bieg. Przy okazji zwróciłem na siebie uwagę jednego oponenta. - Zdzisiek! Tutaj! – Ryknął. W biegu spojrzałem w prawo – znacząco oddaliłem się od grupy, za którą biegł teraz tylko jeden złomiarz. Za sobą słyszałem za to tupot czterech stóp. No pięknie – pomyślałem. Opętańczy wyścig ciągnął się w nieskończoność. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach, przestały do mnie docierać impulsy zewnętrzne – liczył się tylko bieg i to, by nie dać się złapać. Byłem zdany na siebie – reszta paczki zniknęła mi z oczu już dawno temu i nie sądziłem, by byli w stanie teraz do mnie wrócić. Wypadłem spośród wysokich traw i dostrzegłem, że przede mną rozciąga się jeden z dopływów do głównej rzeki. Zupełnie o nim zapomniałem i dopiero w tym momencie zrozumiałem, czemu grupa pobiegła w prawo – tam bowiem był mostek. - Biegnie! – Usłyszałem, tym razem przodu. Po drugiej stronie rzeki, spośród trzcin wyłonili się Algier, Młody i Emil. Pierwszy z nich trzymał w rękach całkiem spory kij, drugi owinięty miał wokół dłoni pasek, a trzeci… Był. To wystarczyło. - Dexter, skacz! – Krzyknął Algier. Przyjaciele wyszli do przodu, by w razie czegoś mnie złapać. - Szybciej, są za tobą! – Ryczał Emil. Prawie czułem śmierdzący oddech na swoim karku. - Mirek, szybciej! Skoczy, jebaniec! Przyspieszyłem jeszcze bardziej i wybiłem się, jak rakieta, przelatując nad taflą wody, szeroką przynajmniej na kilka metrów i wylądowałem po drugiej stronie, przewracając się momentalnie na bok, jak kłoda. Młody szybko chwycił mnie za ramię i podciągnął do góry. Nie do końca podziałało – wycieńczony i jeszcze w szoku, ugiąłem się w pół i dopiero z pomocą Emila, udało mi się zachować pion. - Złapiemy was jeszcze, skurwysyny! – Wykrzyknął jeden z oponentów, prawdopodobnie Mirek. - Ssij mi pałę! – Odgryzł się Algier. - A gdzie… Kamil? – Zapytałem Młodego, gdy już nieco oprzytomniałem. - Gdzieś spierdolił, ten trzeci śmieciarz za nim pobiegł. - Musimy po niego wrócić. - Najpierw musimy się pozbyć tych dwóch, bo mogą nas jeszcze ścigać. Chuj ich wie. - Oddaj młotek, kurwo złodziejska! – Krzyknął drugi mężczyzna. - Co, chcesz kurwa młotek? To chodź, rozpierdolę ci nim łeb, frajerze! – Odpowiedział mu Algier. - Algier, przestań kurwa! – Syknął Młody. – Bo jeszcze przejdą przez tą rzekę! Potem, zniknęliśmy wśród wysokich, suchych traw.

Usiedliśmy dopiero przy jednym z małych jeziorek, które sporadycznie łatały łąki. Algier stanął przy drzewie i obserwował, czy nikt nie przedziera się w naszą stronę. Nasza trójka zaś, zajęła się zasłużonym odpoczynkiem, po długodystansowym biegu. - I potem zobaczyłem was, jak wychodzicie z tych traw po drugiej stronie rzeki. – Dokończyłem relacjonować Młodemu to, co mi się przytrafiło. - Kurwa, dobrze, że cię nie złapali. To jacyś popierdoleńcy. Widziałeś ich? Rzucili wszystko, ten złom, rowery tylko po to, żeby nas ścigać przez całe łąki. - Coś się darli o młotku. – Zauważył Emil. - Ja nic nie mam. A wy? – Powiedziałem od razu. Nikt niczego nie wziął. - Ej, patrzcie, biegnie tu ten, ziomek wasz. – Powiedział Algier i po chwili, gwizdnął przez palce dwukrotnie, zwracając uwagę Kamila. Momentalnie skręcił i dotarł do prowizorycznego obozu. - Kurwa, kuzyn. Co ty żeś odpierdolił? Gdzieś ty był? – Dopytywał Emil. - Biegł za mną ten dziad, parę minut temu chyba go zgubiłem… - Sapał zmęczony Kamil. - Mieliśmy cię szukać właśnie. Było grubo u nas… - Relacjonował Młody. - No, Dexter kurwa musiał przeskoczyć kurwa rzekę! – Podniecił się Algier. - Kto? Co? - O mnie mu chodzi. – Powiedziałem. – Goniło mnie dwóch śmieciarzy, więc musiałem skakać żeby mnie nie złapali. – Zakaszlałem, czując suchość w gardle i pieczenie w płucach, które jeszcze nie ustąpiły. - Wracamy na rewir? – Zapytał Emil.

Postanowiliśmy pozostać na łąkach i nie używać głównych ścieżek. Zamiast tego, przedzieraliśmy się przez trawy, brudni, zmęczeni i głodni. Każdy z nas był już na wpół żywy, ale chcieliśmy po prostu wrócić do domów, gdzie nie musieliśmy co chwila oglądać się za siebie i być gotowymi do biegu. Nie mogliśmy wrócić, żeby przejść przez betonowy mostek na „naszą” stronę łąk, więc parliśmy do przodu, wiedząc, że prędzej czy później, dotrzemy do cywilizacji. - Ksz, ksz! – Wydał z siebie ostrzegawczy odgłos Algier. Momentalnie, wszyscy kucnęliśmy. Młody jako jedyny został w pozycji stojącej i przez kilka sekund, obserwował teren. - Patrz, Młody. Po drugiej stronie rzeki. To jeden z nich? - Chuj wie. Kitramy się. Wciąż na wpół skuleni, ruszyliśmy szeregiem – najpierw Młody, potem Algier, ja, Kamil i na samym końcu Emil. Trawy zaczęły rzednąć, a na suchym podłożu raz na jakiś czas pojawiały się kolczaste akacje (właściwie, grochodrzewy, mówiąc technicznie). Młody delikatnie odsunął na bok gałąź torującą nam drogę i podał ją dalej – to samo zrobił Algier, potem ja i w końcu Kamil. Ten ostatni, gdy już przeszedł za drzewko, wypuścił z dłoni gałąź, która niczym sprężyna, wróciła na swoją pierwotną pozycję, napotykając po drodze twarz Emila. - Aaa, kurwa! – Pisnął, zataczając się i upadając na pośladki. Na jego policzku pojawiła się dziurka, z której sączyła się krew. Algier wstał i rozejrzał się ponownie, sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu. - Kamil, kurwa! – Syknął zdenerwowany Młody. - No nie chwycił tej gałęzi! - Czysto. – Zakomunikował Algier. Emil dotknął policzka i spojrzał na palce, których opuszki mieniły się czerwienią. - Kamil! Kamil… Nie mogę iść do domu! - Wyluzuj Emil, nic ci nie będzie… - Razem z Młodym rzuciliśmy się na poszukiwanie czegokolwiek, co mogłoby powstrzymać krwotok – w szczególności liści babki. Niestety, znajdowaliśmy się na suchym podłożu i niczego nie znaleźliśmy. - Kamil… Idziemy… Do twojej cioci! – Pisnął Emil płacząc. - Do mojej cioci? – Zdziwił się Kamil. - Do twojej cioci… - Wyszeptał kuzyn, uciskając policzek. - No, dobrze, uciskaj to. – Powiedziałem. – Zaraz będziemy w domu, to ci to opatrzymy. Trzymaj mi się tu! Tym razem, już nie siląc się na ukrycie, pobiegliśmy na przełaj w stronę rewiru, mając nadzieję, że po drodze nie spotkamy złomiarzy.

Dom Kamila był pusty. Na podjeździe nie było samochodu Mileny, więc wpadliśmy całą grupą do przedpokoju, a potem, gdy tylko zdjęliśmy buty, skierowaliśmy się od razu do łazienki na piętrze. Rana nie była głęboka, bo i kolec akacji nie należał do wielkich, ale krwi było całkiem sporo. Młody przemył policzek Emila wodą, a ja sprawdziłem, czy wewnątrz, rana nie jest zabrudzona. Wszystko było w porządku, więc zakleiliśmy ją plastrem i wyszliśmy na korytarz. Czekał tam na nas Algier wraz z Kamilem. - To co, udało nam się. – Powiedział ten drugi spokojnie. - Nigdy więcej takich wypraw. – Rzekłem, ledwo żywy. - No, pora na nas. Zbieramy się? – Zapytał Młody, z wyrazem takiego samego zmęczenia na twarzy co u mnie. Kamil odwrócił się i poprowadził nas w kierunku schodów. Nagle, Młody złapał go za ramię. - Ty, czekaj! - Co jest? - Co masz pod kurtką? – Zapytał. Zabrzmiało to całkiem groźnie. - Co? Nic! - Nie pierdol. Widziałem przed chwilą, że coś tam masz skitrane. Spojrzeliśmy na tą dwójkę z zaciekawieniem. Zawstydzony Kamil podniósł kurtkę do góry – pod nią, wciśnięty za spodnie znajdował się stary, spory młotek. - To dlatego te skurwysyny nas goniły! – Poirytował się Algier. - Młotek. Rzeczywiście! – Doznałem olśnienia. Wszystko przez cholerny młotek. Jeden młotek…

1101Edytuj

Tymek jaki był, taki był, ale jak wielokrotnie mogliśmy się przekonać, był w pewnym stopniu częścią naszej klasy. Tym samym, my mogliśmy dokuczać jemu i nie było w tym niczego dziwnego, ale jednocześnie, nie pozwalaliśmy, by ktoś z zewnątrz przejmował ten „przywilej”.

Była to jedna z mroźnych zim, podczas których każde dziecko cieszy się jak szalone, mogąc bez końca rzucać się śnieżkami z kolegami, lepić bałwany i zjeżdżać na sankach z każdego wzniesienia. Nas nie do końca już to dotyczyło, bo kończyliśmy pierwszy semestr ostatniej klasy gimnazjum – więc byliśmy PRAWIE dorośli, ze szczególnym naciskiem na „prawie”. Nie wypadało nam więc chodzić po rewirze z dupolotami w ręku, ciągnąc sanki na sznurku. Śnieg padał niemiłosiernie, podczas gdy ja, Kamil, Sperma i Młody szliśmy do szkoły okrężną drogą, by wcześniej zobaczyć, co się stało z naszym specjalnym bałwanem, przygotowanym poprzedniego wieczora. - Kurwa, stoi, nie wierzę! – Krzyknął uradowany Sperma, wypuszczając kłęby pary z ust. Prawie dwumetrowy bałwan stał bez ruchu na środku skrzyżowania, z dumnie sterczącą marchewką i dwoma kamieniami na wysokości krocza. Wokół niego, zgromadził się mały korek, a kolejni kierowcy starali się powoli i ostrożnie go omijać. Jakoś nikt nie kwapił się żeby wysiąść i własnoręcznie zburzyć nasz posąg. - Grubo, jeszcze kurwa oblodziło go. – Zaśmiał się Młody. - Spaliny pewnie trochę go roztopiły, a potem to wszystko zamarzło. – Dokończyłem. Wciąż się śmiejąc, ruszyliśmy w stronę szkoły.

Odbiliśmy na główną drogę, która prowadziła z naszego rewiru w stronę parku i gimnazjum, gdy spostrzegliśmy idącego w oddali Tymka. Kilka kroków za nim szedł jakiś wyższy, nieznany nam chłopak, który ciskał w niego śnieżkami i kopał w niego mieszankę piasku i śniegu, która pokrywała chodnik. - Co to, jakiś pajac nam Tymka terroryzuje? – Zapytał retorycznie Młody. - A pierdol to, stary. Nad Tymkiem będziesz się litował? – Zaoponował Sperma. Kamil zgodził się z nim. - No dajcie kurwa spokój, znamy go dziesięć lat, prawie całe życie. – Odrzekłem, nieco zirytowany. Nie przepadałem za nieco opóźnionym kolegą, ale ani trochę nie podobało mi się nastawienie Spermy i Kamila. - No, wreszcie jeden porządny. To co, biegniemy mu najebać? – Ucieszył się Młody. - Stary, wojownik ze mnie żaden, ale pewnie, idę. – Bałem się, ale wiedziałem, że musimy zachować się po męsku. Poza tym, wszyscy mieliśmy na sobie grube kurtki, przez które pewnie nie będziemy czuć żadnych ciosów, o ile takowe padną. - Sperma, Kamil? - No kurwa, na ustawkę to idę. – Zmienił zdanie Sperma. Kamil stał w miejscu, wpatrując się w swoje buty. - Chodź, zanim nam ten cwel spierdoli! – Rzucił Sperma, wyrywając go z rozmyśleń.

Byliśmy już kilkanaście metrów od celu, gdy ten nagle podłożył nogę Tymkowi, a potem popchnął go. Chłopak runął jak kłoda, ryjąc twarzą w brudny śnieg. - Cho no to, kurwo! – Ryknął Młody. Napastnik odwrócił się – był zdecydowanie starszy od nas, miał może osiemnaście-dziewiętnaście lat, ale nie przeszkadzało nam to ani trochę. Młody rzucił się na niego i jeszcze będąc w locie, trafił go pięścią w głowę, strącając z niej puchatą czapkę. Sperma ułamek sekundy później trafił go butem w rękę, na wysokości łokcia. - Ja pierdolę, wyjebał mu parciola! – Ryczał panicznie Kamil. Nie miałem pojęcia, czy jest przerażony, czy się śmieje. We czwórkę udało nam się sprowadzić do parteru oprawcę Tymka i zaczęliśmy okładać go bez litości. Chłopak bronił się, ale jego dwie ręce i dwie nogi nie wystarczyły przeciwko czterem wściekłym gimnazjalistom. - Dziegi chopagi… - Jęknął Tymek, który podniósł się właśnie z ziemi. Z nosa sączyła mu się cienka stróżka krwi. - Chodź do nas, najebiesz mu z nami! – Zachęcił go Młody. Tymek, choć z początku niepewny i przerażony, z chęcią przystał na tą propozycję – i tak, w pięciu, stanęliśmy wokoło leżącego na chodniku, brudnego i zapłakanego oponenta, kopiąc go po tułowiu zimowymi, twardymi butami. - Kurwa, a mogłem wziąć glany! – Ryczał wściekły Młody. - Przestańcie, proszę! Pros…! – Tymek trafił w brzuch chłopaka, przerywając jego błaganie o litość. Po kilku minutach intensywnej przekopki, zmęczyliśmy się i przerwaliśmy, by złapać oddech. Sperma jako jedyny wciąż był pełen energii – siła zdjął więc plecak ofiary i otworzył go. - Jakieś książki, zeszyty… - A weź je wyjeb na drogę, będzie chuj zbierał. – Rzucił od niechcenia Młody. - Ooo, kanapki. Biorę, kurwa! I piórnik… Ja pierdolę, ma żelówki! – Cieszył się Sperma. - Chcesz mu zajebać długopisy? – Zapytał Kamil. - A co, mają się zmarnować? - Ej, ju ósma. – Próbował powiedzieć Tymek. – Leksje ju zie zacęły. Młody nachylił się nad skatowanym chłopakiem. - Jeszcze raz będziesz kurwa bił słabszych, to nie będziemy tacy mili. Wypierdalaj stąd i nie pokazuj się nigdy więcej. Rozumiesz? Chłopak pokiwał głową. Miał mocno podbite oko, rozciętą wargę, a po policzki były mokre od łez. Młody wstał i na pożegnanie, jeszcze raz kopnął go w brzuch. Sperma w tym czasie wyrzucił z plecaka jego książki i zeszyty. Potem, poszliśmy do szkoły.

Pierwszą lekcją była religia – nikt z nas nie przejmował się więc spóźnieniem. Weszliśmy do klasy około pięć-dziesięć minut po dzwonku, wzbudzając niemałe zainteresowanie kolegów i koleżanek. - Co wam się stało? – Zapytała katechetka zza biurka. Spojrzałem na grupkę – rzeczywiście, wyglądaliśmy jakbyśmy wpadli na minę po drodze. Zacząłem się śmiać, widząc, że wszyscy mamy spodnie mokre praktycznie do pasa, a Tymek równie dobrze mógł co dopiero wyjść z basenu. - Czy to krew? – Zapytała przerażona kobieta. – Coście wyprawiali?! - No musieliśmy napierdolić jakiemuś typowi, bo nam Tymka bił. – Powiedział Sperma, wzruszając ramionami, z niewinnym uśmiechem na twarzy.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki